Przygotowywałam się do ślubu, ale zakochałam się w jego bracie! Jak wyjść z tego bałaganu?
Mam na imię Ania Kowalska i mieszkam w Toruniu, gdzie Wisła łagodnie płynie obok zabytkowych ulic. Mam 28 lat i jestem w rozpaczy — potrzebuję waszej rady i spojrzenia z zewnątrz. Za sobą mam serię nieudanych związków: byłam zdradzana, porzucana, wykorzystywana, co zostawiło mnie z rozdartym sercem. Dlatego też, gdy poznałam Piotra nad Bałtykiem, jego uporczywe zaloty nie od razu mnie przekonały. Trzymałam dystans, myśląc, iż to tylko wakacyjny flirt. Ale okazał się inny — dobrze wychowany, mądry, szczery do bólu. Piotr przyznał, iż jest oczarowany moją urodą, inteligencją, manierami, iż chcę ze mną budować rodzinę i iść przez życie do ostatniego tchu. Miał prestiżową pracę, stabilność, pewność siebie — mógł zapewnić przyszłość żonie i dzieciom.
Nasza relacja nie skończyła się po wakacjach. Wróciłam do Torunia, a on do Warszawy, skąd pochodził. Codziennie wieczorem dzwonił i nie był nachalny. W piątki przyjeżdżał do mnie — spędzaliśmy wspólnie weekendy, każdego dnia zbliżając się do siebie. W końcu uwierzyłam: on miał rację, byliśmy dla siebie stworzeni. Obydwoje dojrzali, doświadczeni, gotowi na poważne kroki. Jego miłość przewyższała moją, co dawało mi nadzieję, iż już nie zawiodę się na męskich grach i zdradach. Kiedy w końcu powiedziałam „tak” na jego oświadczyny, Piotr zaprosił mnie do Warszawy, bym poznała jego rodziców. Przyjęli mnie ciepło, z uśmiechami, a choćby otwarcie zaakceptowali wybór syna. W ich obecności uroczyście nałożył mi na palec przepiękny złoty pierścionek, a jego matka zabrała mnie do jubilera, bym wybrała naszyjnik i kolczyki. Nalegała, abym sama wybrała to, co mi się podoba — to poruszyło mnie do głębi.
Ślub ustaliliśmy na połowę września — czekaliśmy na powrót jego brata, Michała, ze Szwajcarii, gdzie żył i pracował. Piotr nie mógł się doczekać, aby nas zapoznać. Następnego dnia po przyjeździe Michała przywiózł go do Torunia. I wtedy wszystko się zawaliło. Kiedy tylko nasze spojrzenia się spotkały, poczułam, jakby ziemia usunęła mi się spod nóg. Nigdy wcześniej męska obecność mnie tak nie poraziła — serce waliło, oddech mi się urywał. Widziałam, jak Michał stanął jak rażony przez piorun, nie odrywając ode mnie wzroku. To było niewytłumaczalne: po raz pierwszy widzisz człowieka, a przyciąganie — nie tylko duchowe, ale i fizyczne — wciąga cię jak fala. Tego samego wieczora zadzwonił do mnie z Warszawy i wszystko wyznał. Jego słowa — gorące, pełne pasji — wciąż brzmią w moich uszach, a od nich uginają mi się nogi. Stwierdził, iż dla Piotra małżeństwo to obowiązek, stabilność, porządek, a ja jestem idealną żoną według jego rygorystycznych standardów, jak z listy wymagań. Ale to nie jest miłość. Nie ta szaleńcza, wszechogarniająca pasja, która płonie w nim i którą dostrzegł w moich oczach. Nie potrafi żyć z myślą, iż inny — choćby brat — obejmuje mnie i posiada.
Płakałam, próbując tłumaczyć, iż dałam słowo, iż jego rodzice nie zniosą takiego ciosu, iż musimy zdusić te uczucia, choćby były bolesne. Ale on nie słuchał. „Wyjedziemy do Szwajcarii, weźmiemy ślub, postawimy wszystkich przed faktem. Inaczej — to agonia, powolna śmierć. Nasza miłość nie zasługuje na grób!” — krzyczał do telefonu. Miotałam się pomiędzy poczuciem winy a pożarem w sercu. Piotr — niezawodny, dobry, a Michał — jak burza, która porywa mnie do przepaści namiętności. Czułam się zdrajczynią przed jednym i beznadziejnie zakochaną w drugim. A wtedy los postanowił mnie przetestować: poślizgnęłam się na schodach w pracy, złamałam kostkę i rękę powyżej nadgarstka. Dwie poważne operacje, gips, miesiące rehabilitacji — ślub trzeba było odłożyć.
Teraz Piotr przyjeżdża do mnie do Torunia co weekend. Otacza mnie opieką, czułością, wspiera, pomaga znieść ból i gips, zapewnia, iż doczeka się mnie przy ołtarzu. A Michał dzwoni pięć razy dziennie ze Szwajcarii, błaga, by się zgodzić na ucieczkę: „Przylecę, zabiorę cię potajemnie, wywiozę samolotem do mnie!” Jego głos — jak trucizna, która zatruwa moją świadomość, ale przyciąga szalenie. Serce krzyczy: wybierz miłość, rzuć się w wir z Michałem! Ale rozsądek, wychowanie, moralność mówią: zostań z Piotrem, zapomnij o tym szaleństwie, nie niszcz tego, co zbudowano. Rozdzieram się. Czasami myślę: może usunąć obydwóch z życia? Odejść, by nie zdradzić jednego i nie dręczyć się przez drugiego? Ale czy to adekwatne?
Nie śpię nocami, wyobrażając sobie, jak Piotr zakłada mi obrączkę, a potem — jak Michał całuje mnie w jakimś szwajcarskim miasteczku nad jeziorem. Jeden — moja twierdza, drugi — mój płomień. Rodzice Piotra przyjęli mnie jak córkę, a ja zaraz rozbiję im serce. Michał gotów jest porzucić dla mnie rodzinę, a ja boję się, iż zniszczę jego życie, jeżeli odmówię. Jak wybrać pomiędzy obowiązkiem a namiętnością? Jak nie stać się tą, która zdradza wszystkich — i siebie samą też? Jestem w pułapce, w tym chaosie uczuć i nie widzę wyjścia. Powiedzcie, co robić, jak żyć dalej z tą miłością, która rozdziera mnie na kawałki?