Pracuję w administracji osiedla na Grochowie od dwunastu lat i myślałem, iż nic mnie już nie zdziwi. W każdym bloku znajdzie się ktoś, kto zaleje sąsiada, ktoś, kto trzyma gołębie na balkonie, i ktoś, kto od piętnastu lat nie odbiera awizo. Ale to, co zobaczyłem w czwartek przed siódmą wieczorem, zapamiętam na długo.
Stałem przy klatce B, bo wymienialiśmy żarówkę nad drzwiami. Druga klatka, trzecie piętro, zwykłe czynszowe mieszkanie. Znałem tę klatkę, znałem pion kanalizacyjny, znałem choćby awarię domofonu sprzed trzech tygodni, której nikt nie zgłosił, bo wszyscy jakoś wchodzili. Latem na klatce pachniało kurzem i gotowaną kapustą, zimą — mokrymi kurtkami. W czwartek pachniało pierwszym chłodem, takim, co wchodzi w kołnierzyk.
Nie czekałem na nikogo konkretnego. Czekałem na montera, który miał przyjechać po ósmej. Stałem, obracałem w ręku klucz od skrzynki elektrycznej i myślałem, iż zdążę jeszcze do Żabki po wodę gazowaną. I wtedy usłyszałem kota.
Nie miauknął. Wrzasnął. Gdzieś z góry, potem niżej, potem jeszcze niżej. Znacie ten dźwięk, kiedy kot zjeżdża po schodach i w każdym zakręcie traci przyczepność. Tupot pazurów po betonie, potem cisza, potem znowu tupot. A za nim — ludzkie kroki, szybkie, nierówne, i krzyk kobiety:
— Toffik! Stój, bo się zabijesz!
Wybiegłem z klatki. To znaczy, zrobiłem krok w tył, bo akurat drzwi od klatki B się otworzyły i wypadł z nich rudy kot. Zatrzymał się na chodniku, rozejrzał, jakby szukał, w którą stronę uciekać. Za nim z klatki wypadła kobieta. W sukience, w jednym kapciu, z torbą w ręku. Bez płaszcza. Czwarty października, wieczór, dziesięć stopni. Ona w sandałach domowych i sukience na ramiączkach.
— Toffik! — zawołała.
Kot na dźwięk imienia przykucnął, a potem zrobił najgłupszą rzecz, jaką mógł: zawrócił do klatki. Wpadł do środka, przebiegł przez korytarz i skoczył na skrzynki pocztowe. Stały przy wejściu, metalowe, z lat dziewięćdziesiątych, pomalowane na ciemnozielono. Skrzypnęły tak, iż usłyszałem to z podwórka.
Kobieta wpadła za nim. Ja wszedłem za nią, bo co miałem zrobić. Na rękach, na ramieniu, na tej skrzynce — kot. A pod skrzynką, na posadzce, przewrócony wazon z jakimiś suchymi badylami. W zeszłym tygodniu ktoś go tam postawił po pogrzebie sąsiadki z szóstego piętra, ale to inna sprawa.
— Może pomogę? — powiedziałem.
A ona choćby nie odpowiedziała, bo w tym momencie winda zjechała. Starzy lokatorzy mówią, iż dźwig w klatce B zawsze jęczy, jakby ciągnął coś cięższego, niż powinien. Drzwi się rozsunęły, elektrycznie, powoli. I z windy wyszedł mężczyzna.
Nie wiem, jak inaczej to opisać. Wszedł do klatki, w płaszczu, z torbą z warzywami, może czterdzieści lat, może troszkę więcej. I zanim zdążył zrobić krok, ten kot ze skrzynek pocztowych skoczył mu prosto na klatkę piersiową. Jak wystrzelony z procy.
Mężczyzna zachwiał się, torba zleciała mu z ramienia. Nie upadł, oparł się plecami o futrynę. A kot wbił pazury w rękaw płaszcza, wspiął się wyżej i zaczął się ocierać o jego brodę. Na poważnie, z pomrukiem. Jakby tego człowieka znał od urodzenia.
Kobieta stanęła. Ja stałem. Kot mruczał. Mężczyzna powoli podniósł ręce i przytrzymał kota, żeby ten nie zjechał. Zrobił to tak naturalnie, jakby codziennie przed siódmą łapał rude koty w cudzych klatkach.
— Czyj on? — zapytał.
— Mój — powiedziała kobieta. — Znaczy, nie do końca. To kot mojej teściowej. Został u mnie, bo teściowa wyjechała na rehabilitację do Ciechocinka. Osiem dni. Miało być osiem dni.
— A ile już jest?
— Trzy tygodnie.
Mężczyzna delikatnie podrapał kota pod szyją. Kot wygiął grzbiet.
— To on tęskni — stwierdził. — Nie ucieka do ludzi. On ucieka *od* samotności.
Kobieta zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała. Przez chwilę patrzyła na kota, jakby pierwszy raz zobaczyła go w tym świetle. Potem spuściła wzrok na swoje stopy — jeden kapeć z pomponem, drugi bosy, z obtartym paznokciem.
