Nazywał się Marek. W systemie widniał jako współwłaściciel konta firmowego, chociaż firma — mała piekarnia na osiedlu Starosielce — należała do jego żony. A raczej należała, zanim sąd nie uznał, iż podpisy na umowie darowizny sfałszowano. Ta historia ciągnęła się dwa lata i skończyła się w zeszły wtorek: komornik zajął wierzytelności, bank zamroził środki, a pani Krystynie, właścicielce, wrócił pełny dostęp.
Marek dowiedział się o tym w czwartek rano. W piątek o ósmej czterdzieści siedział już naprzeciwko mnie, śmierdząc wódką i potem. Miał na sobie tę samą kurtkę roboczą, w której widywałem go, gdy wpłacał utarg w środy. Na rękawie — ślad mąki.
— Proszę pana — powiedziałem — nie mogę wydać gotówki bez zgody współwłaścicielki. Konto jest zablokowane decyzją sądu.
— Jakiej zgody?! — wrzasnął. — To moje pieniądze! Ja na te piece harowałem piętnaście lat, a ta zdzira zabiła mi firmę!
Słowo „zdzira” wypowiedział tak głośno, iż starsza pani przy okienku obok podskoczyła na krześle. Ochroniarz, chudy chłopak po szkole policyjnej, zrobił krok w naszą stronę, ale Marek go odepchnął.
Znam akta tej sprawy, bo nasz oddział obsługiwał firmę od początku. Piekarnia nazywała się „U Krystyny” — tak, od jej imienia, chociaż to Marek stał przy piecach. Krystyna prowadziła księgowość, zamówienia, kontakty z hurtowniami. Przez jedenaście lat wszystko szło dobrze, dopóki nie okazało się, iż Marek ma drugie życie: mieszkanie przy ulicy Częstochowskiej, kobietę o imieniu Renata i syna, o którym Krystyna nie miała pojęcia. Dziecko urodziło się w styczniu, a w maju Marek podsunął żonie dokumenty do podpisu — rzekomo chodziło o przedłużenie umowy z dostawcą mąki. Krystyna, zmęczona po świętach wielkanocnych, podpisała bez czytania.
To była darowizna całego przedsiębiorstwa na jego rzecz.
Kiedy prawda wyszła na jaw — a wyszła, bo Renata przyszła do piekarni z wózkiem i zażądała, żeby „ta stara” przestała dzwonić do jej mężczyzny — Krystyna poszła do adwokata. Biegły grafolog potwierdził: podpis podrobiony, Marek trenował go na kartkach, które znaleziono w jego szafce. Wyrok zapadł w marcu. Marek dostał rok w zawieszeniu i nakaz opuszczenia lokalu.
Ale to nie koniec, bo pieniądze z konta firmowego zniknęły. Marek wypłacał je partiami przez bite osiem miesięcy: dziesięć tysięcy w styczniu, dwanaście w lutym, potem jeszcze piętnaście. Łącznie czterysta trzydzieści dwa tysiące złotych. Przelewy szły na konto Renaty, jej matki i jakiegoś warsztatu samochodowego w Łomży. Sąd nakazał zwrot, ale Marek zdążył wszystko wydać: samochód, wakacje, remont kuchni u teściowej. Komornik zajął jego konto osobiste i znalazł tam dokładnie osiemnaście złotych i czterdzieści groszy.
W piątek Marek stał przede mną i darł dowód.
— Ja wam pokażę! — krzyczał, a skrawki plastiku sypały się na podłogę. — Nie ma dowodu, nie ma człowieka! Zobaczymy, jak mnie znajdziecie!
Ochroniarz w końcu go chwycił. Marek szarpał się i kopał, przewrócił stojak z ulotkami o lokatach. Ktoś zadzwonił po policję. Zanim przyjechali, Marek usiadł na podłodze i zaczął płakać jak dziecko — głośno, z otwartymi ustami, śliniąc się i powtarzając, iż przecież on tylko chciał, żeby dzieci miały lepiej.
