Miałem wtedy jakieś pięć, może sześć lat to były jeszcze czasy przed szkołą, początek lat dziewięćdziesiątych gdy do naszej wsi z Poznania przyjechało zamieszkać dwoje emerytów: babcia Zofia i wujek Marian. Kupili dom dokładnie naprzeciwko naszego niski, dwie szybki w oknie, ale za to z olbrzymim ogrodem, na który ze względu na zdrowie już nie mieli siły pracować. Każdego dnia wychodzili na spacery to do lasu, to nad Wartę, rzadziej do powiatowego Kępna po zakupy. Byli bardzo cisi, niemal niewidoczni. Do nas w gości nie zachodzili, jedynie dwa razy w tygodniu przychodzili po mleko. Prowadziliśmy wtedy spore gospodarstwo, ale nie byliśmy bogaci, dlatego babcia Zofia zawsze przemycała mi drobne upominki raz czekoladkę, innym razem zeszyt albo banknot dziesięć złotych. Własnych dzieci nie mieli.
Może trzy lata minęły od ich przeprowadzki, kiedy pewnego zimowego wieczoru, ledwie wyłączyliśmy telewizor i ułożyliśmy się do snu, zapukało cicho w okno. Przyszła babcia Zofia i szeptem powiedziała, iż Marian zmarł.
Pomogliśmy, jak umieliśmy, przy pogrzebie.
Babcia Zofia bardzo przeżyła stratę męża, chorowała, przestała wychodzić z domu. Odwiedzaliśmy ją niemal codziennie i wtedy opowiadała mi, jak z wujkiem Marianem przeżyli razem 52 lata, jak całe życie tyrali przy produkcji w fabryce narzędzi w Poznaniu, a gdy przeszli na emeryturę, zostawili mieszkanie siostrzenicy, by wyprowadzić się na wieś i zamieszkać bliżej natury.
Przyszła wiosna. Babcia Zofia zaczęła się powoli przyzwyczajać do samotności, trochę odzyskała siły, aż raz przywołała mnie do siebie i pokazała szarego szczeniaczka, leżącego w kartonie. Nigdy nie przepadałem za psami, ale gdy zobaczyłem tego malucha, coś mi pękło w sercu od razu go pokochałem.
Do dzisiaj pamiętam, jak siedziałem na dywanie w kuchni, głaskałem szczeniaczka jednym palcem, a babcia Zofia patrzyła to na mnie, to na szczeniaka, a na jej bezzębnych ustach po raz pierwszy od dawna pojawił się cichy, szczery uśmiech.
Z Marianem nigdy nie mieliśmy ani psa, ani kota. I dzieci też nie mieliśmy. Ale wiesz, trudno tak samej. Tego szaraczka znalazłam dziś przy rynku, przy śmietniku w Kępnie. No jak nie zabrać, spójrz jaki cudny.
Patrzyłem na niego zaciekle, bałem się choćby odetchnąć, żeby go nie spłoszyć.
A co on je? Pewnie głodny? zapytałem, prawie się rozklejając.
Mleko mu podgrzałam, ale nie potrafi pić z miski, trzeba mu dawać przez smoczek, a ja nie mam, ale jutro kupię szepnęła babcia Zofia z przeprosiną w głosie.
Pobiegłem na złamanie karku do domu, wyciągnąłem smoczek z ust śpiącej pięciomiesięcznej siostry.
Szczeniak miał zaledwie kilka dni. Na siłę wkładałem mu smoczek do pyska, delikatnie podawałem ciepłe mleko i trzymałem kciuki, żeby przeżył.
Ponad tydzień nie mogliśmy z babcią Zofią wymyślić dla niego imienia. Ona się śmiała, iż przez rude uszka powinniśmy nazwać go Rudek, a ja się upierałem przy imieniu Cichy, bo niemal nie szczekał, zawsze siedział cicho, a i my, gdy się nim zajmowaliśmy, zupełnie milkliśmy. Imię Cichy Cichuś, Cichutek przyjęło się do naszego znalezionego pieska.
