Mąż z testamentu

twojacena.pl 6 dni temu

Mąż z testamentu

Wysoka, donośnie mówiąca kobieta wyszła z przedziału. Natychmiast rozgoniła wszystkich, którzy przeszkadzali współpasażerom w odpoczynku. Trzeba przyznać, iż choćby najbardziej zuchwali i postawni mężczyźni podporządkowali się jej bez słowa, jakby ktoś wydał komendę.

Miała jasne, złociste warkocze oplecione wokół głowy, niebieskie, energiczne oczy i policzki czerwone jak jarzębina. Spojrzała w stronę toalety i właśnie wtedy wybiegł stamtąd szczupły, niski mężczyzna z siwymi, miękkimi jak puch włosami i rozczulająco dziecięcą twarzą.

Janku! Już myślałam, iż cię zgubiłam! Hałas taki, konduktorka się boi podejść, a ja się martwię, jak ty tam sobie radzisz? Przecież tacy mogliby cię skrzywdzić za nic! zawołała kobieta.

Och, Weronisiu! Poradziłbym sobie! A ty czemu wyszłaś, Werciu? Ty przecież dama jesteś! odpowiedział słabo uśmiechając się i przemknął do przedziału.

Kobieta jednym, szybkim spojrzeniem oceniła mnie i jeszcze dwóch znudzonych podróżnych zagrożenia nie dostrzegła, więc też się wycofała.

Spotkałyśmy się później w wagonie restauracyjnym. Wolnych miejsc nie było, więc przysiadłam się do niej. Męża nie było widać. Pani właśnie kończyła mięso z ziemniakami, a potem zagadnęła tubalnym głosem:

Weronika Nowak jestem, można mówić po imieniu.

Podróżuje pani sama? Mąż później dołączy?

On odpoczywa, nie przyjdzie. Owinęłam mu gardło szalikiem, dałam żurawinowy kompot. Wyobrażasz sobie? Jedziemy, a Jasio akurat zachorować postanowił! Taki już jest. Wyszedł wytrzepać dywan w swetrze, za cienko się ubrał! No i przegapiłam! odpowiedziała z żalem.

Chyba go bardzo pani kocha. Przestraszyła się pani, iż awantura, wybiegła pani w jego obronie I teraz mówi pani z taką troską rozmarzyłam się na głos.

Jasio to mi przypadł w spadku. To adekwatnie nie mój mąż. Chociaż razem mieszkamy. Ciągle się smuci jego pierwsza żona niedawno odeszła. To była cudowna kobieta, taka dobra westchnęła Weronika.

Jak to w spadku? zdziwiłam się.

I wtedy Weronika opowiedziała mi całą historię.

Jasio żył wcześniej z Lidią. Znał ją jeszcze ze szkoły, razem studiowali i w końcu się pobrali. Był niezwykle pomysłowy, zawsze coś wynajdywał. Taki zdolny był chłop, iż firmy zamawiały u niego różne projekty żyli dostatnio. Ale w zwykłym życiu Jasio radził sobie gorzej. Potrafił zapomnieć reszty w sklepie, przechodził przez ulicę nie tam, gdzie wolno, nie wiedział, jak i co kupić, był niezaradny jak dziecko. Niesamowicie łatwowierny. choćby obcym pieniądze by pożyczył.

Twój maż, Lidia, to jak nie z tego świata Jakby go przez pomyłkę na ziemię rzucili! dziwili się znajomi. My się szarpiemy, a tobie pieniądze same wpadają!

Lida nie narzekała. Miała w sobie tyle energii i praktyczności, iż wystarczało dla nich obojga. Sama ubierała Jasia do pracy, sprawdzała, czy zabrał rękawiczki i szalik. Później kupili samochód i to ona go woziła raz zamyślił się w taksówce i podał zły adres. Byli jak dwa dopełniające się kawałki.

Kiedy raz trafiła na tydzień do szpitala, a po powrocie zobaczyła, co się stało: przez cały czas Jasio jadł suchy makaron i pił wodę choćby czajnika nie włączył. A wszystko, co zostawiła w zamrażalniku, leżało nietknięte.

Bez ciebie nie mam ochoty na nic. I jeść się nie chce! uśmiechnął się Jasio.

Syn odziedziczył po ojcu i intelekt, i tę rozrzutną nieporadność. Andrzejek genialny, ale rozkojarzony. Ożenił się z Olą, cichą dziewczyną ze wsi. I chociaż Andrzejowi powodziło się świetnie, w rodzinie rządziła niepodzielnie Lidia. Teraz pojawił się też wnuk Leszek. Niestety, nagle Lidia zachorowała i musiała zostać w łóżku.

W domu zapanowała żałoba i chaos. Jasio nie wiedział, co robić. Wezwał najlepszych lekarzy, gotów był płacić, ile tylko trzeba. Nic jednak nie pomagało.

Lidia cierpiała bardziej z troski o rodzinę, niż z powodu choroby. Jak oni beze mnie sobie poradzą? Przecież zginą! myślała, porównując rodzinę do orchidei, którą ktoś chciałby wysadzić pod Białymstokiem jesienią licząc, iż zakwitnie. Modliła się nie o siebie, ale o to, by Bóg pomógł mężowi, synowi i wnukowi.

Wtedy pojawiła się Weronika. Pracowała jako opiekunka, była dalszą krewną lekarza prowadzącego Lidię.

Gdy Weronika po raz pierwszy przyszła do ich mieszkania, przywitał ją dość nieśmiały, kulturalny mężczyzna mówiący tak cicho, iż ledwie go słyszała. W mieszkaniu panował smutek i bałagan góry brudnych ubrań, brudne naczynia (chociaż zmywarka była!) i w powietrzu tliło się poczucie nieszczęścia.

