Mąż przyprowadził kumpla “na tydzień” do naszego mieszkania – a ja bez słowa spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium na Mazurach

polregion.pl 12 godzin temu

Mąż przyprowadził do domu kolegę, żeby ten przemieszkał tydzień. Ja zaś w ciszy spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium

Wchodź, nie krępuj się, rozgość się jak u siebie! usłyszała wesoły głos męża z przedpokoju, a zaraz potem stukot czegoś ciężkiego, opadającego na podłogę. Krystyna zaraz nakryje do stołu, akurat przyszliśmy na czas.

Krystyna zastygła z chochlą w dłoni. Nie spodziewała się dziś nikogo. Dzisiejszy wieczór miał być spokojnym, rodzinnym posiłkiem przed telewizorem, a jedynym gościem, którego rzeczywiście oczekiwała, był zasłużony po całym tygodniu trudnej pracy święty spokój. Powolnym ruchem położyła chochlę na podstawkę, wytarła ręce w ścierkę i wyszła do przedpokoju.

Widok, który ją zastał, nie zapowiadał niczego dobrego. Andrzej, jej mąż, promieniał jak świeżo wypolerowany samowar, pomagając zdjąć kurtkę masywnemu mężczyźnie o nabrzmiałej twarzy i czerwonym nosie. W kącie żałośnie stała wielka sportowa torba, wypchana tak dokładnie, iż zamek wydawał się zaraz puścić.

O, Krystyna! Andrzej zauważył żonę i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mam ci niespodziankę. Pamiętasz Zenka? Studiowaliśmy razem na politechnice. Ten od gitary!

Krystyna pamiętała Zenka jak przez mgłę głośny chłopak z tylnej ławy, zawsze pożyczający papierosy i notatki. Teraz z tamtego studenta mało co zostało: Zenon wyraźnie przytył, przybyło mu pokaźnego brzucha i łysiny, a oczy biegały po mieszkaniu z podejrzliwą oceną.

Dzień dobry, gospodyni mruknął gość, zdejmując buty i rzucając je niedbale na półkę. Kawalerka jak trzeba, przestronna.

Dobry wieczór odpowiedziała spokojnie Krystyna, patrząc pytająco na męża. W jej spojrzeniu był cichy, dobrze mu znany wyrzut.

Andrzej pospiesznie podszedł do niej, objął ramieniem i szepnął, tak żeby Zenek, który poszedł do łazienki, nie usłyszał:

Krysiu, sprawa jest poważna. Zenka wywaliła żona. Teściowa mieszkanie, on tam choćby nie był zameldowany. Śpi gdzie popadnie, nie ma kasy. Przemieszka u nas tydzień? Dopóki nie znajdzie czegoś albo się z żoną nie dogada. Nie mogłem go zostawić na ulicy, przecież mnie znasz.

Krystyna znała go aż za dobrze. Andrzej był dobrym człowiekiem, ale bywał naiwny i nie potrafił odmawiać, szczególnie jeżeli ktoś wzbudzał współczucie albo wspominał stare, dobre czasy.

Tydzień? powtórzyła cicho. Andrzej, mamy dwa pokoje. Gdzie będzie spał? W salonie? A my gdzie będziemy odpoczywać wieczorami?

Oj, Kryś, westchnął mąż. Tydzień wytrzymamy, będziemy pić herbatę w kuchni, komu to przeszkadza? Za to mu pomożemy. To facet normalny, cichy. choćby nie zauważysz.

Ten cichy, normalny facet wyszedł już z łazienki, wycierając ręce o jej ulubiony, dopiero co powieszony ręcznik gościnny.

Coś zjemy? zawołał Zenek, patrząc w stronę kuchni. Od rana suchy jestem. Pakowałem się, jechałem do was Nerwy.

Kolacja odbyła się przy atmosferze, którą Krystyna określiłaby mianem teatru jednego aktora. Zenek jadł, jakby szykował się na długą zimę. Barszcz znikał w zastraszającym tempie, kotlety leciały jeden za drugim. Przy tym wszystkim Zenon nie oszczędzał sobie komentarzy.

