Melodia dla Zosi

twojacena.pl 2 dni temu

Nikt w redakcji nie pamiętał już, jak długo Halina Wardęga siedziała w archiwum Polskiego Radia w Katowicach. Trzydzieści dwa lata — tyle wisiało na jej identyfikatorze, choć sama Halina wolała mówić, iż pracuje tam "od zawsze, od Gierka jeszcze". Miała siedemdziesiąt jeden lat, okulary na łańcuszku i teczkę z żółtymi papierami, którą nosiła jak inni noszą portfel.

Historię tę wykopała przypadkiem, szukając czegoś zupełnie innego — jakiejś nagrody dla dyrygenta orkiestry. W pudle numer 47, między starymi szpulami, leżała koperta z napisem odręcznym: "Marek Sowiński — korespondencja, 1978-1981". A w niej list, który Halina przeczytała trzy razy, zanim zrozumiała, o co adekwatnie poszło.

Marek Sowiński pisał piosenki. Nie był sławny — dziś mało kto pamięta jego nazwisko — ale w tamtych latach jego melodie chodziły po radiu, a jeden utwór, "Wiosna ma swój czas", napisał razem z poetą Antonim Brzeskim. Skomponowali go z myślą o czymś delikatnym: powolna zwrotka, cisza przed refrenem, taki nowoczesny romans, jak pisał Sowiński w liście do przyjaciela — z dramaturgią, nie do tańca.

Pierwszy śpiewał to jednak zespół "Alibabki" — i zrobili z tego zupełnie inną piosenkę. Przyspieszyli tempo, dodali mocniejszą perkusję, refren wybuchał jak na dyskotece. Publiczność kupiła to od razu — płyta rozeszła się w nakładzie ponad stu tysięcy egzemplarzy, grali to na weselach w całej Polsce, od Szczecina po Rzeszów. Tylko autor siedział w swoim domu na Śląsku, w bloku przy hałdzie, gdzie okna trzeba było zaklejać taśmą przed zimą, i nie mógł spać.

"Zabili tę piosenkę", napisał Sowiński do Brzeskiego w liście z lutego 1978 roku, który Halina znalazła w tej samej kopercie. "Zrobili z niej hit na zabawę, a to miała być spowiedź". Do listu dopisał jeszcze jedno zdanie, mniejszymi literami, jakby wstydził się go zostawić: iż słyszał tę piosenkę z sąsiedniego mieszkania przez ścianę, na okrągło, przez trzy dni, i za każdym razem czuł, iż ktoś śpiewa nie jego słowami. Prawa do nagrania miał zespół, nie kompozytor. Mógł tylko pisać listy i palić papierosy — Klubowe, tańsze o kilka złotych od Carmenów, bo pensja kompozytora, jak żartował, wystarczała akurat na tyle.

Cała nadzieja została w jednej osobie: Zofii Kalickiej. Piosenkarka z Wrocławia, wtedy dwudziestodziewięcioletnia, znana z głosu, który — jak pisał o niej krytyk muzyczny w "Expressie Wieczornym" — "umiał wejść w piosenkę zamiast po niej przejść". Sowiński znał ją z festiwalu w Opolu, gdzie rozmawiali kiedyś do trzeciej w nocy w hotelowym barze o tym, jak powinna brzmieć dobra ballada, popielniczka między nimi pełna niedopałków, a kelnerka trzy razy przypominała, iż bar już zamknięty.

Zaproponował jej ten utwór wiosną 1978 roku, ale Kalicka miała wtedy inne zobowiązania — trasę koncertową po Niemczech Wschodnich i chorobę matki, którą musiała odwiedzać co tydzień w szpitalu w Legnicy, dojeżdżając nocnym pociągiem, bo dzienny bilet kosztował więcej, niż mogła sobie pozwolić przy okazjonalnych honorariach. Sowiński czekał. A miał z czego wybierać — bo, jak wynikało z drugiego listu, tego z czerwca, propozycję złożyła mu również sama Irena Santor, przez sekretarkę, na oficjalnym papierze firmowym. Sowiński odpisał uprzejmie, iż utwór jest już zarezerwowany. Skłamał. Nie było żadnej rezerwacji — była tylko nadzieja, iż Kalicka w końcu powie tak, i upór, którego sam nie potrafił sobie do końca wytłumaczyć.

