Miałem jakieś pięć czy sześć lat, jeszcze przed szkołą, na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy do naszej wsi przyjechało z miasta na stałe dwóch emerytów – babcia Weronika i wujek Leszek

newsempire24.com 4 dni temu

Miałem wtedy może pięć, może sześć lat, jeszcze przed szkołą, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy do naszej wsi spod Warszawy sprowadziła się starsza para pani Weronika i pan Leszek. Kupili dom dokładnie naprzeciwko naszego niski, z dwoma okienkami od frontu, za to z ogromnym ogrodem, którego ze względu na wiek nie chcieli już uprawiać. Każdego dnia chodzili na spacery: czasem do lasu, czasem nad rzekę, a tylko raz na tydzień do miasteczka po zakupy. Żyli bardzo cicho i niemalże niezauważalnie. Do nas w zasadzie nie przychodzili w gości, tylko dwa razy w tygodniu wpadała po mleko pani Weronika. Nas wtedy trzymało się spore gospodarstwo, choć biednie u nas było, i babcia Weronika zwykle przemycała mi drobne prezenty raz czekoladkę, raz zeszyt, albo kilka złotych. Własnych dzieci nie mieli.

Minęły może trzy lata ich życia w naszej wsi, kiedy pewnego późnego zimowego wieczoru, zaraz po tym jak wyłączyliśmy telewizor i poszliśmy spać, ktoś cicho zapukał do okna. Przyszła babcia Weronika i ledwo słyszalnie powiedziała: Leszek zmarł.

Pomogliśmy jej jak mogliśmy z organizacją pogrzebu.

Babcia Weronika bardzo ciężko przeżywała śmierć męża, zaczęła chorować, rzadko wychodziła z domu. Zaczęliśmy odwiedzać ją niemal codziennie, a ona opowiadała mi, jak przeżyli z wujkiem Leszkiem ponad pięćdziesiąt lat razem, jak ciężko pracowali w fabryce, a kiedy przeszli na emeryturę, postanowili odstąpić swoje miejskie mieszkanie siostrzenicy i przenieść się tu, na wieś, żeby odetchnąć wśród natury.

Przyszła wiosna. Babcia Weronika trochę przywykła do samotności, zaczęła wracać do siebie, aż pewnego dnia zaprosiła mnie do siebie i, uśmiechając się tajemniczo, pokazała szarego szczeniaka leżącego w kartonie. Nie przepadałem za psami, ale jak tylko spojrzałem na tego malca, moje serce zabiło mocniej i już wiedziałem, iż go pokochałem.

Do dzisiaj pamiętam, jak siedziałem na podłodze, głaskałem szczeniaka jednym palcem, a babcia Weronika przyglądała się na przemian jemu i mnie, i po raz pierwszy od dawna szczerze uśmiechała się bezzębnym uśmiechem.

Nigdy z dziadkiem Leszkiem nie mieliśmy ani kota, ani psa. Dzieci też nam się nie doczekały. A wiesz, ciężko tak samej. Tego szaraczka przywiozłam dziś spod rynku w miasteczku, ktoś wyrzucił go na śmietnik. No i jak tu nie zabrać? Spójrz, jaki cudny.

Patrzyłem na szczeniaka jak zahipnotyzowany, bałem się choćby oddychać.

A co on je? Pewnie głodny? niemal się rozpłakałem.

Podgrzałam mu mleka, ale nie umie pić z miski, trzeba mu przez smoczek dać, ale nie mam, jutro kupię odpowiedziała babcia Weronika niemal szeptem, przepraszająco.

Wybiegłem wtedy z domu najprędzej i ukradłem smoczek mojej śpiącej pięciomiesięcznej siostrzyczce.

Okazało się, iż szczeniak ma może parę dni. Karmiłem go tą butelką z całych sił, byle tylko przeżył.

Ponad tydzień nie mogliśmy wspólnie z babcią Weroniką wymyślić mu imienia. Ona śmiała się, iż przez rude uszka powinniśmy nazwać go Rudzikiem, ja za to uparłem się na Cisiek, bo był bardzo cichy, siedział spokojnie, choćby nie piszczał, no i podczas karmienia oboje siedzieliśmy nad nim jak mysz pod miotłą. Tak już zostało Cisiek, Cisio, Cisia.

