Miał zawieść ojcu lewarek. Radka nie ma od 18 lat

kobietaxl.pl 2 godzin temu

19 lipca 2008 roku miał być dla rodziny Liberskich zwykłą sobotą. Taką, w której problemy kończą się na pękniętej oponie, krótkiej trasie rowerem i szybkim powrocie do domu. Stało się jednak inaczej.

Bo tamten dzień stał się początkiem jednej z najbardziej zagadkowych spraw zaginięcia na Dolnym Śląsku. Radosław Michał Liberski, 32-letni mieszkaniec Lubiatowa w gminie Miękinia, wyszedł z domu po to, by pomóc ojcu przy awarii samochodu. Miał pokonać niedługi odcinek, dowieźć lewarek i wrócić do codzienności. Nigdy nie dotarł na miejsce. Nie odnaleziono jego ciała, roweru, plecaka, dokumentów ani telefonu. W 2026 roku, prawie 18 lat po zaginięciu, jego nazwisko przez cały czas widnieje w policyjnej bazie osób zaginionych.

Nie miał większych problemów

Radosław Liberski urodził się 14 kwietnia 1976 roku. Mieszkał w Lubiatowie, niewielkiej miejscowości niedaleko Miękini, w powiecie średzkim. Według relacji przywoływanych przez lokalne media był spokojnym mężczyzną, który nie pił alkoholu i nie należał do osób szukających problemów. Bliscy nie wskazywali, by przed zaginięciem miał planować wyjazd, zerwanie kontaktu z rodziną albo rozpoczęcie życia gdzie indziej. Właśnie dlatego przebieg tamtej soboty do dziś brzmi tak niepokojąco. Nie było pożegnania, przygotowań, pakowania rzeczy ani sygnałów, które mogłyby sugerować dobrowolne odejście. Była tylko awaria auta i decyzja, żeby wrócić po narzędzie.

Tego dnia Radosław jechał z ojcem fiatem 126p. Na wysokości wsi Lisina doszło do usterki - pękła opona. Na początku wyglądało to jak banalna sytuacja drogowa. Wystarczyło wymienić koło i jechać dalej. gwałtownie okazało się jednak, iż problem jest większy: zapasowa opona również była uszkodzona, a w samochodzie brakowało lewarka. Radosław postanowił więc wrócić do domu po potrzebne narzędzie. Według przekazywanych relacji około godziny 13. był jeszcze widziany w Lubiatowie. Zabrał lewarek, miał spakować go do plecaka, wsiąść na rower i ruszyć z powrotem w stronę ojca.

Trasa nie była daleka

Według rodziny do miejsca, gdzie stał samochód, jechało się około pół godziny. Radosław nie miał więc przed sobą długiej wyprawy, nie wybierał się w nieznane miejsce i nie znikał po zmroku. Był środek dnia. Miał rower, plecak, dokumenty, telefon komórkowy i - według informacji podawanych w mediach - około tysiąca złotych przy sobie.

W czasie, gdy Radosław wracał po narzędzie, jego ojcu udało się uzyskać pomoc i uporać z awarią. Kiedy ruszył w stronę domu, powinien natrafić na syna albo przynajmniej zobaczyć go gdzieś na trasie. Tak się jednak nie stało. Nie minął Radosława, nie zauważył jego roweru, nie zobaczył żadnego śladu wypadku, postoju ani porzuconych rzeczy. Po powrocie do domu okazało się, iż syna tam nie ma.

Rodzina jeszcze tego samego dnia zawiadomiła policję. Początkowo brano pod uwagę najbardziej oczywisty scenariusz: wypadek. Sprawdzano, czy Radosław mógł zostać potrącony, przewieziony do szpitala albo odnaleziony jako osoba bez dokumentów. Ten trop nie przyniósł przełomu. Następnego dnia przeszukiwano okolice, drogi, lasy i pobocza. W działaniach brał udział sprowadzony z Warszawy śmigłowiec z kamerą termowizyjną. Mimo szeroko zakrojonych poszukiwań, nie znaleziono niczego, co mogłoby wyjaśnić, co wydarzyło się po wyjeździe z Lubiatowa.

