Gdzie stawiasz tę wazę? Prosiłam, by schować ją do szafki, zupełnie nie pasuje do tego serwisu mówiła Grażyna spokojnie, choć w środku gotowała się jak rosół na niedzielnym obiedzie. Nerwowo poprawiła fartuch i spojrzała na męża, który z zakłopotaniem przesuwał kryształową salaterkę.
Grażynko, czy to naprawdę ważne? Paweł uśmiechnął się przepraszająco, a ta jego standardowa, skruszona mina działała dziś na nerwy bardziej niż zwykle. Bożena zawsze lubiła tę wazę. Mówiła, iż sałatka jarzynowa wygląda w niej odświętnie. A skoro zbiera się cała rodzina przy okazji urodzin chłopaków, można by pomyśleć, żeby wszystkim było miło?
Grażyna zastygła z nożem nad ogórkiem. Ostrze zawisło w powietrzu. Powoli wypuściła powietrze, licząc do trzech, żeby nie wybuchnąć.
Paweł… Jej głos był niebezpiecznie cichy. Przypomnę ci tylko: robimy przyjęcie w moim domu. To ja, twoja żona, od dwóch dni wszystko przygotowuję marynowałam mięso, piekłam biszkopty, myłam podłogi. A teraz sugerujesz, iż powinnam postawić tu kiczowatą wazę, bo podobała się twojej byłej żonie? Naprawdę uważasz, iż to dobry argument?
Paweł ciężko westchnął i opadł na krzesło, jakby cała Warszawa mu się zwaliła na barki.
Graża, proszę, nie zaczynaj. Przecież się umówiliśmy. Bliźniaki mają okrągłe urodziny, dwudziestka. Chcieli mieć przy sobie oboje rodziców. No, miałem powiedzieć Bożenie, żeby nie przychodziła? Przecież to ich matka. Jeden wieczór, posiedzimy, zjemy tort i po sprawie. Chcę, żeby było spokojnie. Przecież jesteś rozsądną kobietą…
Rozsądna kobieta. To sformułowanie zawsze denerwowało Grażynę. Zwykle znaczyło: wygodna kobieta, która będzie milczeć, zniesie wszystko, a inni wytrą ją ze swojego życia bez przeprosin.
Miała już za sobą pięć lat z Pawłem, jego alimenty, jego ciągłe wizyty u bliźniaków Kamila i Marcina. Nigdy nie utrudniała kontaktów. Z chłopakami dogadywała się dobrze. Ale Bożena była osobnym rozdziałem. Głośna, dominująca, przekonana, iż Paweł wciąż jest jej własnością, tymczasowo pożyczoną innej kobiecie.
Nie mam nic do chłopaków, Paweł. I pogodziłam się, iż zaprosiłeś Bożenę, choć normalni ludzie świętują takie okazje w restauracji, a nie wciągają byłe żony do mieszkania nowej. Ale dlaczego mam dopasowywać pod nią zastawę? Może powinnam się jeszcze przebrać w sukienkę, którą ona lubi? Albo uczesać się tak jak ona?
Przesadzasz… rzucił Paweł, wstając. Dobra, schowam tę cholerną wazę. Tylko nie obrażaj się. Chłopaki będą za godzinę, Bożena z nimi. Miała niedawno awarię auta, to podwieźli ją. Dajmy spokój dla święta.
Podszedł, cmoknął ją w policzek szybko, rutynowo i zniknął w łazience golić się. Grażyna została w kuchni otoczonej miskami i garnkami. W piekarniku rumieniła się karkówka, na kuchence dochodził żurek. Pachniało cudownie, tylko apetitu brak. Czuła się, jakby szykowała stypę na własną godność.
Godzina później, w przedpokoju rozległ się hałas. Śmiech, tupot, żywe głosy.
Gdzie jest nasz tatusiek? ten głos Grażyna rozpoznałaby wszędzie. Wysoki, przenikliwy, rozrzucający się po mieszkaniu. Pawciu! Dotarliśmy!
Grażyna zdjęła fartuch, poprawiła fryzurę w lustrze i wyszła powitać gości.
W przedpokoju tłok. Bliźniaki, Kamil i Marcin już prawie dwumetrowi zdejmowali kurtki. Między nimi, jak cesarzowa w orszaku, stała Bożena w ognisto czerwonej sukience tak ciasnej, iż lśniła na niej cała puszka lakieru do włosów.
O, dzień dobry, Grażyno rzuciła Bożena, nie patrząc na gospodynię. Od razu wypatrywała Pawła. Przywieźliśmy prezenty! Pawła, pomóż mi z torbą, mam słoiki z ogórkami!