— A pan do kogo? — zapytała.
— Do mieszkania dwadzieścia dwa. To moja nowa kwatera. Pracuję przy modernizacji linii tramwajowej na Pradze. Wynająłem na miesiąc.
— Dwadzieścia dwa to obok mnie. Jestem dwadzieścia cztery.
— To będziemy sąsiadami.
Kot zeskoczył na podłogę. Zeskoczył, otrzepał się i zrobił kilka kroków w stronę schodów, a potem obejrzał się, jakby czekał, aż oboje za nim pójdą. Kobieta westchnęła. Podniosła torbę, przewrócony wazon ustawiła pod ścianą, zebrała suche łodygi.
— Przepraszam za bałagan — powiedziała, nie do końca do mnie, nie do końca do niego.
— Nic się nie stało — powiedział mężczyzna.
— Panie Romku — odezwałem się w końcu, bo to ja byłem tu od administracji — żarówka będzie do wymiany, może pan wejść, żeby monter nie stał pod drzwiami.
A mężczyzna popatrzył na mnie i powiedział:
— To pan jest z administracji? To dobrze, bo w mieszkaniu dwadzieścia dwa cieknie kran w kuchni i nie mogę spać.
Tak to się zaczęło. Stałem w tej klatce z kluczem od skrzynki w garści i wiedziałem, iż żarówka poczeka. Kobieta w jednym kapciu, mężczyzna z torbą porwaną przez kota i ten rudy stwór, który mruczał tak głośno, iż słychać go było na pół piętra. Każde z nich wyglądało, jakby go ktoś przyłapał na czymś, o czym sami jeszcze nie wiedzieli.
Widziałem ich później jeszcze kilka razy. Raz w sklepie, jak stali przy lodówce z nabiałem i kot siedział w koszyku, bo ktoś go wpuścił, a ekspedientka udawała, iż nie widzi. Raz w oknie, na trzecim piętrze: on podlewał kwiaty, ona podawała mu konewkę. choćby ten kran w dwudziestce drugiej naprawiłem, chociaż to nie moja robota. Ale po tym, co zobaczyłem w czwartek, coś mi mówiło, iż warto tam wracać.
W zeszłą sobotę przyszedłem po odczyt wodomierzy. Zapukałem do dwudziestki czwartej. Otworzyła kobieta, w dresie, z kotem na ramieniu. W tle grało radio, coś z Trójki, stary jazz. Na stole leżał plan tramwajowy, rozłożony na całą szerokość, a na nim kubki z herbatą, dwa, jeden z nadgryzionym herbatnikiem.
— Wodomierze — powiedziałem.
— Proszę. W łazience, po lewej. Tylko ostrożnie, tam stoi suszarka.
Spisałem stan. W łazience pachniało proszkiem i parą. Na pralce leżała męska koszula, świeżo wyprasowana, złożona tak równo, jak w sklepie. Obok — jej grzebień, w którym zostało kilka rudych kocich włosów. I na parapecie pusta puszka po karmie, marki, której cena przez rok poszła w górę o dwadzieścia procent. Każdy, kto ma kota, wie, ile to kosztuje.
Przy wyjściu zatrzymałem się w przedpokoju. Ona wciąż stała z kotem na ramieniu, a kot mruczał tak, iż czułem wibracje w futrynie.
— I jak? — zapytałem. — Dogadaliście się?
— Co?
— No, z tym sąsiadem z tramwajów.
Uśmiechnęła się, ale w taki sposób, iż nie wiedziałem, czy to do mnie, czy do kota.
— Panie Romku — powiedziała. — Ja tylko wyszłam po kota.
Wyszedłem, zamknąłem drzwi. Przez chwilę stałem na klatce, tam gdzie cztery tygodnie temu rudy kot skoczył obcemu mężczyźnie na klatkę piersiową. Na skrzynkach wciąż stał ten wazon, pusty. Ale obok niego leżały dwa bilety na tramwaj, świeże, skasowane tego samego dnia, z tym samym numerem strefy.
Schował notatnik do kieszeni. Żarówki w tej klatce świeciły wszystkie.
—
Ta historia miała trafić do zupełnie innego sąsiada. Ale zapamiętałem ją ja — Roman Mróz, administrator osiedla przy ulicy Naczelnikowskiej. A jeżeli ktoś pyta, czy ta kobieta znalazła coś więcej niż kota, to powiem tylko tyle: w zeszłym tygodniu w mieszkaniu dwadzieścia dwa przestał cieknąć kran. Nie dlatego, iż go naprawiłem. Ktoś odkręcił zawór całkiem z drugiej strony, a ja odniosłem klucz do skrzynki, bo tamta pani z trzeciego piętra powiedziała, iż już nie trzeba nikogo wpuszczać.
A Toffik? Toffik ma teraz dwa domy i jedną miskę na schodach. I wchodzi do obydwu, kiedy chce. Tak jak wtedy, w czwartek, kiedy wybrał tego, kogo lubi najbardziej.
Tylko iż tym razem to nie on wybrał.











