– Michale, to już czas. Radziłbym panu zajrzeć do lekarza, serce przebadać. – A co niby jest nie tak z moim sercem? – Wydaje mi się, iż pan wcale go nie ma!

polregion.pl 1 godzina temu

Janie, panu już czas. Radziłbym zajrzeć do lekarza. Sprawdzić serce.
A co niby z moim sercem nie tak?
Wydaje mi się, iż pan go nie ma!

Nie mogłem zrozumieć, czemu drzwi klatki schodowej, przez które tyle razy wracałem na spacerze, były zamknięte.

Siedziałem naprzeciwko obdrapanych, brązowych drzwi.

Może się jednak pomyliłem? pomyślałem. Nie! odpowiedziałem sobie pewnie. Zapachy wskazywały to było tutaj.

Po prostu trzeba trochę poczekać i pan domu sobie przypomni, iż odjechał ze mną samochodem do lasu i zostawił mnie tam. To zabawa! Ale ja znalazłem. Teraz czekam!

Zaczęło padać. Skóra na łapach coraz bardziej marzła. Ciało drżało, futro już nie chroniło tak przed zimnem.

Najważniejsze nie myśleć o głodzie. Zaraz mnie zobaczą, ucieszą się. Dostanę wielką, smaczną kość…

Drżący, niewielki piesek podszedł do zaspy i zaczął jeść śnieg. Śnieg topniał w pysku, pić chciało się mniej, ale robiło się jeszcze zimniej. Choć niby jak mogło być jeszcze zimniej?

Zaraz mnie wpuszczą i położę się obok białego, gorącego kaloryfera. Ale najpierw kość. I zupa. A potem mogę na wszystkich powarkiwać. Wiem, iż to gra. Ćwiczą mnie.

Ale szukałem naszego podwórza przez kilka nocy. Wczoraj przemknąłem przez otwarte drzwi klatki, żeby się ogrzać. Rano obudził mnie kopniak dozorcy w bok. Zaskowyczałem. Nie miałem choćby siły ugryźć go.

Ludzie są dziwni. Kiedy idę na smyczy z panem, prawie każdy na ulicy się do mnie uśmiecha, wita się z nim. A gdy jestem sam, wszyscy patrzą z niechęcią, a tamten jeszcze mnie kopnął. Teraz boli mnie bok.

Pies przez kilka godzin wpatrywał się w drzwi klatki schodowej. Nikt nie wychodził ani nie wchodził. Zacząłem cicho skomleć. W myślach już byłem syty i w cieple.

Trzeba tylko jeszcze chwilę poczekać. Chwilę.

Rozpętała się zamieć. Prawie nie czułem już łap. Położyłem się, zwijając w kłębek. Powoli świadomość odpływała gdzieś daleko, daleko. Zadanie wykonałem. Owszem, było ciężko, ale znalazłem naszą klatkę. Jestem dzielny. Trzeba się przespać…

Pan Wiktor siedział w mieszkaniu sam. Roboty było, aż głowa bolała: trzeba obejrzeć telewizję, napić się herbaty, znowu telewizja, znowu herbata, potem spać i znowu herbatka…

Na dziś to były wszystkie plany zresztą od lat kilka się zmieniało. Kiedyś było inaczej!

Był maszynistą podmiejskiej kolejki. Woził ludzi z przedmieść do samego centrum Warszawy. Był częścią ogromnego systemu miasta. Najważniejsze, iż był potrzebny.

Nic to pocieszał się zaraz wiosna. Posadzę sadzonki. niedługo zacznie się sezon działkowy. Jeszcze trochę i doczekam do lata!

Wyszedł do kuchni, wstawił wodę na herbatę. Dawniej w takich chwilach zawsze miał się do kogo odezwać, ponarzekać. Teraz czuł się jak wykiwany, pośpiesznie pozostawiony sam sobie.

Czajnik zagotował się. Wiktor otworzył szafkę na herbatę była pusta.

Psiakrew! Skończyła się. Trzeba iść do sklepu pomyślał zaskakująco radośnie. gwałtownie się ubrał i wyszedł z mieszkania.

Znowu żarówkę w klatce wykręcili, albo przepaliła się myślał. Trzeba będzie wymienić po powrocie.

Gdy tylko otworzył drzwi i zrobił kilka kroków, potknął się o coś leżącego pod śniegiem.

