MIĘDZY MIŁOŚCIĄ A CODZIENNOŚCIĄ

wschodni24.pl 1 godzina temu

Między miłością a nienawiścią

Czy kochasz człowieka, z którym jesteś, czy tylko swoje wyobrażenie o nim?

Podobno z adekwatną osobą zakochujemy się dwa razy. Najpierw w niej, a później w sobie, odkrywając, iż przy niej możemy być kimś, kogo naprawdę lubimy.

Piękne zdanie.

Ale zastanawiam się, ilu z nas rzeczywiście tego doświadcza.

Ilu ludzi żyje w związkach, w których mogą być sobą? Bez udawania, bez ciągłego tłumaczenia się, bez poczucia, iż wciąż są niewystarczający?

A ilu codziennie próbuje zasłużyć na miłość?

Być lepszym. Ładniejszym. Mądrzejszym. Bardziej zaradnym. Mniej emocjonalnym. Bardziej ambitnym.

Bo przecież zawsze można coś poprawić.

Tylko czy człowiek, którego nieustannie próbujemy poprawiać, może naprawdę czuć się kochany?

Zakochujemy się w człowieku, a potem próbujemy go zmienić

To jeden z największych paradoksów związków.

Na początku zachwycamy się czyjąś spontanicznością, a po kilku latach nazywamy ją nieodpowiedzialnością.

Podoba nam się niezależność partnera, dopóki nie zaczyna podejmować decyzji, które nam się nie podobają.

Kochamy czyjąś wrażliwość, ale kiedy pojawiają się łzy, mówimy: „Nie przesadzaj”.

Podziwiamy ambicję, a później narzekamy, iż druga osoba za dużo pracuje.

I nagle okazuje się, iż cechy, za które kiedyś pokochaliśmy człowieka, stają się powodami naszych pretensji.

Czy on naprawdę tak bardzo się zmienił?

A może zmieniły się nasze oczekiwania?

Może na początku patrzyliśmy na niego z ciekawością, a później zaczęliśmy patrzeć przez pryzmat własnych potrzeb?

Bo przecież tak łatwo pomylić miłość z pragnieniem posiadania kogoś na własnych zasadach.

„Kocham cię, ale byłoby mi łatwiej, gdybyś był trochę inny”.

I właśnie w tym jednym zdaniu może zaczynać się powolny koniec bliskości.

Akceptacja nie oznacza rezygnacji z siebie

Nie chodzi o to, żeby godzić się na wszystko.

Nie chodzi o tolerowanie kłamstw, zdrad, poniżania czy przemocy.

Nie chodzi również o udawanie, iż różnice między ludźmi nie istnieją.

Akceptacja to coś znacznie dojrzalszego.

To umiejętność powiedzenia:

„Nie zawsze cię rozumiem. Nie zawsze się z tobą zgadzam. Ale nie muszę cię zmieniać, żeby cię szanować”.

Możemy mieć inne poglądy.

Inne temperamenty.

Inne sposoby przeżywania emocji.

Jedno z nas może potrzebować rozmowy, drugie ciszy.

Jedno uwielbia ludzi, drugie najlepiej odpoczywa w domu.

Jedno planuje wszystko z wyprzedzeniem, drugie żyje spontanicznie.

I naprawdę nie musimy z tego powodu prowadzić codziennych bitew.

Bo związek nie polega na tym, żeby dwie osoby stały się jedną.

Polega na tym, żeby dwie odrębne osoby potrafiły stworzyć wspólne życie, nie tracąc przy tym siebie.

Miłość poznaje się nie po deklaracjach, ale po wsparciu

Łatwo powiedzieć „kocham cię”, kiedy wszystko się układa.

Kiedy jesteśmy zdrowi, atrakcyjni, pełni energii.

Kiedy mamy dobrą pracę, pieniądze i poczucie, iż świat stoi przed nami otworem.

Ale życie nie zawsze wygląda jak zdjęcie z wakacji.

Przychodzą trudniejsze dni.

Ktoś traci pracę.

Ktoś zaczyna chorować.

Ktoś przeżywa zawodową porażkę.

Ktoś przestaje wierzyć we własne możliwości.

I wtedy okazuje się, czym naprawdę jest relacja.

Czy człowiek obok staje się naszym wsparciem?

Czy kolejnym sędzią?

