Miałam 30 lat, kiedy tata odszedł do Boga. Dziś mam 32 i nasza ostatnia rozmowa wciąż boli, jakby wydarzyła się wczoraj. Zawsze byłam „trudnym dzieckiem” – zaczynałam różne rzeczy i nigdy ich nie kończyłam.

twojacena.pl 4 tygodni temu

Miałem trzydzieści lat, gdy tata odszedł do Pana.
Dziś mam trzydzieści dwa i nasza ostatnia rozmowa wciąż boli, jakby odbyła się wczoraj.
Zawsze byłem tym kłopotliwym dzieckiem zaczynałem różne sprawy i żadnej nie kończyłem.
Studiowałem trzy różne kierunki na trzech różnych uniwersytetach w Polsce.
Pierwszy przerwałem w drugim semestrze, bo poczułem znudzenie.
Drugi zakończyłem w czwartym, bo coraz częściej opuszczałem zajęcia, wychodziłem wieczorami, rozpraszałem się.
Trzeci porzuciłem jeszcze przed końcem pierwszego semestru.
Podczas gdy moje dwie siostry Małgorzata i Zuzanna kończyły studia, zdobywały dyplomy i rozpoczynały pracę, ja skakałem z pomysłu na pomysł, powtarzając, iż w końcu znajdę swoje miejsce.
Wszyscy w domu to widzieli, ale najbardziej czuł to tata.
On był moim człowiekiem.
Nie tylko ojcem był moim przyjacielem.
Zabierał mnie na bilard do starego pubu w Krakowie, razem chodziliśmy na mecze, piliśmy piwo w weekendy, jeździliśmy na rodzinne ogniska ze znajomymi.
Siostry miały swoje obowiązki, plany i oceny, a ze mną wszystko było inaczej.
Mówił: Jesteś chłopakiem, nauczysz się życia na ulicy. Dorastałem wolny, bez jasno wytyczonych zasad, bez prawdziwego nacisku.
A z biegiem lat obróciło się to przeciwko mnie.
Nie potrafiłem niczego utrzymać ani studiów, ani pracy, ani porządku.
Trzy miesiące przed jego odejściem, mieliśmy najtrudniejszą rozmowę w moim życiu.
Siedzieliśmy w ogrodzie, on palił papierosa, ja scrollowałem telefon.
Poprosił, bym go schował i powiedział: Synu, nie jestem tobą rozczarowany, jestem rozczarowany sobą.
To ja cię wychowałem błędnie.
Rozpieściłem cię.
Oszczędziłem ci trudów.
Sprawiłem, iż jesteś słaby wobec życia. Milczałem.
Oczy paliły, ale nie zapłakałem.
Chciałem odpowiedzieć czymś mocnym, dojrzałym, ale nic nie przeszło przez gardło tylko obiecałem, iż się zmienię.
On nie odpowiedział.
Wpatrywał się w ziemię.
Trzy miesiące później, w zwyczajne poranne godziny, wstał, poszedł do łazienki, żeby umyć zęby i upadł na podłogę.
Wszystko wydarzyło się nagle.
Nie było pożegnania.
Nie było szpitala.
Nie było ostatnich słów.
Nie straciłem tylko ojca straciłem jedynego człowieka, który wierzył, iż jeszcze potrafię się zmobilizować, choćby gdy był już zmęczony czekaniem.
Po pogrzebie w Nowym Sączu ogarnęła mnie cicha złość na siebie.
Przestałem wychodzić, rzuciłem picie, przestałem marnować czas.
Znów się zapisałem na studia tym razem prawo, bo musiałem komuś coś udowodnić.
Wstaję przed piątą, pracuję dorywczo, uczę się wieczorami.
Są dni, gdy choćby nie chce mi się jeść, ale idę dalej.
Każdy zdany egzamin to myśl o nim.
Każda zaliczona sesja to jakby powiedzieć mu: Widzisz?
Potrafię.
Minęły dwa lata.
Idzie mi coraz lepiej.
Nie opuszczam semestrów.
Nie uciekam z wykładów.
Nie szukam wymówek.
Siostry patrzą na mnie inaczej, wspierają mnie.
Mama mówi, iż tata byłby dumny.
Nie wiem, czy dumny ale przynajmniej nie odszedłby z myślą, iż wszystko poszło źle.
Najtrudniejsze nie jest uczenie się, nie jest praca, nie jest zmęczenie.
Najtrudniejsze jest to, iż nie mogę do niego zadzwonić, opowiedzieć, iż zdałem trudny egzamin, iż poradziłem sobie, iż robię wszystko inaczej.
On był moim kompanem od przygód tym, który nauczył mnie żyć bez strachu, ale i tym, który nieświadomie zostawił mnie bez struktury.
Teraz sam muszę ją zbudować.
Czasem, gdy wracam późno z plecakiem pełnym książek, siadam na łóżku i patrzę na zdjęcie nas dwóch na spacerze, z piwem w ręku i szerokimi uśmiechami.
I zawsze w myślach mówię: Stary, nie zdążyłem ci tego udowodnić, ale nie całkiem się pomyliłeś.
Chcę być najlepszą wersją siebie, dla niego.
Wierzę, iż kiedyś mi się uda.

Idź do oryginalnego materiału