Paweł wypadł z pokoju, promienny i zabiegany.
Hej, wojownicy! Sto lat! objął synów. Cześć, Bożeno. Słoiki? Przecież wszystko jest.
Oj, znam ja wasze wszystko Bożena przewróciła oczami, teraz łaskawie zauważając Grażynę. Grażynka pewnie znowu wszystko lekko, dietetycznie? Bez soli, bez tłuszczu? Chłopakom trzeba porządnie! Mam swoje ogórki, pomidory, grzybki. A i galaretę ugotowałam prawdziwą, na nóżkach wieprzowych, a nie to twoje kurczakowe żelko, co ostatnio podałaś.
Grażyna poczuła, jak zalewa ją rumieniec. Pół roku temu Bożena też tu była na odbiorze synów. Zjechała wszystko.
Dzień dobry, Bożeno powiedziała chłodno, uprzejmie. Niech będzie, jedzenia wystarczy. Tym razem galareta wołowa, przejrzysta jak łza.
Zobaczymy… prychnęła Bożena i ruszyła w stronę salonu, jakby była tu gospodynią. Ojej, nie zmieniliście kanapy? Pawle, mówiłam ci już. Ten kolor fatalny, postarza pokój. I zasłony okropne. U nas w starej kawalerce było jasno i świeżo!
Paweł podążał za nią z siatkami.
Bożenko, nam tak pasuje. Jest przytulnie.
Przytulnie to tam, gdzie dusza śpiewa. Tu jak w grobie rzuciła i rzuciła się na kanapę. Chłopaki, ręce myć! Grażyno, ruszaj! Mężczyźni głodni.
Grażyna zacisnęła pięści aż białe knykcie wbiły się w dłonie. Spokojnie tylko dla Pawła. I chłopaków. Nie zepsuć im urodzin.
Bez słowa wróciła do kuchni. Paweł pojawił się chwilę później i szeptem zaczął:
Graża, nie obrażaj się, wiesz, jaki ona ma charakter. Nie robi tego złośliwie, zawsze rządziła. Pomogę ci podać sałatki.
Sama podam urwała.
Kolacja była fatalna. Bożena usadowiła się tuż przy Pawle, krzesło prawie przy nim, bliźniaki naprzeciw, a Grażyna na końcu stołu, jak pomoc kuchenna.
Za moich orłów! wykrzyknął Paweł, wznosząc kieliszek. Dwadzieścia lat! Jak jeden dzień!
Prawda, Pawełku! wtrąciła Bożena. Pamiętasz, jak wieziesz mnie do szpitala na poród? Lód, ślizgawka, auto nie odpala, a ty wokół malucha w podkoszulku i spanikowany! A potem pod oknem ryczałeś: Kto? Kto? Boziu, śmiech na sali!
Bożena śmiała się głośno. Paweł rozjaśnił się wspomnieniami.
Tak, głupi byliśmy…
A jak Marcin wpadł w kałużę w nowym garniturze, biedny wrzeszczał jak opętany! My go potem w fontannie myliśmy!
Następowały kolejne historie z czasów ich małżeństwa. Pamiętasz Kołobrzeg?, Jak tapetowaliśmy?, Jak złamałeś nogę, a ja cię karmiłam?.
Grażyna siedziała cicho, dłubała widelcem w sałatce. Była tu zbędna. Bliźniaki w telefonach, od czasu do czasu przytakiwały mamie. Paweł, rozczulony winem i sentymentem, zapomniał, iż obok siedzi obecna żona.
Grażyno, podaj chleb rzuciła Bożena, nie przerywając historii o nauce jazdy. Paweł krzyczał: Hamuj!, a ja gaz wciskam! Omal nie wjechaliśmy w płot! Pawle, miałeś wtedy o pół głowy więcej siwych włosów!
Było tak parsknął Paweł. Zawsze byłaś zakręcona!
Zawsze byłaś moja.
Te słowa zabrzmiały jak cios. Grażyna podniosła wzrok na męża. choćby nie zauważył. Patrzył na Bożenę z czułością, jakby wracał do młodości.
A sałatka przesolona nagle oznajmiła Bożena, wkładając przechyloną łyżkę do ust. Grażynka chyba się zakochała, przesalają zakochane! Ale w kim? W swoim mężu? Ha! Pawle, spróbuj mojej galarety. Tu jest smak, dużo czosnku.
Sięgnęła przez stół i położyła Pawłowi kawałek galarety na wierzch żurku przyrządzonego przez Grażynę.
Bożeno, zabierz rękę odezwała się Grażyna.
Słucham? zdziwiła się Bożena.