W pokoju na łóżku leżała chora, bardzo szczupła kobieta z wielkimi oczami. Uśmiechnęła się do Weroniki. Ta tylko westchnęła i zaczęła sprzątać.

Wieczorem mieszkania nie można było poznać. Wszystko lśniło, otwarte okna przewietrzyły wnętrza, z kuchni łagodnie rozchodził się zapach kotletów, rogalików i pieczonego kurczaka. Lidia spała w świeżej pościeli. Jasio, który już chciał wymknąć się z domu w samej kurtce przeciwdeszczowej (ubierał się zawsze byle jak, nie zastanawiając się), został zatrzymany:

Stoimy! Gdzie to, kochany panie, wybieracie się w takim zimnie lekko ubrany? Jeszcze by nam pan zachorował, a żonie teraz pan bardzo potrzebny! Proszę! Zakładajcie kurtkę, już was owinę szalikiem i czapkę na uszy. Do przodu, z pieśnią! zarządziła Weronika.

A w oczach Lidii pojawiły się łzy. Jeszcze rano dym, smutek, nieszczęście. A teraz wszystko czyste, ciepłe, ktoś się zajął. Głośna ta Weronika, chodzi ciężko jak słoń po porcelanie, ale serce na dłoni!

Dziękuję Ci, Boże. Teraz już są pod opieką szepnęła cicho.

Gdy już naprawdę źle się poczuła, zebrała się na rozmowę z Weroniką. Zaczęła z daleka pytała gdzie mieszka, jak jej się żyje. Okazało się, iż Weronika mieszka z mamą i rodziną siostry w małym M-4. Tłoczno bywało, większość czasu spędzała więc w pracy bo w domu i bez niej tłoczno i gwarno. Julia (Weronika) miała 45 lat, nigdy nie wyszła za mąż, choć parę romansów w życiu jej się przydarzyło. Żartowała, iż staropanieństwo to nie dramat.

Lidia zebrała się na odwagę:

Weroniko, zaopiekuj się nim, jak mnie nie będzie. Oddaję ci mojego męża w spadku! Przenośni używam, ale naprawdę zajmij się nim, proszę. On łatwo się przeziębia i każdemu ufa.

Weronika zaniemówiła, ale Lidia zaczęła opowiadać więcej. Weronika słuchała z powątpiewaniem, kręciła głową.

Nie odmawiaj! Choćby tylko na początek miej na niego oko! Werciu, uklękłabym, gdybym miała jeszcze siłę wyszeptała Lidia.

Weronika obiecała.

Lidy już niedługo zabrakło. Weronika westchnęła: Pewnie dajmy temu spokój; jeszcze ludzie pomyślą, iż zależy mi na mieszkaniu… Ani on jej się nie podobał, ani ona jemu. Sam jak biedronka.

Sama się jednak czuła zobowiązana dała w końcu słowo. Postanowiła więc odwiedzić Jasia. Zapukała cisza. Drzwi uchylone. W głębi mieszkania, w pokoju, gdzie wcześniej leżała Lidia, siedział skulony Jasio. Przyciskał do twarzy szlafrok po żonie i wył łamiącym serce płaczem.

Podbiegła do niego. Chwycił ją za rękę i popłakał się jeszcze mocniej.

Oj, biedaku Lida rację miała. Źle ci. Chodź, napijemy się herbaty, już, spokojnie, wytrzymaj zaczęła go pocieszać Weronika.

Była bardzo opiekuńcza i ciepła, tego nie można jej odmówić.

Dom wrócił do życia. Jasio czekał na jej każdą wizytę. Radował się, gdy tylko pojawiała się w drzwiach.

W końcu postanowiłam się przeprowadzić. Pomyślałam: po co zostawiać człowieka samego? U mnie w domu tylko się ucieszyli wreszcie więcej miejsca. Dostałam, tak naprawdę, nie męża, ale wielkie dziecko. Ale mądre! Z pieniędzmi nigdy problemów, namówił mnie nawet, żebym zrezygnowała z pracy u innych. Trochę ludzie gadali, iż mu się do mieszkania przyczepiłam, ale gwałtownie ich uciszyłam. No bo co? Ludzie przygarniają psy, koty z ulicy, a czemu nie człowieka? Przecież też bywa bezradny, porzucony. Jak żółw postawiony na skorupie i powiedziane idź! Jak żyć? Pomagałam, ile mogłam. Dobry Jasio. Potrzebujemy się nawzajem. Jedziemy teraz do jego syna, prosił, żebym pomogła z wnuczkiem. A ja się cieszę! Mogłabym dziesięcioro wymiziać, gdyby trzeba! opowiedziała mi Weronika.

Nagle do wagonu restauracyjnego wszedł Jasio, przyciskając do piersi bukiet polnych kwiatów w długim szaliku.

Po co wstałeś! Przecież jesteś jeszcze słaby! Ech, zupełnie nie można cię zostawić na chwilę. Zgrzałeś się, trzeba się przebrać! zbeształa go żartobliwie Weronika i razem z żywym testamentem skierowała się do wyjścia.

On tymczasem szeptał jej do ucha:

Werciu! U babuszek na peronie kupiłem ci kwiatki! Podobają ci się?

Weronika jeszcze bardziej się zarumieniła, a rękę położyła mu na ramieniu.

Wysiedli wcześniej. Weronika ciągnęła wielką walizkę, Jasio jej małą torbę. Ona cały czas za kołnierz pilnowała, żeby w tłumie się nie zgubił. Tak się uśmiechali, iż wszystkim wokół od razu się rozjaśniało było jasne, iż zostanie mu drugą żoną.

Idź do oryginalnego materiału