Mąż przyprowadził do domu kumpla „na tydzień”, a ja bez słowa spakowałam walizki i wyjechałam do sanatorium – czyli jak nieproszony gość może zmienić życie małżeństwa i nauczyć męża szacunku dla żony

twojacena.pl 10 godzin temu

Mąż przyprowadził przyjaciela do domu na tydzień, a ja bez słowa spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium

No to śmiało, Grzesiek, rozgość się jak u siebie! usłyszałam wesoły głos męża z przedpokoju, a zaraz potem głuchy stuk ciężkiej torby rzuconej na podłogę. Marysia zaraz nakryje do stołu, trafiliśmy akurat na kolację!

Zamarłam z chochlą w ręce. Nikogo nie oczekiwałam. Dzisiejszy wieczór miał być spokojny, tylko dla nas dwojga po trudnym tygodniu pracy w biurze marzyłam tylko o ciszy, herbacie i serialu. Odłożyłam chochlę, wytarłam ręce i wyszłam do przedpokoju.

Scena, którą zobaczyłam, nie zwiastowała niczego dobrego. Tomek, mój mąż, promieniał, pomagając zdjąć kurtkę potężnemu mężczyźnie z czerwonym nosem. W kącie stała wielka, wypchana torba sportowa, z której rozsadzał się zamek.

O, Maryśka! Tomek ucieszył się na mój widok. Mam niespodziankę! Pamiętasz Grześka? Studiowaliśmy razem na Politechnice. Ten, co tak świetnie grał na gitarze!

Pamiętałam ledwie. Głośny chłopak z końca sali, zawsze pożyczający papierosy i notatki. Z dawnego studenta mało zostało: Grzesiek rozrósł się w pasie, wyłysiał, a po mieszkaniu rozglądał się z jakąś chytrą energią.

Dzień dobry, pani domu burknął, ściągając buty i rzucając je pod ławkę. Mieszkanie macie niczego sobie. Przestronnie.

Dobry wieczór odpowiedziałam chłodno, patrząc wymownie na męża. W moich oczach było pytanie, którego Tomek się obawiał.

Objął mnie gwałtownie i wyszeptał, by Grzesiek, myjący ręce w łazience, nie usłyszał:

Marysiu, Grzesiek ma kłopoty. Żona go wyrzuciła, mieszkanie jej mamy, choćby nie był zameldowany. Nie ma gdzie się podziać, ledwo ma grosz przy duszy. Może przekoczuje u nas tydzień? Dopóki nie znajdzie czegoś albo z żoną się nie dogada. Nie mogłem go zostawić na ulicy przecież mnie znasz.

Zbyt dobrze. Tomek był dobrym człowiekiem, czasem aż do bólu. Nie potrafił odmawiać, szczególnie, gdy ktoś odwoływał się do wspólnych wrażeń z dawnych lat.

Tydzień? powtórzyłam cicho. Tomek, mamy dwa pokoje. Gdzie będzie spał? W salonie? To my gdzie wieczorem usiądziemy?

Daj spokój, Marycha machnął ręką. Tydzień damy radę herbatę pić w kuchni. Ważne, iż pomożemy. Grzesiek to spokojny facet, choćby go nie zauważysz.

Spokojny facet wyszedł z łazienki, wycierając ręce w moje nowe ręczniki.

To co, coś zjemy? zapytał rubasznie, zerkając do kuchni. Od rana na głodzie jestem. Stres, no i te przeprowadzki

Kolacja zamieniła się w przedstawienie jednego aktora Grzesiek jadł, jakby miał zasilić się na zimę. Zupa zniknęła błyskawicznie, mielone również. Wszystkiemu towarzyszył komentarz.

Barszczyk ok, ale czosnku więcej dawała moja była. Taki gęsty był, iż łyżka stała. Tu trochę chudziutko sapnął, wycierając talerz chlebem.

Zacisnęłam wargi, ale nic nie powiedziałam. Tomek wciąż się uśmiechał, podając dokładkę.

Jedz, Grzesiek, Marysia świetnie gotuje.

Nie narzekam machnął ręką gość, nalewając sobie przyniesioną z torby wódkę. Dla pań z miasta całkiem nieźle. My, prosty lud, przywykliśmy do mocniejszego jedzenia. No, Tomek, masz jeszcze piwo? Wóda bez piwa nie smakuje do kotletów.