A niech to szlag! mruknął. Tym czymś okazał się pies, przysypany śniegiem. Śnieg już nie topniał na jego sierści.

Czaruś! rozpoznał psa sąsiadów.

Czaruś, co się stało?! Tak ci źle? Poczekaj, zadzwonię do twoich właścicieli przez domofon.

Pobiegł do domofonu, wybrał numer mieszkania Czarka, ale nikt nie odpowiadał. Zadzwonił do sąsiadów tam odebrano.

Dzień dobry, tu sąsiad. Czy wie pani, gdzie są państwo z szesnastego? Tu pod klatką ich pies prawie zamarzł!

Aaa, oni się wyprowadzili. Rozwód podobno. Mieszkanie jest wystawione na sprzedaż.

Nie do wiary… Dziękuję.

Wiktor zdjął swoją ciepłą kurtkę, położył obok psa. Ostrożnie strzepnął śnieg, przełożył zwierzaka na kurtkę. Pies zdawał się nie oddychać.

Psiamać, no żyj, Czaruś!

Wciągnął go do środka, przytulił do kaloryfera. Gładził zmarzniętą sierść. Zaraz później zapukał do pierwszych lepszych drzwi na parterze. Otworzyła sąsiadka pani Zofia.

Co się stało, panie Wiktorze?

Zosiu, piesek… Proszę, znajdź najbliższą weterynarię i zamów dla nas taksówkę.

Halo, Marto?

Tak, kto mówi?

Sąsiad Wiktor z siódmego, numer dostałem od Zosi.

O, dzień dobry, panie Wiktorze!

Chodzi mi o Czarka.

To już do Jana. Ja tego głupiego psa nigdy nie chciałam.

Ekhm Mamy go teraz u weterynarza…

Ten nicpoń choćby na kredyt nie umiał zarobić… A jeszcze psa przygarnął!

Przez lata ja ciągnęłam dom na swoich barkach! Prosiłam, żeby psa oddał… A on nie dał rady! Do widzenia.

Halo, Janie? Mówi Wiktor, sąsiad, były sąsiad. Czaruś wrócił do domu!

Co pan mówi, nasz Czaruś zaginął w lesie.

Jestem pewien, iż to on!

To niemożliwe.

Taa… Nie wolno tak z nimi.

Nie rozumiem pana?!

Wszystko pan rozumie. I dobrze, iż już nie mam takich sąsiadów.

Kilka miesięcy Czaruś mieszkał w nowym domu. Stracił końce uszu, dalej dwie łapki bolały przy chodzeniu, ale przyzwyczaił się.

Czaruś zrozumiał, iż to nie była żadna gra. W rzeczywistości była to gra dwóch dorosłych ludzi, w której miał wykonać komendę na zawsze zostać. Naprawdę.

Zrozumiał też, iż teraz ma nowego pana. Chodzą razem na spacer trzy razy dziennie. Nie jest już młody, więc Czaruś trenuje go biegiem, żeby nie zalegał przed telewizorem.

Śmieszni ci ludzie. Tamci niby się do mnie uśmiechali, a prawie mnie na śmierć skazali. Ten ciągle zrzędzi. Ale jest dobry i troskliwy. Czaruś nie jest głupi: tamtych można było podgryźć, tego trzeba kochać!

W drzwi Wiktora zapukał ktoś.

Panie Wiktorze, to ja, Jan. Mieszkam teraz z kobietą, ma córkę. Dziewczynka chce psa. Odda mi pan Czarka? Przepraszam, iż tak wyszło. Ile jestem winien za leczenie weterynaryjne?

Janie, ja pana nie rozumiem.

Tak wyszło… Słabo zarabiałem i

Psu nie zależy, ile kto zarabia… Czaruś zagubił się w lesie.

Panie Wiktorze, tam on leży na posłaniu.

To Norris, Czarka pan zgubił.

Czaruś, do mnie!

Pies dalej leżał na posłaniu, nie drgnął nawet. Tylko warknął.

Janie, naprawdę już czas. Radziłbym panu do lekarza, serce sprawdzić.

Ale co się mojemu sercu zarzuca?

Zdaje mi się, iż pan go nie ma.

A wy jak myślicie? Dajcie znać w komentarzach, zostawcie lajka.

Idź do oryginalnego materiału