Barszczyk może być, konkretny mlaskał, wycierając talerz chlebem. Tylko czosnku trochę mało. Moja była, Hania, robiła taki gęsty, iż łyżka stała. A tu tak na dietę trochę.

Krystyna zaciśniętymi ustami w milczeniu znosiła to. Andrzej winowajczo się uśmiechał i nakładał Zenonowi dokładki.

Jedz, Zenek, Krystyna dobrze gotuje.

Nie mówię, iż nie machnął ręką Zenon, nalewając sobie wódkę przywiezioną z własnych zapasów. Jak na miejską pannę, to nie jest źle. My, robotnicy, to liczymy tylko na swojskie żarcie. Andrzej, może masz piwo? Kotlet bez piwa nie siada.

Przez cały wieczór telewizor w salonie był tak głośno, iż szyby drgały w meblościance. Zenek rozparł się na kanapie, oglądając film akcji i komentując wszystkie sceny walk, a Andrzej przytakiwał i biegał do kuchni po więcej kanapek i herbaty. Krystyna nie miała już tam miejsca. Wyszyła do sypialni, zatrzasnęła drzwi i próbowała skupić się na książce, ale dźwięki wystrzałów i donośny śmiech gościa przebijały choćby przez ściany.

Rano horror miał ciąg dalszy. Kiedy Krystyna weszła do kuchni, by postawić wodę na kawę i przygotować się do pracy, zastała górę brudnych naczyń w zlewie. Na stole, na obrusie, leżały okruchy, plamy po keczupie i pusta butelka. Zenek spał na kanapie w salonie, rozłożony jak basza, a jego chrapanie niosło się po całym mieszkaniu. W powietrzu wisiał duszący zapach alkoholu i przepoconych skarpet.

Andrzej, zaspany i pomięty, wyszedł z łazienki.

Kryś, wybacz, siedzieliśmy do późna Nie zdążyliśmy posprzątać. Wieczorem, jak wrócę, wszystko ogarnę.

Wieczorem? Krystyna spojrzała na zegarek. A jeść z czego będziecie? Nie ma czystych talerzy.

No to opłuczę parę

Krystyna napiła się kawy bez słowa i wyszła z domu. Cały dzień w pracy łapała się na myśli, iż nie ma ochoty wracać. Jej ciepłe, zadbane mieszkanie, które tak pieczołowicie urządzała, przestało być miejscem odpoczynku.

Wieczorem potwierdziły się jej obawy. Naczynia niby umyte, ale połowa była tłusta. Całe mieszkanie przesiąkło zapachem smażeniny. Zenek siedział w kuchni w samej podkoszulce i z papierosem w ręku przy otwartym oknie, mimo iż Krystyna setki razy powtarzała Andrzejowi, iż w mieszkaniu się nie pali.

O, wróciła pani domu! powitał ją Zenek, wypuszczając dym pod sufit. Usmażyliśmy ziemniaki na boczku! Siadaj, częstuj się. Ale musieliśmy skoczyć po boczek, bo nie mieliście. Andrzej dał kasę, moja karta zablokowana.

Krystyna spojrzała na kuchenkę. Wszędzie rozbryzgi tłuszczu, na podłodze obierki.

Nie jestem głodna odpowiedziała sucho. Andrzej, możesz na chwilę?

Wciągnęła męża do sypialni i zamknęła drzwi.

Andrzej, co to ma być? Czemu pali w kuchni? Czemu taki rozgardiasz? Mówiłeś, iż nic nie zauważę.

Krysiu, daj spokój Andrzej próbował ją objąć, ale odsunęła go. Człowiek w stresie, wyluzował się trochę. Zrobimy porządek on po prostu nie jest wylewny, prosty chłop. Wytrzymasz tydzień, a potem spokój. Przecież mieszkania szuka.

Tak? zmrużyła oczy Krystyna. Siedząc przed telewizorem z piwem?