Wieczorem telewizor w salonie huczał tak, iż szklanka brzęczała w kredensie. Grzesiek rozparty na kanapie komentował każdą scenę filmu. Tomek przytakiwał, krążył między kuchnią a salonem z herbatą i kanapkami. Ja nie miałam miejsca we własnym salonie. Zamknęłam się w sypialni i próbowałam czytać, ale szczelnie zamknięte drzwi nie chroniły przed głośnym śmiechem.

Rano koszmar nie ustąpił. W kuchni zastałam górę brudnych naczyń, na stole okruchy, plamy od keczupu i pustą butelkę. Grzesiek spał w salonie, rozłożony na kanapie, a jego chrapanie szło przez ściany. W mieszkaniu czuć było papierosy i stęchłe skarpetki.

Tomek, zaspany, wyszedł z łazienki.

Marysiu, wybacz, nie zdążyliśmy posprzątać wczoraj szepnął. Po pracy ogarnę.

Po pracy? spojrzałam na zegarek. A z czego zrobicie sobie śniadanie? Nie ma czystych talerzy.

To zaraz umyję dwa

Wypiłam kawę bez słowa, ignorując salon. Wychodząc, poczułam pierwszy raz w życiu, iż nie chcę wracać do własnego domu.

Wieczór tylko potwierdził najgorsze przypuszczenia. Talerze niby były umyte, ale tłuste, płyta kuchenna cała w oleju, na podłodze obierki od ziemniaków. Grzesiek siedział w podkoszulku i palił przy otwartym oknie, choć zawsze prosiłam Tomka, by w domu nie palił.

O, gospodyni wróciła! rzucił gość, wypuszczając dym wysoko. Zrobiliśmy z Tomkiem ziemniaki na boczku, tylko boczku wam brakło, to musiałem iść po niego. Tomek dał mi stówkę, bo kartę mi zablokowali.

Spojrzałam na kuchenkę, na podłogę. Nie jestem głodna rzuciłam sucho. Tomek, proszę, na chwilę.

Wciągnęłam go do sypialni.

Co tu się dzieje? Dlaczego on pali na kuchni? Dlaczego taki bałagan? I miałam go nie zauważać

Marysiu, nie przejmuj się próbował objąć mnie, ale odsunęłam się. Chłopak przeżywa trudny czas Posprzątamy. Jest prosty, szczery. Tydzień wytrzymamy

Szuka mieszkania, patrząc w telewizor z piwem?

Dzwonił dziś do kogoś! Naprawdę! Nie bądź taka surowa, w końcu na tym polega przyjaźń.

Trzy kolejne dni to był istny koszmar. Grzesiek był w domu nieustannie, bo na L4 bezpłatnym. Zjadał wszystko, co przygotowałam na kilka dni, w godzinę. Chodził w samych slipach po mieszkaniu, nie krępując się wcale. Zajmował łazienkę na godziny, zostawiał po sobie wodę, ślady po mydle.

Ostatnia kropla przelała się w piątek.

Wróciłam z pracy wcześniej, śnił mi się już gorący prysznic i łóżko. W przedpokoju buty nie tylko Grześka i Tomka, ale i damskie kozaki na obcasie, oraz czyjeś spodnie męskie. Z salonu dobiegał śmiech i muzyka. Wchodzę zadymione powietrze. Przy stole Grzesiek, jakiś facet i dziewczyna mocno wymalowana. Tomek w kącie, speszony. Na stole baterie pustych butelek, przekąski na moim ukochanym stoliku dębowym bez podkładek.

O, żona przyszła! zawołał Grzesiek. Tomek, lej karniaka. Marysia, poznaj, to Wojtek i Renata. Piątek, to sobie odpoczywamy!

Zerknęłam na ciemny od mokrego szkła blat. Renata gasiła papierosa w mojej kryształowej miseczce na cukierki. Tomek spuścił wzrok.

Nie podniosłam głosu. Nie rzuciłam talerzami. W środku coś się we mnie wyłączyło zamiast złości przyszła chłodna, wręcz krystaliczna jasność.

Dobry wieczór powiedziałam spokojnie. Nie będę wam przeszkadzać.

Odwróciłam się i poszłam do sypialni. Zamknęłam się na klucz. Po chwili hałas lekko ucichł chyba Tomek próbował ich uciszyć ale potem znów grała muzyka.

Wyciągnęłam z szafy dużą walizkę. Spakowałam się szybko: szlafrok, klapki, strój kąpielowy, kilka sukienek, kosmetyki, poduszka do czytania i książki, których nie miałam czasu ruszyć. Cieszyłam się z dwóch tygodni zaległego urlopu szefowa od dawna namawiała mnie, bym go wykorzystała. Jeszcze bardziej z oszczędności na koncie, do których Tomek nie miał dostępu.