Te dzieci. Jedno z Krystyną — córka, lat szesnaście, chodzi do liceum przy Kościelnej. I to drugie, z Renatą, o którym Krystyna nie miała pojęcia, dopóki wózek nie stanął w drzwiach piekarni.
Policja zabrała go za zniszczenie dokumentu i naruszenie miru. Dostał dozór i zakaz zbliżania się do oddziału banku. Ale to nie rozwiązało sprawy czterystu trzydziestu dwóch tysięcy.
Rozwiązanie przyszło tydzień później.
Krystyna przyszła do oddziału w środę przed południem. Miała na sobie czystą bluzkę, ale pod oczami cienie jak po długiej nocy. Położyła na ladzie plik dokumentów — wycenę pieców, akt notarialny, postanowienie sądu.
— Chcę zamknąć firmę — powiedziała. — Sprzedać wszystko, co zostało.
Zostało niewiele: dwa piece z lat dziewięćdziesiątych, stara dostawcza furgonetka, trochę długów wobec hurtowni. Ale Krystyna była spokojna. Wyjęła z torby długopis i podpisała wniosek o likwidację działalności. Jej ręka nie drgnęła.
— A co będzie z panem Markiem? — zapytałem, zanim zdążyłem się ugryźć w język.
Podniosła wzrok znad papierów.
— Pan wie, co on zobaczył wczoraj? — zapytała.
Pokręciłem głową.
— Wrócił po swoje ubrania. Stał przed domem i patrzył, jak dwóch mężczyzn wynosi piec z garażu. Ten mniejszy, od chleba żytniego. Jego ulubiony. Kupił go pan, który ma piekarnię w Supraślu. Piętnaście tysięcy. Starczy na spłatę części długu wobec hurtowni mąki.
Złożyła dokumenty do teczki i zapięła zamek.
— Niech pan mu nie współczuje — dodała. — On nie płakał, bo stracił firmę. Płakał, bo stracił dostęp do kasy.
Wstała. Przy drzwiach obejrzała się jeszcze raz i powiedziała coś, co zapamiętam na długo: — Wie pan, co jest najśmieszniejsze? On naprawdę wierzył, iż piekarnia to on. A to była moja praca. Moje zamówienia. Moje wstawanie o trzeciej rano, kiedy on spał. Teraz niech sam wstaje.
Trzy dni później w oddziale pojawił się Marek. Trzeźwy, ogolony, w czystej koszuli. Poprosił o wyciąg z konta, które wciąż było zajęte przez komornika. Kiedy drukowałem dokument, powiedział cicho:
— Ona wszystko sprzedała.
— Tak — odparłem.
— choćby mój piec.
Nie odpowiedziałem. Położyłem wyciąg na ladzie. Marek wziął kartkę, złożył ją na pół i schował do kieszeni. Potem zapytał, czy może jeszcze skorzystać z toalety.
Stał w niej kwadrans.
Kiedy wyszedł, miał czerwone oczy. Minął ochroniarza, nie patrząc na niego, i wyszedł na ulicę. Przez szybę widziałem, jak zatrzymał się przy przystanku tramwajowym i długo patrzył na telefon. Może chciał zadzwonić do Renaty. Może do córki. Nie wiem.
Wiem tylko jedno: czterysta trzydzieści dwa tysiące złotych nie wróciły. Ale piec z Supraśla wciąż działa. Pan, który go kupił, piecze w nim chleb na zakwasie i mówi, iż nigdy nie miał lepszego sprzętu.
A Krystyna? Widziałem ją w zeszłym tygodniu na targowisku przy Bema. Sprzedawała miód od miejscowego pszczelarza. Stała za stołem, w ciepłej kurtce, i śmiała się z jakąś klientką. Wyglądała młodziej niż przez te wszystkie lata, kiedy prowadziła piekarnię.
Niech pan nie współczuje Markowi.
On płakał, bo stracił dostęp do kasy.













