Michalinka: Spacer po roztopach

goniec.net 10 godzin temu

W końcu się doczekałam. Długo wyczekiwana plusowa temperatura – ile to już dni, ile to już tygodni, ba! choćby miesięcy? – do nas zawitała. W piątek, kiedy zapowiadano kilka stopni na plusie postanowiłam wybrać się na dłuższy spacer. No, może nie na długi, tak jak kiedyś, ale na taki dłuższy niż krążenie dookoła swojego domu. Wiedziałam, iż muszę wykorzystać ten piątek dlatego, bo już w sobotę zapowiadają powrót zimy, a w niedzielę ma być ponownie podwójna temperatura minusowa. Czy tegoroczna zima kiedykolwiek się skończy?

W piątek ubrałam się odpowiednio na cebulkę, zabrałam plecak na wszelki wypadek, gdybym musiała warstwy ubrań zdejmować, do termosu zaparzyłam herbatę – bo to tak przyjemnie napić się herbaty z termosu podczas wędrówki. I poszłam nad rzekę Humber. Na całe szczęście po południu przy plusowej temperaturze choćby nie odśnieżane ścieżki były już częściowo czyste od śniegu i nieoblodzone. Dało się chodzić. Kocham moją rzekę Humber. Stanęłam nad jej brzegiem i w blasku słońca napawałam się nią dłuższą chwilę. Jak żywe stanęły mi spływy w różnych partiach rzeki. W Kanadzie zawsze mieszkam nad rzeką Humber, w różnych jej odcinkach. Rzeka nie jest specjalnie długa – kilka ponad 150 km – ale ze względu na ważność dla prowincji Ontario uznana jest jako rzeka dziedzictwa Ontario – Heritage river.
Po chwili marzeń ruszyłam w stronę jeziora. To miał być bardzo przyjemny spacer. Miał być. Po krótkim marszu, nie wiadomo czy to moje kości i mięśnie nieużywane przez kilka miesięcy, czy też ciągle śliska chlapa, a może też mój wiek – zrobiłam piękny półszpagat. Wszystkie stawy w moim ciele groźnie zatrzeszczały. Przez chwilę leżałam oceniając sytuację. W szoku nic mnie jeszcze nie bolało. A potem zaczęłam panikować, iż mnie ktoś leżącą w tej śnieżnej chlapie zobaczy. ‘To już dobrze’ – pomyślałam, martwię się o zaambarasowanie, a nie o kości. Przekręciłam się na bok i pomimo zaklęśniętego biodra, powoli udało mi się przejść do pozycji klęczącego kota. Plecak zsunął mi się na głowę, termos potoczył gdzieś w krzaki, ale mogłam się ruszać. Powoli podpierając się rękami przeszłam do pozycji klęczącej. Obok było zwalone drzewo. To był mój cel i ratunek. Udało mi się do pnia na klęczkach dopełznąć. Ach co za ulga! Podpierając się o pień i gałęzie usiadłam na zwalonym drzewie. Adrenalina powoli opadała i w prawym biodrze zaczęłam odczuwać kłujący ból. Medytowałam co dalej. Nagle usłyszałam zbliżające się głosy. gwałtownie poprawiłam czapkę i otrzepałam śnieg z rękawów i spodni. Wyprostowałam się, jakby nic się nie stało. Wszystko żeby nie wyjść na rozlazłą seniorkę, która się wykopyrtnęła. Głosy zbliżały się. Były coraz bliżej i bliżej. O nie! To była moja córka z zięciem, którzy mnie najzwyczajniej w świecie szukali.

– Mama? – wykrzyknęła córka.
– No ja, ja, a bo co? Ale co ty tutaj robisz? – próbowałam zaatakować, żeby ukryć moją nieszczęśliwą wywrotkę.

Okazało się, iż wstrząs, kiedy upadałam i rozjeżdżałam się w półszpagat był tak duży, iż zegarek z funkcją rozpoznawania upadków wysłał do nich alarm, z podaniem lokalizacji GPS. No to zostawili wszystko i przybiegli tak gwałtownie jak się tylko dało, żeby mnie ratować. Choć dalej udawałam, iż nic wielkiego się nie stało, to jednak gdy zaczęłam kuśtykać do samochodu, to nam wszystkim humory się poprawiły – zaczęliśmy choćby żartować, iż dobrze, iż nie zrobiłam półszpagatu na rzece przy przerębli.
Dobrze, iż mam taki zegarek z taką funkcją rozpoznawania upadków. Tym razem skończyło się na podparciu ramienia zięcia, ale mogło być przecież gorzej.

Michalinka, Toronto, 28 lutego, 2026

Idź do oryginalnego materiału