Przez wiele miesięcy, aż do lata, codziennie wspólnie doglądaliśmy Cisika podgrzewałem mleko, pomagałem gotować mu jedzenie. Gdy zrobiło się cieplej, wypuszczaliśmy go z pudełka na podwórko. Był jednak słaby, chorowity, bo od początku nie miał matki ani rodzeństwa. Ale robiliśmy co w naszej mocy, żeby dostał wszystko, czego potrzebuje. Wracałem ze szkoły i zanim zajrzałem do własnego domu, pędziłem do babci Weroniki sprawdzić, co u Cisika, potem lekcje, pomoc w gospodarstwie, a wieczorem znowu u babci. Bawiłem się z nim jak z kotkiem, a ona siedziała na wersalce, patrzyła i łagodnie się uśmiechała.

Przez całe lato Cisiek urósł, okazało się, iż to jakiś mały mieszaniec, do kolana, nie więcej niż trzydzieści centymetrów. Chodziłem z Cisiekiem rano na ryby albo po bydło na pastwisko, a jak byłem zajęty, bawił się z babcią Weroniką. Z pojawieniem się psa bardzo się zmieniła stała się pogodniejsza i choćby zdrowie jej się poprawiło. O psa dbała jak o człowieka gotowała mu osobno, czesała go, czytała książki o pielęgnacji i leczeniu zwierząt.

Mijały kolejne lata, aż dziewiąty. W tym czasie Cisiek mieszkał u babci Weroniki, ale co rano przybiegał pod nasz ganek, czekał aż wyjdę i odprowadzał mnie aż do szkoły trzy kilometry pieszo. Potem, po południu, wracał po mnie pod szkołę, szliśmy razem do domu. Nieważne czy odwilż, czy mróz, zawsze był przy mnie. Tak minęło dziewięć lat.

Szkoła była tylko do dziewiątej klasy, dalej trzeba było wyjechać do miasta na technikum, albo przynajmniej do miasteczka, żeby zdać maturę i mieszkać w internacie. Rodzinnie zdecydowaliśmy, iż pójdę do miasta.

Kiedy rano przyszedł czas wyjeżdżać na przystań promu do Warszawy, długo siedziałem na ganku u babci Weroniki, trzymałem Cisia na kolanach i płakałem.

Weź go ze sobą, skoro nie chcesz się z nim rozstawać babcia Weronika też płakała.

Ale dokąd z nim pojadę? Cisiek, to przecież Twój pies. Dbaj o siebie, mamo będzie do Ciebie zaglądała codziennie. Ja też będę dzwonił, ile się da.

Kiedy prom Warszawiak odpływał, stałem na pokładzie i łzy ciekły mi po twarzy. A Cisiek biegał po przechylającym się pomoście, patrzył na mnie wielkimi oczami, nie mogąc zrozumieć, czemu go zostawiam.

Wciągnęła mnie nauka w technikum rolniczym. Od rana do wieczora książki: weterynaria, ekonomia wsi. Nie miałem wielkich przyjaźni, czasem tylko odwiedzałem kolegę ze szkoły, który mieszkał w sąsiednim akademiku.

Na kilka dni przed feriami zimowymi, kiedy już planowałem pojechać do domu, zadzwoniła mama i powiedziała, iż z babcią Weroniką bardzo źle, od tygodnia nie podnosi się z łóżka, a Cisiek praktycznie nie odstępuje jej na krok miski z jedzeniem musieliśmy przynieść pod łóżko.

Wróciłem do domu wcześniej niż planowałem. I faktycznie Cisiek siedział na taborecie przy łóżku babci, patrząc na nią zamoczonymi oczami i cichutko skomląc. Babci Weronice tylko ledwo starczało sił, by pogłaskać go po głowie i dotknąć jego cieplutkiego noska. Oboje bardzo się wychudzili. Ten widok ściskał za serce: umierająca, schorowana staruszka i jej pies ostatnia i jedyna euforia w jej bezdzietnym życiu.

Wiedzieliśmy, iż wyjeżdżając po świętach do miasta raczej widzę ją po raz ostatni. Cisiek odprowadził mnie już tylko do drzwi. Ani na chwilę nie chciał zostać bez niej. Bolało mnie serce, czując tę rozpacz zwierzęcia, które stara się być dla swojego chorego właściciela jak syn.

W lutym babcia Weronika odeszła.