Mówił, iż dzwonił do kogoś! Nie bądź sztywniara W biedzie się poznaje przyjaciół.

Następne trzy dni były koszmarne. Zenek jakby zarósł całą przestrzeń. Siedział dzień w domu, bo na urlopie bezpłatnym. Jadł wszystko, co Krystyna gotowała na dwa dni, od razu. Chodził po mieszkaniu w samych slipkach, zupełnie się nie krępował. Zajmował łazienkę na godzinę, po czym zostawiał tam wodę i bałagan.

Ale przelała czara goryczy dopiero w piątek.

Krystyna wróciła wcześniej z pracy, marząc tylko o gorącej kąpieli i spaniu. Otworzyła drzwi już w progu śmiech i głośna muzyka. W przedpokoju nie tylko buty Zenka i Andrzeja, ale i jakieś szpile oraz męskie adidasy.

W salonie dym unosił się pod sufit. Przy stole Zenek, nieznany facet i mocno umalowana dziewczyna. Andrzej siedział w kącie czerwony jak burak. Na stole piramida butelek i przekąsek rozłożona na jej ukochanym stole kawowym na golasa, bez podkładek.

O proszę! Żona wróciła! ryknął Zenek. Andrzej, nalej karniaka! Krycha, poznaj to Krzysiek i Marylka, kulturalnie świętujemy piąteczek!

Krystyna spojrzała na mokre ślady na polerowanej powierzchni stołu. Zwróciła uwagę na petę, którą Marylka gasiła w kryształowej miseczce na cukierki. Popatrzyła na Andrzeja, który nie śmiał jej spojrzeć w oczy.

Nie krzyczała. Nie rzucała talerzami. W jej środku kliknął przełącznik, a złość zastąpiła zupełnie spokojna, lodowata jasność.

Dobry wieczór powiedziała miarowym głosem. Nie będę wam przeszkadzać.

Odwróciła się, weszła do sypialni i zamknęła drzwi na klucz. Gdzieś na korytarzu ucichło, pewnie Andrzej próbował uspokajać towarzystwo, ale zaraz muzyka powróciła, choć ciszej.

Krystyna wyjęła dużą walizkę ze szafy i zaczęła się pakować. Szlafrok, klapki, strój kąpielowy, kilka sukienek, wygodne spodnie, kosmetyki, książki od dawna niedoczytane. Była wdzięczna losowi, iż miała jeszcze dwa tygodnie urlopu, który przełożony kazał jej już wziąć, żeby domknąć rok. Miała także własne oszczędności ukryte na koncie, do którego Andrzej nie miał dostępu.

Odpaliła laptop, weszła na stronę renomowanego sanatorium w Busku-Zdroju, o którym zawsze marzyła, ale szkoda jej było pieniędzy. Apartament z widokiem na park, trzy posiłki, SPA, masaże. Płatność. Potwierdzona rezerwacja. Wyjazd rano następnego dnia.

Spakowana, położyła się spać z zatyczkami w uszach. Hałas imprezy był już tylko dalekim szumem.

Rano mieszkanie było pogrążone w ciszy. Goście najwyraźniej rozeszli się nad ranem, a Andrzej i Zenek spali kamiennym snem. Krystyna wstała, odświeżyła się, ubrała, chwyciła walizkę i wyszła do przedpokoju. Na stole, wśród resztek wczorajszej fiesty, zostawiła kartkę: Wyjechałam do sanatorium. Wrócę za tydzień. W lodówce nie ma jedzenia. Opłać czynsz sam.

Taksówka już czekała pod blokiem. Gdy tylko samochód ruszył, z jej ramion spadł ogromny ciężar.

Pierwsze dwa dni w sanatorium minęły w zupełnym błogostanie. Krystyna chodziła śnieżnymi alejkami parku, piła koktajle tlenowe, korzystała z basenu, czytała. Telefon ustawiony był na cichy, sprawdzany raz dziennie.

Po południu pierwszego dnia zaczęły się telefony od Andrzeja. Najpierw nieodebrane, potem SMS-y.