Brak roweru i plecaka stał się jednym z najbardziej zagadkowych elementów sprawy. Gdyby doszło do zwykłego wypadku, można byłoby spodziewać się śladów na drodze, uszkodzonego roweru, porzuconego lewarka, telefonu albo dokumentów. Tymczasem zniknęło wszystko, co Radosław miał przy sobie. W nocy po zaginięciu spadł deszcz, który mógł zniszczyć część śladów, ale choćby późniejsze działania nie doprowadziły do odnalezienia przedmiotów należących do zaginionego. To rodzi pytanie, które wraca w tej historii od lat: czy Radosław został zabrany z drogi razem z rowerem i rzeczami, czy po drodze sam zjechał w miejsce, którego później nie udało się odnaleźć?

Nie ma żadnych tropów

Śledczy analizowali różne możliwości. W mediach przywoływano wypowiedzi policji, iż brano pod uwagę każdy możliwy scenariusz. Jednym z nich był wypadek, po którym sprawca mógł ukryć ciało i ślady zdarzenia. Rozważano również pobicie albo przypadkowe spotkanie z osobami, które mogły zrobić Radosławowi krzywdę. Jednocześnie policja podkreślała, iż z ustaleń nie wynikało, aby mężczyzna miał oczywistych wrogów. To nie zamykało sprawy, ale sprawiało, iż każdy trop wymagał ostrożności. W tej historii nie było jednego mocnego punktu zaczepienia, jednej jasnej motywacji ani jednego dowodu, który prowadziłby śledczych w konkretnym kierunku.

Po pewnym czasie pojawiła się informacja o świadku, który miał widzieć Radosława w dniu zaginięcia przed sklepem spożywczym w Kobylnikach. Według tej relacji zaginiony miał rozmawiać z dwoma mężczyznami. o ile to rzeczywiście był on, byłby to jeden z ostatnich znanych momentów przed zaginięciem. Nie wiadomo jednak, kim byli ci mężczyźni, ani czy spotkanie miało jakiekolwiek znaczenie dla dalszego przebiegu wydarzeń. W sprawach zaginięć takie relacje bywają przełomowe, ale bywają też mylne, spóźnione albo niemożliwe do potwierdzenia. W przypadku Radosława ta informacja nie doprowadziła do odnalezienia go, ani do rozwiązania sprawy.

Ktoś odebrał telefon

Kolejny niepokojący epizod wydarzył się kilka dni po zaginięciu. Matka Radosława zadzwoniła na jego telefon komórkowy. Połączenie zostało odebrane, ale nie przez syna. Według jej relacji po drugiej stronie odezwała się obca kobieta, która sprawiała wrażenie nietrzeźwej. Miała pytać, skąd rozmówczyni zna ten numer. Nie odpowiedziała na pytania o Radosława, po czym rozmowa została przerwana. Później telefon milczał. Policja próbowała namierzyć komórkę, jednak - według ówczesnych relacji - do skutecznej lokalizacji potrzebna była dłuższa rozmowa. Takiej już nie było.

Ten telefon do dziś pozostaje jednym z najbardziej mrocznych elementów sprawy. jeżeli aparat znalazł się w rękach przypadkowej osoby, pojawia się pytanie, gdzie i w jaki sposób został przez nią zdobyty. jeżeli kobieta rzeczywiście miała telefon Radosława, mogła być jedną z ostatnich osób mających kontakt z przedmiotem należącym do zaginionego. o ile natomiast połączenie wynikało z przekierowania, pomyłki albo innej technicznej okoliczności, i tak nie zmienia to najważniejszego faktu: po tym zdarzeniu nie pojawił się żaden pewny ślad prowadzący do Radosława.