Bo można kogoś kochać i jednocześnie systematycznie odbierać mu wiarę w siebie.

Można codziennie mówić „kocham cię”, a później wyśmiewać jego marzenia.

Można deklarować oddanie, a jednocześnie podcinać skrzydła przy każdej próbie zrobienia czegoś nowego.

„Po co ci to?”

„I tak ci się nie uda”.

„Znowu coś wymyślasz”.

„Zajmij się czymś poważnym”.

Niby zwyczajne zdania.

Ale powtarzane latami potrafią sprawić, iż człowiek zaczyna patrzeć na siebie oczami kogoś, kto nieustannie w niego wątpi.

A przecież jednym z najpiękniejszych przejawów miłości jest wiara w drugiego człowieka, szczególnie wtedy, kiedy on sam przestaje w siebie wierzyć.

Nie trzeba rozwiązywać za niego wszystkich problemów.

Nie trzeba podejmować za niego decyzji.

Czasami wystarczy powiedzieć:

„Spróbuj. Jestem obok”.

Między miłością a nienawiścią bywa bardzo cienka granica

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego najboleśniejsze słowa słyszymy czasem od ludzi, którzy są nam najbliżsi?

Obcy człowiek może nas obrazić.

Może powiedzieć coś niesprawiedliwego.

Może nas nie docenić.

Ale zwykle nie zna naszych najgłębszych lęków.

Partner zna.

Wie, czego się boimy.

Zna nasze kompleksy.

Pamięta porażki.

Wie, które słowa potrafią zaboleć najbardziej.

I właśnie dlatego w kłótni może zranić mocniej niż ktokolwiek inny.

Wystarczy jedno zdanie.

Wypowiedziane w złości.

Celnie.

Dokładnie tam, gdzie najbardziej boli.

Potem przychodzą przeprosiny.

„Nie chciałem”.

„Poniosło mnie”.

„Przecież wiesz, iż tak nie myślę”.

Tylko iż słowa nie zawsze znikają wraz z przeprosinami.

Czasami zostają w pamięci na lata.

I wracają w najmniej oczekiwanych momentach.

Dlatego dojrzałość w związku nie polega na tym, iż nigdy się nie kłócimy.

Polega na tym, iż choćby podczas kłótni pamiętamy, z kim rozmawiamy.

Bo człowiek, którego kochamy, nie powinien stawać się naszym przeciwnikiem tylko dlatego, iż ma inne zdanie.

Nie musisz wygrać każdej kłótni

Jest coś niezwykle smutnego w parach, które przez lata walczą o rację.

Kto pierwszy powiedział coś przykrego?

Kto zaczął?

Kto powinien przeprosić?

Kto ostatnio ustąpił?

Kto ma rację?

A może czasami warto zadać inne pytanie.

Co adekwatnie chcemy wygrać?

Bo jeżeli po kolejnej kłótni jedna osoba triumfuje, a druga czuje się upokorzona, to czy naprawdę ktokolwiek wygrał?

Można mieć rację i jednocześnie zniszczyć bliskość.

Można wygrać dyskusję, ale stracić zaufanie.

Można udowodnić partnerowi, iż się mylił, a później przez kilka dni żyć obok siebie w milczeniu.

Czy było warto?

Oczywiście są sprawy, w których nie należy ustępować. Własna godność, bezpieczeństwo i szacunek nie mogą być przedmiotem negocjacji.

Ale naprawdę nie każda różnica zdań jest walką o życie.

Czasami wystarczy powiedzieć:

„Rozumiem, iż widzisz to inaczej”.

Nie oznacza to kapitulacji.

Oznacza, iż relacja jest dla nas ważniejsza niż zwycięstwo w sporze.

Najpiękniejsze związki nie są idealne

Nie wierzę w idealne związki.

W ludzi, którzy nigdy się nie kłócą.

Którzy zawsze wiedzą, co powiedzieć.

Którzy każdego dnia patrzą na siebie z takim samym zachwytem jak podczas pierwszej randki.

Wierzę natomiast w związki, w których ludzie potrafią do siebie wracać.

Nie tylko fizycznie.

Emocjonalnie.

Po trudnym dniu.

Po nieporozumieniu.

Po chwili słabości.

Wierzę w ludzi, którzy potrafią przeprosić bez dodawania na końcu „ale ty też”.