Kryś, gdzie jesteś?

To nie jest śmieszne, wróć!

Obudziliśmy się, a ciebie nie ma!

Nie ma co jeść, mogłaś chociaż zupę zostawić!

Krystyna tylko parsknęła śmiechem i poszła na czekoladowe okłady.

Trzeciego dnia ton wiadomości się zmienił.

Krystyna, odbierz! Gdzie czyste skarpetki?
Jak włączyć pralkę? Co znaczy to miganie?
Zenek pyta, gdzie zapasowe ręczniki, swój pobrudził
Pralka, proszek, papier się skończył. Gdzie są?
Krystyna odpisała tylko na jedno: Instrukcja pralki w internecie. Proszek i papier w sklepie. Macie pieniądze, skoro na wódkę znalazły się.

Czwartego dnia, gdy siedziała w barze ziołowym i piła herbatę, zadzwonił Andrzej.

Krysiu, wreszcie! Andrzej brzmiał jak na granicy załamania. Kiedy wrócisz? To nie do wytrzymania!

Co się dzieje, Andrzejku? Ja odpoczywam. Za chwilę mam zabieg.

Tutaj bałagan! Zenek on już przesadza! Przyniósł wczoraj kolegów na mecz, drą się do drugiej w nocy, sąsiadka spod trójki, pani Danuta, zadzwoniła po policję! Musiałem pisać wyjaśnienia! Mandat dostałem!

Przecież sam mówiłeś, iż to swój człowiek, iż trzeba pomóc przyjacielowi z udawanym współczuciem odpowiedziała Krystyna. Proszę bardzo, pomagasz. Jesteś panem domu.

Kryś, nie ma co jeść! Przychodzę z pracy, a tu góra naczyń, smród i Zenek domaga się kolacji. Narzeka, iż gospodarz ze mnie marny!

I co ja mam do tego? zdziwiła się Krystyna. Ja, według twojego kolegi, jestem miejską lalą, gotuję kiepsko. Niech cię nauczy po swojemu! Ugotujcie boczek na patelni.

Kryś, przecież nie mogę go wyrzucić, głupio, to przyjaciel jęknął Andrzej.

To już twój wybór, Andrzej. Twój dom, twoje zasady lub ich brak. Wrócę w niedzielę wieczorem. o ile mieszkanie nie będzie wyglądać jak przed wizytą gościa, a Zenek przez cały czas będzie w środku, odwracam się i jadę do mamy. I składam papiery o rozwód. To nie groźba. To fakt.

Rozłączyła się i poszła na zabieg na twarz. Było jej lekko. Wcześniej bała się stawiać granice, by nie urazić męża. Tydzień z Zenkiem nauczył ją, iż cierpliwość nie jest zawsze cnotą. Czasem jest po prostu pozwoleniem na pozwalanie innym siadać sobie na karku.

Reszta urlopu minęła błyskawicznie. Krystyna odespała zaległe miesiące, wypiękniała, a zmarszczka niepokoju między brwiami zniknęła.

W niedzielę wróciła do domu. Taksówka zatrzymała się pod blokiem. Czuła już lekki dreszczyk, ale nie była już tą samą Krystyną bać się nie miała czego. jeżeli Andrzej sobie nie poradził, ich drogi się rozchodzą.

Otworzyła drzwi.

W mieszkaniu pachniało wybielaczem, cytryną i pieczonym kurczakiem.

W przedpokoju było pusto. Żadnej sportowej torby, żadnych obcych kurtek. Buty Andrzeja grzecznie na półce.

Mąż wyglądał z kuchni. Był zmęczony, z podkrążonymi oczami, ale ogolony i w czystej koszuli.

Cześć powiedział cicho.

Krystyna przeszła po mieszkaniu. Idealny porządek. Kanapa złożona. Dywan odkurzony. Na stoliku kawowym błyszczał lakier. Oknami wpadało zimne powietrze przewietrzył wszystko.

W kuchni talerze lśniły. W piekarniku dopiekał się kurczak.