Opiekowałyśmy się z babcią Zofią Cichutkiem długo, niemal do lata grzałyśmy mleko, gotowałyśmy mu jedzenie. Gdy już przyszły ciepłe dni, wypuszczałyśmy go z kartonu na podwórko. Był słaby i chorowity, może dlatego, iż został wyrzucony od matki i nie zdążył się napić jej mleka, ale starałyśmy się jak mogłyśmy. Zawsze po szkole, bez odwiedzania domu, biegłem do babci Zofii sprawdzić Cichutka, potem siadałem do lekcji, pomagałem mamie przy gospodarstwie, a całe wieczory spędzałem u babci, bawiąc się z szczeniakiem jak z kociakiem. Babcia Zofia siedziała na starym tapczanie i z czułością patrzyła, jak się z nim wygłupiam.
Przez lato Cichuś urósł, ale okazał się psiakiem drobnej rasy nie więcej niż 30 cm wysokości. Chodziłem z nim nad staw, wyganiałem z nim krowy na pastwisko, a gdy miałem obowiązki, bawił się z babcią Zofią. Jej życie bardzo się odmieniło znów zaczęła się uśmiechać, zaczęło jej lepiej iść ze zdrowiem. O Cichutka dbała jak o dziecko: osobne jedzenie, czesanie, czytała książeczki o psach i ich pielęgnacji.
Mijały lata pierwszy, drugi, piąty. Przez cały ten czas Cichutek mieszkał u babci Zofii, ale codziennie rano przybiegał pod moje drzwi, czekał aż wyjdę, żeby odprowadzić mnie na autobus do szkoły trzy kilometry pieszo. Potem przed drugą wracał pod szkolną bramę i razem szliśmy do domu. Czy deszcz, czy śnieg, nigdy mnie nie zawiódł. Tak upłynęło dziewięć lat.
Szkoła w naszej wsi kończyła się na podstawówce, żeby się dalej uczyć, musiałem przenieść się do technikum rolniczego w Kaliszu i zamieszkać w internacie. Rodzinnie postanowiono, iż jadę do miasta.
Gdy rankiem miałem wyruszyć na pociąg, długo siedziałem na schodkach przy babci, tuląc Cichutka i łkając.
Weź go ze sobą, skoro nie możesz się rozstać mówiła babcia Zofia, też płacząc.
Jak miałbym go zabrać? Przecież Cichy jest Twój Proszę, dbajcie o siebie. Mama będzie każdego dnia do Ciebie przychodzić. A ja będę dzwonił.
Kiedy pociąg odjeżdżał z peronu, stałem w oknie, zapłakany, a Cichutek biegał po starych deskach przystanku, nie spuszczając ze mnie oczu, jakby nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego go zostawiłem.
Szkoła wciągnęła mnie bez reszty: lekcje z weterynarii i zarządzania gospodarstwem pożerały cały mój czas. Do nikogo się nie zbliżyłem, z jednym kolegą czasem pogadałem wieczorami.
Tuż przed świętami mama zadzwoniła: babcia Zofia jest bardzo słaba, tydzień już nie wstaje z łóżka, a Cichutek nie odstępuje jej choćby na chwilę; trzeba było przenieść choćby miskę pod samo łóżko.
Rzuciłem wszystko i pojechałem do domu. Cichutek siedział przy łóżku babci, patrzył na nią smutnymi oczami, cicho popiskiwał. Babcia Zofia ledwo już żywa, słabiutką, wyschniętą ręką głaskała go po głowie, próbowała dotknąć jego mokrego noska. Oboje byli wychudzeni widok chowający się pod żebrami, przeszywający serce: gasnąca staruszka i jej pies, ostatnia pociecha całego życia bez dzieci.
Gdy po świętach musiałem wracać do miasta, wiedziałem już, iż babci Zofii więcej żywej nie zobaczę. Cichutek odprowadził mnie tylko do furtki. Nie mógł jej opuścić choćby na chwilę. Czułem wtedy głęboko ból tego małego pieska on chyba sam próbował być opiekunem dla swojej schorowanej mamy.
W lutym babcia Zofia zmarła.