Otworzyłam laptop, znalazłam stronę jednego z najlepszych podwarszawskich sanatoriów, o których marzyłam od miesięcy, ale zawsze szkoda mi było pieniędzy. Pokój z widokiem na park, pełne wyżywienie, masaże, spa. Zapłaciłam przelewem 2200 złotych za tydzień. Rezerwacja potwierdzona, przyjazd jutro rano.

Spakowałam rzeczy i poszłam spać w stoperach w uszach. Hałas imprezy zdawał się już odległym echem.

Rano w mieszkaniu zalegała cisza. Wszyscy spali. Wstałam, wzięłam prysznic, ubrałam się, złapałam walizkę i wyszłam. Na stole między niedojedzonymi sałatkami zostawiłam krótką kartkę: Wyjechałam do sanatorium. Wrócę za tydzień. Jedzenia brak. Opłać czynsz sam.

Taksówka czekała pod domem. Gdy odjeżdżałam, poczułam, jak spada mi z ramion cały ciężar.

Pierwsze dwa dni w sanatorium mijały mi błogo. Spacerowałam po alejkach, piłam wodę z cytryną i zioła, pływałam, czytałam. Telefon ustawiłam na cichy zaglądałam do niego raz dziennie.

Pierwszego dnia pojawiły się nieodebrane połączenia, potem wiadomości:

Marysia, gdzie jesteś?

To nie żarty, daj znać, co z tobą!

Obudziliśmy się, a ciebie nie ma.

Nie ma czego jeść, mogłaś zrobić chociaż rosół przed wyjazdem

Uśmiechnęłam się i odłożyłam telefon. Poszłam na zabieg czekoladowy.

Trzeciego dnia tone wiadomości się zmienił:

Marysia, odbierz! Gdzie są czyste skarpety?

Jak włączyć pralkę? Miga i nie chce ruszyć.

Grzesiek pyta, gdzie są zapasowe ręczniki, bo swój pobrudził.

Koniec proszku i papieru. Gdzie zapas?

Odpowiedziałam tylko na jedno: Instrukcja pralki jest w internecie. Proszek i papier w sklepie. Pieniądze macie, skoro na wódkę się znalazły.

Czwartego dnia telefon zadzwonił. Siedziałam wtedy w kawiarni na ziołach. Odebrałam.

Marysia! Wreszcie! głos Tomka był histeryczny. Kiedy wrócisz? Nie da się tak żyć!

Co się stało, Tomek? Mam zabiegi, odpoczywam.

Tu… syf! Grzesiek przesadził. Wczoraj jeszcze sprowadził znajomych na mecz, darli się do drugiej! Sąsiadka z dołu, pani Danuta, wezwała policję! Musiałem pisać wyjaśnienie! Dostałem mandat!

Przecież to ty mówiłeś, iż to porządny facet i iż trzeba pomagać. No to pomagasz. Ty jesteś głową rodziny.

Ale nie ma co jeść! Po pracy wracam, a tu bałagan i Grzesiek krzyczy, żebym zrobił mu kolację! Twierdzi, iż jestem kiepskim gospodarzem!

A ja do tego co? Słyszałam ostatnio, iż jestem miastową laleczką i nie umiem gotować… Niech nauczy cię sam, jak się robi smażone ziemniaki z boczkiem.

Marysiu, nie umiem go wyrzucić. Wstyd, no, przecież to mój przyjaciel…

To już twój problem, Tomek. Twój dom, twoje decyzje. Wrócę w niedzielę wieczorem. jeżeli w mieszkaniu będzie syf i cień Grześka jadę do mamy i składam pozew o rozwód. To nie groźba to fakt.

Rozłączyłam się i poszłam na masaż. Czułam się lekka i spokojna. Wcześniej bałam się stawiać warunki, bałam się urazić męża. Teraz zrozumiałam, iż cierpliwość to nie zawsze zaleta czasem to pozwolenie, by ktoś wszedł ci na głowę.

Ostatnie dni urlopu minęły niezauważenie. Spałam jak dziecko, cera się rozpromieniła, zmarszczka z czoła zniknęła.

Niedziela. Wracam. Pod klatką taksówka. Wjeżdżając windą, czułam lekki dreszcz, ale nie bałam się byłam gotowa na wszystko.

Otworzyłam drzwi.