A gdzie Zenek? spytała, zdejmując płaszcz.

Andrzej westchnął, oparł się o framugę.

Wyrzuciłem go. W czwartek, po twoim telefonie.

Wyrzuciłeś? Nie było ci głupio?

Wiesz, Krysiu Andrzej przetarł czoło. Wróciłem z pracy, padam na twarz, on z kanapy każe mi przynieść piwo, bo mecz. A ja myję po nim patelnię… Coś mi w środku pękło. Powiedziałem: pakuj manatki i znikaj.

I co zrobił?

Darł się, iż jestem pantoflarzem, iż facet nie daje się babie ustawiać. Nabluzgał, chciał pieniędzy na straty moralne. Dałem mu piątkę na taksówkę, wystawiłem torbę za drzwi. Potem dwa dni sprzątałem. Danucie przyniosłem bombonierkę, przeprosiłem.

Andrzej podszedł i ujął dłonie żony. Były szorstkie od płynów do naczyń.

Przepraszam, Krysiu. Byłem głupi Ja się do tego przyzwyczaiłem, iż po prostu wszystko się dzieje. Dom się sam sprząta, jedzenie się gotuje. A teraz przez cztery dni prawie zwariowałem. Jak ty się z tym wyrabiasz, jeszcze pracując?

Krystyna spojrzała mu w oczy. Widziała w nim nie tylko żal, ale i coś nowego zrozumienie, ile kosztuje domowy spokój.

Nie wytrzymuję tego, Andrzeju. Ja po prostu dbam o nas. Ale nie zamierzam opiekować się pasożytami.

Już zrozumiałem. Nie ma już żadnych nocujących gości. Zenka więcej tu nie będzie, dostał bana na telefonie.

Siadaj, bo ci kurczak spłonie uśmiechnęła się.

Jedli w ciszy tej dobrej, pełnej ciepła. Andrzej dbał o żonę, podsuwał jej najlepsze kąski, nalewał herbatę.

Jak było w sanatorium? spytał cichutko.

Cudownie. Postanowiłam jeździć tam co pół roku. Tydzień to za mało. Poza tym chyba powinieneś nauczyć się gotować coś trudniejszego niż jajecznica. Bo nie wiadomo, czy nie wyjadę znowu.

Nauczę się, Krysiu. Obiecuję.

Następnego dnia Krystyna usłyszała od koleżanki, iż Zenek wrócił do teściowej, zrobił tam aferę, a była żona już składa pozew o eksmisję i podział długów, których miał mnóstwo. Na dodatek z pracy wyrzucili go już miesiąc wcześniej za pijaństwo, a bajka o nagłym wyrzuceniu była tylko sposobem na znalezienie darmowego mieszkania i słuchaczy.

Andrzej tylko pokręcił głową i jeszcze raz mocno objął żonę. Lekcja została odrobiona. Granice małżeństwa stały się święte i nie do przekroczenia. Krystyna zrozumiała zaś, iż czasami, by ktoś cię zrozumiał, nie trzeba podnosić głosu. Wystarczy cicho odejść, zostawiając mu miejsce do zmierzenia się ze skutkami własnych decyzji.

To zdarzenie zmieniło ich życie. Andrzej nie stał się idealnym gospodarzem z dnia na dzień, ale już nigdy nie brał za coś oczywistego pracy żony. Najważniejsze nauczył się mówić nie. Kiedy miesiąc później zadzwonił daleki kuzyn z prośbą o nocleg na dwa dni, Andrzej uprzejmie, ale stanowczo podał mu adresy najbliższych tanich hosteli.

Krystyna słuchała tej rozmowy z kuchni, gotując rosół, i uśmiechała się. Sanatorium to wspaniała rzecz, ale dom, w którym cię szanują, smakuje najlepiej.

Czasem, by nauczyć się szanować siebie i swój dom, wystarczy przestać dźwigać na plecach ciężary, które z całą pewnością nie należą do ciebie.

Idź do oryginalnego materiału