Przełom nastąpił dopiero w sierpniu 1979 roku, na festiwalu w Sopocie. Kalicka zgodziła się zaśpiewać "Wiosnę" dokładnie tak, jak chciał autor — bez pośpiechu, z pauzą przed ostatnią frazą refrenu, którą Sowiński nazywał w notatkach "oddechem".

Siedział wtedy w trzecim rzędzie amfiteatru, w za cienkiej marynarce, bo sierpniowy wieczór nad morzem był chłodniejszy, niż się spodziewał, i trzymał w dłoni program festiwalu tak mocno, iż pognieciony róg wbijał mu się w kciuk. Kiedy Kalicka doszła do tego miejsca — cisza przed ostatnim refrenem, ta jedna sekunda, o którą walczył półtora roku — orkiestra przestała grać zupełnie, a ona stała bez ruchu, z mikrofonem opuszczonym w dół. Sowiński przestał oddychać. Kilka tysięcy ludzi w amfiteatrze też jakby wstrzymało powietrze naraz — nie było kaszlnięcia, nie było szurania krzesłem, tylko szum wiatru od strony morza. Kiedy Kalicka wróciła do mikrofonu i dokończyła frazę, dopiero wtedy Sowiński poczuł, iż zaciśnięta pięść na programie festiwalowym rozluźniła się sama, a papier, cały w strzępach, wypadł mu na kolana.

Po występie zbiegł za kulisy, potykając się o kable leżące na ziemi, i zdążył jeszcze uścisnąć Kalickiej rękę — miała dłonie zimne, spocone od reflektorów, i pachniała lakierem do włosów — zanim odciągnęli ją do wywiadu dla telewizji. Nie zdążył nic powiedzieć. Wybiegł więc do budki telefonicznej przy Operze Leśnej, poszukał w kieszeni żetonu, znalazł tylko jeden, wykręcił numer Brzeskiego drżącą ręką i krzyczał do słuchawki, żeby przebić się przez trzaski na linii: "Słyszałeś, stary? No i jak?!" — to jedyne, co zdążył powiedzieć, zanim żeton się skończył i połączenie urwało się z trzaskiem. Ale to wystarczyło. Piosenka odzyskała twarz, jaką miała mieć od początku.

Halina odłożyła list na biurko i spojrzała na zegar — była szósta, dawno po jej godzinach. Zamiast jednak zamknąć teczkę, sięgnęła po telefon i wykręciła numer córki Sowińskiego, którą znalazła w księdze adresowej z tyłu koperty; kompozytor zmarł w 1994 roku, ale numer okazał się przez cały czas aktualny, tylko z innym numerem kierunkowym.

— Pani Sowińska? Dzień dobry, tu archiwum radia w Katowicach. Znalazłam listy pani ojca. Może pani przyjechać, odbiorę pani kopie za darmo — powiedziała Halina i usłyszała w słuchawce dłuższą przerwę, a potem cichy głos, który podziękował i zapytał, czy list o Sopocie też tam jest.

— Jest — odpowiedziała Halina. — Przyjedzie pani, to go pani przeczyta.

Odłożyła słuchawkę i jeszcze przez chwilę siedziała bez ruchu, z ręką na kopercie. Potem wstała, zgasiła lampę nad biurkiem i zamknęła pudło numer 47 na klucz, zostawiając je na wierzchu regału, żeby nazajutrz nie musiała go szukać od nowa.

Idź do oryginalnego materiału