Pachniało domestosem, cytryną i… pieczonym kurczakiem. Ale ładnie.

W korytarzu pusto, żadnej torby czy kurtki Grześka. Buty Tomka ustawione porządnie.

Wyjrzał z kuchni. Wyglądał na zmęczonego, podkrążone oczy, ale był ogolony i miał świeżą koszulę.

Cześć powiedział cicho.

Przeszłam do salonu: czysto, dywan odkurzony, stół bez plam, okna otwarte, świeże powietrze. W kuchni naczynia błyszczały, a w piekarniku kończył się piec kurczak.

Gdzie Grzesiek? zapytałam zdejmując płaszcz.

Tomek westchnął.

Wyrzuciłem go. W czwartek, po twoim telefonie.

Naprawdę? Udało ci się? Przecież nie wypada

Wiesz co, Marysiu potarł czoło. Gdy kazał mi iść po piwo, bo zaraz mecz, a ja po pracy zmywałem za nim patelnię coś mi się w głowie przestawiło. Powiedziałem, żeby zbierał manatki i wynosił się.

I co powiedział?

Wrzeszczał, iż jestem pantoflarz. Strasznie na mnie najechał, iż zdradziłem przyjaciela dla babskiego kaprysu. Żądał kasy za straty moralne. Dałem mu tysiaka na taksówkę, wyrzuciłem torbę za drzwi, odzyskałem klucze. Potem dwa dni pucowałem mieszkanie. Pani Danucie zanieśliśmy bombonierkę i przeprosiłem sąsiadkę.

Przyszedł do mnie, wziął za ręce. Jego dłonie były szorstkie od środków czystości.

Marysiu, wybacz mi. Byłem głupi. Myślałem, iż to nic takiego. Przyzwyczaiłem się, iż wszystko dzieje się samo, iż zawsze jest porządek, jedzenie A jak sam musiałem ogarniać nie wytrzymałbym tygodnia. Jak ty to znosisz i jeszcze pracujesz?

Patrzyłam na niego. W jego oczach nie było tylko skruchy, ale i nowe zrozumienie docenił wartość domowego spokoju.

Ja nie znoszę, Tomek. Ja po prostu dbam o nas. Ale nie zamierzam opiekować się trutniami.

Zrozumiałem. Koniec z nocującymi gośćmi. Grzesiek tu nie wróci. Jeszcze mi potem wypisywał jakieś brednie zablokowałem numer.

Siadaj, bo kurczak zaraz się przypali uśmiechnęłam się.

Jedliśmy w ciszy, ale była to ciepła, domowa cisza. Tomek podsuwał mi najlepsze kawałki, nalewał herbatę.

A jak ci się podobało w sanatorium? zapytał nieśmiało.

Cudownie. Zdecydowałam, iż będę jeździć co pół roku. Jednego tygodnia to za mało. A wiesz, myślę, iż też powinieneś się nauczyć czegoś więcej niż jajecznica. Na wypadek, gdybym znów musiała wyjechać.

Nauczę się, obiecuję.

Następnego dnia dowiedziałam się od wspólnej znajomej, iż Grzesiek wrócił do teściowej, narobił tam awantury, a była żona złożyła pozew o eksmisję i podział długów po kredytach, których miał sporo. Okazało się też, iż został wyrzucony z pracy za picie. Wszystko zrzucał na żonę, a do nas przyczepił się, bo szukał darmowego noclegu i kogoś, kto posłucha jego żalów.

Tomek, słysząc to, tylko pokręcił głową i mocno mnie objął. Wyciągnął lekcję. Granice naszej rodziny stały się świętością i nikt nie miał prawa ich przekraczać. Ja zaś odkryłam, iż czasem nie trzeba krzyczeć, by zostać usłyszaną wystarczy odejść i pozwolić innym doświadczyć skutków własnych decyzji.

To zmieniło nasz dom. Tomek nie stał się ideałem z dnia na dzień, ale już nigdy nie traktował mojej pracy w domu jak oczywistości. I wreszcie nauczył się mówić nie. Gdy za miesiąc zadzwonił brat cioteczny i poprosił o nocleg na dwie noce w drodze do Gdańska, Tomek grzecznie, ale stanowczo podał mu adres pobliskiego hostelu.

Ja słuchałam tej rozmowy z kuchni, mieszając zupę, i się uśmiechałam. Sanatorium dobrze robi na głowę, ale najlepiej jest tam, gdzie ktoś naprawdę cię ceni i szanuje.

Idź do oryginalnego materiału