Bezskuteczne poszukiwania

Rodzina przez lata szukała odpowiedzi na wszystkie możliwe sposoby. W poszukiwania włączyli się bliscy, znajomi oraz Fundacja Itaka. Z czasem, gdy oficjalne działania nie przynosiły przełomu, bliscy zaczęli korzystać także z pomocy osób spoza standardowej procedury: jasnowidzów i tarocistów. Jedna z takich osób miała sugerować, iż Radosław żyje, ale jest nieświadomy - na przykład po urazie głowy albo pod wpływem środków odurzających. Dla śledztwa nie był to twardy dowód, ale dla rodziny był to kolejny desperacki kierunek, którego chwyta się człowiek, gdy przez lata nie ma ani ciała, ani sprawcy, ani odpowiedzi.

W relacjach medialnych pojawił się również wątek dawnych konfliktów związanych ze sklepem prowadzonym przez rodzinę w Zakrzowie. Ojciec Radosława mówił, iż sklep splajtował, a część towarów sprzedawano wcześniej "na zeszyt". Według jego słów synowi miało odgrażać się kilku dłużników z sąsiednich miejscowości. Nie wiadomo jednak, czy ten trop miał realny związek ze zniknięciem. Nie ma publicznie znanych informacji, które potwierdzałyby, iż groźby przerodziły się w przemoc albo iż doprowadziły śledczych do konkretnej osoby. To jeden z tych wątków, które pokazują, jak wiele pytań zostaje przy rodzinie, kiedy sprawa nie kończy się aktem oskarżenia, procesem ani odnalezieniem ciała.

Pod uwagę brano także możliwość dobrowolnego wyjazdu. Rodzina konsekwentnie ją wykluczała. Radosław miał nie być osobą, która bez słowa porzuciłaby bliskich i całe dotychczasowe życie. Taka hipoteza dodatkowo zderza się z okolicznościami samego zaginięcia. Mężczyzna nie wyszedł z domu z walizką, nie przygotował długiej podróży, nie zabrał zapasowych ubrań ani rzeczy osobistych typowych dla kogoś, kto planuje zacząć wszystko od nowa. Wyjechał rowerem z lewarkiem, żeby pomóc ojcu przy zepsutym samochodzie. To była sytuacja nagła. Dlatego dla bliskich wersja o świadomym zerwaniu kontaktu od początku brzmiała niewiarygodnie.

W dniu zaginięcia Radosław miał na sobie czarne sportowe buty, zniszczone dżinsy, czarną koszulkę z krótkim rękawem z nadrukiem, bluzę typu moro i czapkę z daszkiem. W policyjnym rysopisie podano wzrost 176–180 cm, jasne oczy, krótkie ciemnoblond włosy, średnią sylwetkę, prosty nos, prostokątną twarz oraz widoczne ubytki uzębienia. Poszukiwania prowadzi Komenda Powiatowa Policji w Środzie Śląskiej.

Zaczęło się tak zwyczajnie

Najbardziej wstrząsające jest to, iż wszystko zaczęło się od rzeczy tak zwyczajnej, iż nikt nie mógł potraktować jej jako zagrożenia. Pęknięta opona. Brak lewarka. Krótki powrót do domu. Rower. Plecak. Droga, którą znał. I cisza, która trwa prawie 18 lat. Radosław nie zniknął podczas nocnej imprezy, nie przepadł w obcym kraju, nie urwał kontaktu po wielomiesięcznym planie. Wyjechał pomóc ojcu i nigdy nie dojechał. jeżeli ktoś wie, co wydarzyło się 19 lipca 2008 roku między Lubiatowem, Kobylnikami a okolicą Lisiny, po tylu latach wciąż może przerwać milczenie.

Informacje w sprawie Radosława Michała Liberskiego można przekazywać policji. W aktualnej bazie osób zaginionych wskazana jest Komenda Powiatowa Policji w Środzie Śląskiej oraz numery alarmowe 997 i 112.

Kinga Gieraga

Źródła:

https://www.echosredzkie.pl/wiadomosc/14849,tarocistka-mowi-ze-radek-zyje-ale-jest-nieswiadomy-reportaz

https://zaginieni.policja.gov.pl/zag/form/r74743901612995,LIBERSKI-RADOSLAW.html

https://detektywonline.pl/radoslaw-liberski-zaginal-15-lat-temu/

Idź do oryginalnego materiału