Powiedziałam, żebyś zdjęła rękę z talerza mojego męża i zabrała swój galaretę. Na stole jest dość jedzenia ode mnie.
W pokoju zapadła cisza. Bliźniaki oderwali się od telefonów, Paweł zamarł.
Grażyno, co się dzieje? wyjąkał Paweł. Przecież nic się nie stało…
Tak, nic? Grażyna powstała. Krzesło zaskrzypiało żałośnie. Smakuje ci potrawa Bożeny? Miło wspomina się stare czasy? Odpowiada ci żona, co rządzi w twoim domu, krytykuje wszystko i wszystkich?
Przestań prychnęła Bożena. Ależ drażliwa. Przecież doradzam…
Moich porad nie potrzebuję spojrzała jej w oczy. I obecność mi niepotrzebna. Wytrzymałam to dla Pawła. Dla chłopaków. Ale świetnie się bawicie beze mnie. Wspomnienia, żarty, nasz maluch, nasze wakacje. Wy jedna rodzina. Ja tu jestem tylko obsługą.
Graża, proszę Paweł chciał złapać ją za rękę, ale odsunęła się.
Macie siebie. Nie będę przeszkadzać.
Grażyna wyszła z salonu. Za nią poleciało szeptane Wariatka jakaś. Mówiłam ci, Pawle, nie dla ciebie, za wysokie progi.
W sypialni ręce jej drżały, ale w głowie nagle była jasność. Wyciągnęła walizkę, spakowała kosmetyczkę, bieliznę, piżamę, tablet. Przebrała się z eleganckiej sukienki która dziś była kpiną w wygodne dżinsy i sweter.
Przez aplikację zamówiła taksówkę. Siedem minut.
W przedpokoju ubrała płaszcz, buty. W salonie znów śmiech. Bożena opowiadała, Paweł śmiał się. O niej już zapomnieli. Pewnie liczyli, iż wróci zapłakana.
Grażyna stanęła w drzwiach.
Wychodzę powiedziała wyraźnie.
Zapadła cisza. Paweł odwrócił się z kieliszkiem w ręku.
Do sklepu? Chleb się skończył?
Nie, Paweł. Jadę do hotelu. Ja też mam dzisiaj święto dzień wolności od braku szacunku. Bawcie się dobrze w swoim dawnym składzie. W lodówce jedzenia do syta, tort na balkonie. Zmywarka jest, tabletki pod zlewem. Może Bożena wykaże się nie tylko pasją do galarety, ale i do sprzątania.
Co ty wygadujesz?! Paweł zerwał się, wylał wódkę na obrus. Jaki hotel? Jest noc! Goście!
To twoi goście, Paweł. Nie moi. Miłej zabawy. Sto lat, chłopaki.
Wyszła i zatrzasnęła drzwi, odcinając wybuchy męża i zapalczywe kwakanie Bożeny.
W taksówce patrzyła na nocną Warszawę. Zadzwoniła do najlepszego spa-hotelowego w mieście.
Dobry wieczór, mają państwo wolny pokój? Apartament lub junior suite? Idealnie. Będę za dwadzieścia minut. Proszę o butelkę prosecco i talerz owoców do pokoju, oraz masaż rano, najwcześniej jak się da.
W hotelu cicho, pachniało luksusowymi perfumami. Żadnego zapachu cebuli, sztućców, obcych głosów. Pokój powitał ją chłodem i świeżą, białą pościelą.
Grażyna wzięła prysznic, zmyła z siebie lepki wieczór. Wmotała się w miękki szlafrok, nalała sobie kieliszek schłodzonego prosecco, wyszła na balkon. Miasto lśniło w dole, obojętne.
Telefon wibrował już w taksówce, ale wyciszyła go. Teraz spojrzała. Piętnaście nieodebranych. Trzy SMS-y:
Co ty robisz?
Wróć natychmiast, wstyd przed gośćmi!
Grażyna, nie żartuj, Bożena jest w szoku.
Uśmiechnęła się i wyłączyła telefon. Łyk prosecco. Po raz pierwszy od lat czuła się wolna. Nie musiała myśleć, czy mięso gościom pasuje, czy telewizor nie za głośno, czy Paweł się nie obrazi. Była sama i to było cudowne.
Rano obudziło ją słońce. Przeciągnęła się, zamówiła śniadanie do pokoju jajka, rogaliki, kawę. Masaż, basen. Przedłużyła pobyt o jeszcze dobę. Powrót do domu jej nie pociągał.
Telefon włączyła dopiero wieczorem. Tym razem wiadomości było więcej. I ton inny.