W takich, którzy nie wykorzystują cudzych słabości jako argumentów podczas kłótni.

W partnerów, którzy potrafią cieszyć się sukcesami drugiej osoby, choćby jeżeli sami przeżywają trudniejszy okres.

I w takich, którzy rozumieją, iż miłość nie jest konkursem na to, kto więcej daje.

Bo w dobrym związku nie powinno chodzić o to, kto jest lepszy.

Powinno chodzić o to, żeby obojgu było lepiej.

A może najważniejsze jest to, kim stajemy się przy drugim człowieku?

Wróćmy do myśli, od której zaczęliśmy.

Z adekwatną osobą zakochujemy się dwa razy.

Najpierw w niej.

A później w sobie.

Bo nagle okazuje się, iż nie musimy udawać.

Nie musimy ukrywać swoich słabości.

Nie musimy zasługiwać na uwagę kolejnymi osiągnięciami.

Możemy mieć gorszy dzień.

Możemy czegoś nie wiedzieć.

Możemy popełnić błąd.

Możemy się bać.

I przez cały czas jesteśmy ważni.

To niezwykłe uczucie.

Być przy kimś, kto nie próbuje nas nieustannie poprawiać.

Kto nie porównuje nas z innymi.

Kto nie traktuje naszych marzeń jak fanaberii.

Kto potrafi powiedzieć:

„Lubię człowieka, którym jesteś”.

Nie oznacza to, iż przy takiej osobie przestajemy się rozwijać.

Wręcz przeciwnie.

Najpiękniej rozwijamy się często właśnie tam, gdzie nie musimy każdego dnia udowadniać swojej wartości.

Bo wsparcie daje odwagę.

Akceptacja daje spokój.

A poczucie bezpieczeństwa pozwala człowiekowi pokazać to, co ma w sobie najlepsze.

Miłość nie powinna odbierać nam siebie

Na koniec chciałbym zaproponować małe ćwiczenie.

Nie potrzebujecie kartek papieru ani psychologicznych testów.

Wystarczy kilka minut szczerości.

Zadajcie sobie trzy pytania.

Czy przy człowieku, z którym jestem, lubię samego siebie?

Czy wspieram jego marzenia, choćby jeżeli nie są moimi marzeniami?

Czy gdyby ktoś traktował moje dziecko tak, jak ja traktuję swojego partnera, byłbym z tego zadowolony?

To ostatnie pytanie może być szczególnie niewygodne.

Bo łatwo wymagać szacunku.

Trudniej codziennie go okazywać.

Łatwo oczekiwać akceptacji.

Trudniej zaakceptować cudzą odmienność.

Łatwo mówić o miłości.

Trudniej sprawić, żeby drugi człowiek naprawdę czuł się kochany.

A przecież w tym wszystkim nie chodzi o wielkie gesty.

Czasami wystarczy zainteresowanie.

Jedno dobre słowo.

Wiara w czyjeś możliwości.

Umiejętność słuchania.

Czasami zwyczajne:

„Jestem z ciebie dumny”.

Albo:

„Dobrze, iż jesteś”.

Bo między miłością a nienawiścią nie zawsze stoi wielkie wydarzenie.

Czasami stoją tysiące małych słów.

Tych, które wypowiedzieliśmy.

I tych, których zabrakło.

Nie szukajmy więc człowieka, który będzie idealny.

Szukajmy takiego, przy którym nie będziemy musieli udawać idealnych.

I sami spróbujmy być kimś, przy kim druga osoba nie będzie bała się być sobą.

Bo miłość nie polega na znalezieniu człowieka bez wad.

Nie polega również na nieustannym poprawianiu tego, którego już znaleźliśmy.

Miłość to spotkanie dwojga niedoskonałych ludzi, którzy zamiast walczyć ze sobą, postanowili stanąć po tej samej stronie.

A jeżeli przy tej drugiej osobie zaczynamy bardziej wierzyć w siebie, odważniej marzyć i częściej się uśmiechać…

To być może właśnie znaleźliśmy coś naprawdę wyjątkowego.

Bo najpiękniejsza miłość nie zmienia nas w kogoś innego.

Pozwala nam wreszcie być sobą.

Między miłością a codziennością
Poniedziałkowy cykl felietonów o relacjach, emocjach i tym, co naprawdę ważne.

Idź do oryginalnego materiału