Czy szesnastoletni chłopak potrafi rozpaczać po starszej sąsiadce i jej psie? Przyznam szczerze, iż nie każdy zrozumie ból, gdy tracisz ostatniego bliskiego człowieka, ale w zamian zyskujesz wiernego, kochającego psa. Psa, który Cię przeżyje i będzie odczuwał rozpacz po Twoim odejściu.

Do domu mogłem wrócić dopiero w maju, po egzaminach. Nikt nie wiedział, gdzie się podział Cisiek. Mama opowiadała, iż na pogrzebie biegał wokół grobu, próbował wskoczyć do środka, aż grabarze go odganiali. Z cmentarza ktoś go wyniósł i ulokowaliśmy psa u siebie. Tata choćby zrobił mu osobną budę z ociepleniem, ale Cisiek nie chciał z nami być, krążył wokół pustego domu babci Weroniki, aż w końcu, w ciepłe dni, zniknął. Nie doczekał się na mój powrót.

Pół lata chodziłem po okolicznych wsiach i szukałem Cisia, pytałem ludzi, pokazywałem zdjęcia, odwiedziłem każdy dom w miasteczku. Nigdzie ani śladu. Gdy babcię Weronikę pochowano, pewnie czekał, iż ona jeszcze wróci, więc trwał w jej domu, ale kiedy nie wróciła, poszedł jej szukać. Tak mi się wydawało iż szuka, błąka się, biedny, po świecie.

W sierpniu całą rodziną pojechaliśmy na cmentarz do Nossowskiej Kępy, pięćdziesiąt kilometrów od naszej wsi nigdy by mi do głowy nie przyszło, by szukać tam psa. A tu raptem jeszcze dobrze nie wysiedliśmy z auta patrzę: pędzi, wywalając jęzor i z uszami położonymi do tyłu, mój Cisiek. Rzuciłem się przed niego na kolana i wybuchłem płaczem.

Cisiek, Cisio, kochany mój! Przecież całe lato cię szukałem! krzyczałem przez łzy.

Siedziałem na ziemi, a on stawał na tylnych łapach i lizał mi twarz. Było widać, iż on także płacze.

Jak wstałem, skakał niemal do mojego nosa i machał ogonem ile sił. Był wychudzony i brudny z bagażnika od razu wyciągnąłem wszystkie nasze kanapki, kotlety, ciasto. Jadł łapczywie i patrzył tylko na mnie.

To pana piesek? zapytała kobieta wychodząca z kościoła.

Jego to Cisiek. odpowiedziała mama ocierając łzy.

Pracuję tu w kościele i od wiosny przyglądam się temu pieskowi. Zamieszkał przy jednym grobie. Wykopał tam taką dziurę, iż już krzyż ledwo stoi. Zakopywałam łopatą, ale on od razu znów rozgrzebuje…

Od razu wiedzieliśmy o który grób chodzi babci Weroniki.

Poszliśmy na rodzinne groby, a Cisiek ani na krok nie odstępował mnie od nogi. Kiedy siadłem przy grobie Weroniki i Leszka, on żałośnie patrzył na to miejsce, skrobał łapkami ziemię i lizał mi twarz.

Nie zmuszaj go może do wyjazdu, jeżeli chce tu zostać. Może sam zdecyduje powiedział tata, kucając przy mnie.

Nie mogę go tu zostawić. Przecież idzie jesień, zaraz zima, on już stary, prawie dziesięć lat ma… odpowiedziałem, rozumiejąc, iż jeżeli Cisiek zdecyduje się zostać, to i tak nie dogonimy go, pięćdziesiąt kilometrów mu niestraszne.

Gdy odchodziliśmy od grobu, Cisiek ciągle wahał się, podbiegał raz tu, raz tam. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, długo stał przy aucie, patrzył w stronę grobów. Dopiero nagle wskoczył na moje kolana.

Cisiu, mój drogi, nigdy już Cię samego nie zostawię… przez łzy wyszeptałem.

Dzięki tej historii nauczyłem się, iż pies potrafi dać więcej miłości, wierności i oddania niż niejeden człowiek. I choć czasem ludziom wydaje się, iż w wiejskim życiu najważniejsze są sprawy codzienne, w głębi serca liczy się najprostsze przywiązanie i obecność drugiej istoty, choćby jeżeli to tylko szczeniak z kartonu spod targu.

Idź do oryginalnego materiału