Gdzie jesteś? Martwię się.
Chłopaki wyszli zaraz po tobie. Stwierdzili, iż robimy cyrk.
Bożena wyjechała wczoraj. Pokłóciliśmy się.
Grażyno, proszę, odbierz.
Wybrała numer Pawła.
Halo! Grażynko! Żyjesz? Gdzie jesteś? Paweł był roztrzęsiony.
W hotelu. Odpoczywam.
Wybacz mi, błagam. Jestem kretynem. Wszystko zepsułem.
Opowiadaj sucho powiedziała Grażyna. Jak minął wieczór powrotu do dawnych czasów?
Fatalnie. Koszmar. Gdy tylko wyszłaś, Marcin wstał i stwierdził: Niezły pokaz, rodzice. Mama zołza, tata maminsynek. Grażyna jest w porządku, a wy ją przegnaliście. I wyszli z Kamilem. choćby tortu nie ruszyli.
Grażyna poczuła satysfakcję. Chłopaki byli mądrzejsi niż się wydawało.
Co dalej?
Bożena się rozkrzyczała. Że wychowałem niewdzięcznych. Że nastawiłaś ich przeciw niej. Kazała mi sprzątać, skoro ona tu gospodyni. Powiedziałem, żeby się wzięła do roboty, skoro jej tak zależy. Zaczęła wrzeszczeć, rozbiła talerz ten od twojej mamy.
Rozbiła? głos Grażyny był lodowaty.
Niechcący. Wściekała się. Nie wytrzymałem. Powiedziałem, żeby wzywała taksówkę. Pokłóciliśmy się na amen. Wytknęła mi wszystko pensję, teściową, życie zmarnowane… W końcu ją wyprosiłem.
Dłuższa cisza.
Siedzę tu sam. Syf na stole. Nie sprzątałem. Nie mogę. Wróć, proszę. Już nigdy… żadnych byłych u nas. Przysięgam…
Nie ogarnąłeś naczyń? zapytała Grażyna.
Nie. Wszystko stoi.
Świetnie. Masz czas do jutra rano. Ma błyszczeć. Żadnego śladu Bożeny. Ani jej słoików, ani galarety. Wyrzuć wszystko. jeżeli znajdę choć okruszek albo zapach jej perfum, rozumiem się z tobą po raz ostatni. Rozwód. Jasne?
Jasne, Grażynko. Wszystko posprzątam. Naprawdę cię kocham. Nie chciałem… Próbowałem jak najlepiej…
Jak najlepiej wychodzi ci tylko, jak myślisz samodzielnie. Jutro przyjadę na obiad. I Paweł… o ile jeszcze raz pozwolisz, by ktoś mnie krytykował w moim domu, nie będzie hotelu. Będzie rozwód.
Rozłączyła się. Za oknem zapalają się światła stolicy. Grażyna dopiła kawę. Trochę szkoda jej było Pawła słabego, pogubionego. Ale jeszcze bardziej siebie tej, która wszystko znosiła.
Koniec z tym. Ten krótki pobyt w hotelu coś przełączył. Miała prawo być główną bohaterką. Nie rozsądną, nie wygodną, ale po prostu główną w swoim życiu.
Następnego dnia, wracając do mieszkania, poczuła zapach cytryn i środków czystości. Otworzyła okno przewietrzyć konflikt. Paweł, nieprzytomny z niewyspania, powitał ją w przedpokoju.
Posprzątałem wszystko wyznał, jak zbity pies. choćby zasłony uprałem, pachniały lakierem do włosów.
Grażyna weszła do kuchni. Czysto. Bez słoików. Sporna waza zniknęła.
A waza? zapytała.
Wyrzuciłem. Razem z galaretą. Nie chcę jej widzieć.
Podeszła do niego, spojrzała w zmęczone oczy.
Dobrze. Nastaw czajnik. Torta mojego nie wywaliłeś?
Paweł odetchnął i objął ją za ramiona.
Tort został. Pyszny. W nocy jadłem, z rozpaczy. Jesteś najlepsza. Przepraszam za wszystko.
Przebaczam. Ale to był ostatni raz, Paweł. Ostatni.
Usiedli do herbaty. Grażyna patrzyła na męża i wiedziała: czasami, by ocalić rodzinę, trzeba ją opuścić. Chociażby na dwa dni. Bo puste miejsce przy stole mówi więcej niż tysiąc słów.

![Tutaj w Krakowie wolontariusze WOŚP otrzymają darmowy poczęstunek [LISTA LOKALI]](https://cowkrakowie.pl/wp-content/uploads/2026/01/wosp-1.jpg)