Zapyta ktoś czy szesnastoletni chłopak, chłopak z małej wsi, może naprawdę opłakiwać staruszkę i jej psa? Pewnie nie każdy to zrozumie. Ale kto stracił najbliższą duszę i w zamian miał tylko wiernego psa, ten zrozumie, iż to boli. Psa, który przeżyje cię i będzie równie cierpiał po twoim odejściu.
Do domu przyjechałem dopiero na koniec maja, po sesji. Gdzie był Cichutek? Nikt nie wiedział. Podobno na pogrzebie krążył wokół grobu babci, próbował wręcz wskoczyć do środka, grabarze odganiali go łopatami. Po pogrzebie zabrali go do nas, ojciec zmajstrował mu choćby ocieplaną budę. Ale Cichutek nie chciał tam zostać, ciągle wymykał się do pustego domu babci Zofii. W końcu, w ciepłe majowe dni, przepadł bez śladu. Nie doczekał mojego powrotu
Połowę wakacji spędziłem, chodząc po okolicznych wsiach, szukając Cichutka, pytając ludzi, pokazując jego zdjęcie. Przeczesałem cały powiat. Nic. Może gdy babcię pogrzebli, myślał, iż wróci więc ją czekał. Skoro nie wróciła, ruszył jej szukać taki wymyśliłem sobie powód. Może gdzieś biega, biedak, i wciąż jej szuka.
Przyszedł sierpień.
Któregoś dnia pojechaliśmy całą rodziną na cmentarz, do Nysowej Góry. To pięćdziesiąt kilometrów od naszej wsi. choćby bym nie pomyślał, żeby szukać tam psa.
Ale gdy tylko wysiedliśmy przy kościele, nagle spostrzegłem, jak pędzi na złamanie karku, z wyciągniętym językiem i położonymi uszami mój Cichutek.
Padłem przed nim na kolana i rozryczałem się jak dziecko.
Cichutek, Cichutku, moj Boże! Całe lato cię szukałem, głupku, a ty tutaj
Klęczałem na ziemi, przytulałem psa, a on stojąc na tylnych łapach lizał mnie po twarzy. Widać było, iż płacze.
Gdy wstałem, skakał aż pod moją głowę i merdał ogonem.
Był zabiedzony i brudny. Natychmiast wyciągnąłem z bagażnika wszystko, co mieliśmy do jedzenia kanapki, kotlety, ciasto jadł łapczywie, patrząc mi prosto w oczy.
Nie przestawałem wycierać łez.
To państwa piesek? zagadnęła jakaś kobieta wychodząca z kościoła.
Jego, Cichutek odpowiedziała moja mama, ocierając łzy chusteczką.
A ja tu w kościele sprzątam. Od końca wiosny już psa zauważyłam mieszka tam na jednej mogile. Tę mogiłę rozgrzebał całkiem. Tak pracował łapami, iż zaraz krzyż się przestawi. Zakopywałam tam łopatą, a on znów rozgrzebuje.
Wszyscy zrozumieliśmy to był grób babci Zofii.
Poszliśmy odwiedzić groby rodziny. Cichutek nie odstępował mnie na krok. Cała mogiła babci Zofii i wujka Mariana była rozkopana psimi łapkami najbardziej od strony babci. Ojciec poprawił krzyż, mama położyła świeże kwiaty, a ja przyklęknąłem i tuliłem Cichutka na rękach. Pies cicho popiskiwał, raz patrzył w moją stronę, raz na mogiłę, a potem lizał mi gorączkowo twarz.
Nie każ mu od razu jechać z nami usiadł przy mnie tata może chce tu jeszcze zostać. Sam zdecyduje.
Nie chcę go tu zostawiać, przecież zaraz jesień, potem zima, a on już nie jest młody, ma prawie dziesięć lat odpowiedziałem, wiedząc jednak, iż jeżeli będzie chciał tu wrócić, żadne pięćdziesiąt kilometrów nie stanowi dla niego przeszkody.
Gdy ruszaliśmy do samochodu, Cichutek biegał raz przy grobie, raz przy nas, ale gdy w końcu wsiedliśmy, wskoczył do auta prosto na moje kolana.
Cichutek, kochany, nigdy więcej cię już nigdzie nie zostawię zanosiłem się łzami.






