– No, wchodź, nie krępuj się, czuj się jak u siebie – rozległ się radosny głos Janusza, mojego męża.
Za chwilę usłyszałam tępy stuk czegoś ciężkiego na podłodze.
– Milenko, nakryjesz do stołu, idealnie trafiliśmy!
Milena zamarła z chochlą w ręku.
Nie spodziewała się gości.
Dziś miał być spokojny wieczór przy telewizorze, po ciężkim tygodniu w księgowości.
Odłożyła chochlę, wytarła ręce i wyszła do korytarza.
To, co zobaczyła, nie wróżyło dobrze.
Janusz pomagał zdjąć kurtkę korpulentnemu mężczyźnie z czerwonym nosem.
W rogu stała ogromna sportowa torba, wypchana do granic.
– O, Milenka! – uśmiechnął się Janusz. – Pamiętasz Mirosława? Studiowaliśmy razem!
Milena pamiętała go mgliście, hałaśliwego chłopaka z ostatniej ławki.
Teraz zostały po nim tylko tusza, łysina i oceniający wzrok.
– Dzień dobry, gospodyni – burknął gość, kopiając buty pod półkę. – Mieszkanko niczego sobie.
– Dobry wieczór – odpowiedziała Milena, patrząc pytająco na męża.
Janusz gwałtownie odciągnął ją na bok.
– Milena, sprawa poważna. Mirka żona wyrzuciła, teściowa zabrała mieszkanie. Nie ma gdzie się podziać.
– Tydzień? – powtórzyła cicho. – Mieszkamy w dwóch pokojach. Gdzie on ma spać?
– Przeżyjemy, Milenka. Ważne, iż pomożemy.
Z łazienki wyszedł Mirek, wycierając ręce w jej elegancki ręcznik.
– A jeść to będziemy? – zapytał wesoło.
Kolacja przypominała teatr jednego aktora.
Mirek jadł błyskawicznie, komentując każdą łyżkę.
– Barszczyk dobry, choć mało czosnku. Basia robiła lepszy.
Milena zacięła wargi.
Janusz uśmiechał się przepraszająco, dokładając mu porcje.
– Piwka nie masz? – spytał Mirek, nalewając przyniesionej wódki.
Wieczorem telewizor huczał tak, iż szyby drżały.
Mirek rozsiadł się na kanapie, Janusz donosił herbaty.
Dla Mileny nie było miejsca w jej własnym salonie.
Poszła do sypialni, ale choćby książka nie zagłuszyła huku filmu.
Rano w kuchni czekała góra brudnych naczyń i pusta butelka.
Mirek chrapał na rozłożonej wersalce, zapach alkoholu wypełniał dom.
– Przepraszam, zasiedzieliśmy się – wyszeptał Janusz.
– A na czym zjecie śniadanie? – spytała Milena, patrząc na zegarek.
Wypiła kawę w ciszy i wyszła do pracy.
Cały dzień nie chciała wracać do domu.
Wieczorem było gorzej.
Mirek palił przy otwartym oknie w kuchni, mimo jej setnych prośb.
– Smażyliśmy kartofle na słoninie! Swojskie! – zawołał.
Kuchenka cała w tłuszczu, na podłodze łupinki.
– Nie jestem głodna – powiedziała sucho. – Janusz, słowo.
W sypialni zamknęła drzwi.
– Czemu pali w kuchni? Czemu bałagan? Obiecałeś, iż go choćby nie zauważę.
– Milena, nie denerwuj się. Jeszcze parę dni, szuka mieszkania.
– Siedząc z piwem przed telewizorem?
Następne dni były nie do zniesienia.
Mirek chodził w slipkach, zajadał zapasy na dwa dni jednym wieczorem.
W piątek Milena wróciła wcześniej z pracy.
W przedpokoju stały damskie szpilki i nieznane kozaki.
W salonie dym, muzyka, obcy mężczyzna i pomalowana dziewczyna.
Janusz siedział skulony w rogu.
– O, żona przyszła! – zawołał Mirek. – Integrujemy się, piątek!
Milena spojrzała na ślad szklanki na stole, na petów w cukierniczce.
Spojrzała na męża, który nie potrafił unieść oczu.
Nie krzyczała.
– Dobry wieczór – powiedziała równo. – Nie chcę przeszkadzać.
Zamknęła sypialnię na klucz.
Wyciągnęła walizkę i zaczęła pakować metodycznie: szlafrok, kostium, sukienki, kosmetyki.
Dziękowała losowi za zaległy urlop i własne oszczędności.
Znalazła stronę sanatorium w Ciechocinku, o którym marzyła od lat.
Rezerwacja potwierdzona.
Wyjazd rano.
Rano w domu panowała martwa cisza.
Milena wzięła prysznic, wzięła walizkę i wyszła.
Na stole zostawiła notatkę: „Pojechałam do sanatorium. Wrócę za tydzień. W lodówce nic nie ma. Rachunki opłać sam.”
Taksówka czekała na dole.
Pierwsze dwa dni były jak sen: spacery, basen, cisza.
Telefon wieczorem rozpalił się SMS-ami.
„Milena, gdzie jesteś?”
„Obudziliśmy się, a ciebie nie ma.”
Milena uśmiechnęła się i poszła na zabieg czekoladowy.
Trzeciego dnia ton się zmienił.
„Jak włączyć pralkę?”
„Skończył się proszek. Gdzie zapas?”
Odpisała jedno: „Macie pieniądze, znalazło się na wódkę.”
Czwartego dnia Janusz zadzwonił.
– Milena! Kiedy wrócisz? Tego się nie da znieść!
– Co się stało?
– Mirek zaprosił typów na mecz, sąsiadka wezwała policję. Mandat dostałem!
– Mówiłeś, iż trzeba pomóc przyjacielowi. No to pomagasz.
– Nie ma co jeść! Mirek mówi, iż jestem zły gospodarz!
– A ja co mam z tym wspólnego?
– Nie umiem go wyrzucić. Wstyd mi.
– To twój dom, Janusz. Twoje zasady albo ich brak. Wrócę w niedzielę. jeżeli mieszkanie nie będzie w porządku, jadę do mamy i składam papiery.
Odłożyła telefon i poszła na masaż.
Czuła się lekka jak nigdy.
Reszta tygodnia minęła szybko.
Milena wyspała się po raz pierwszy od lat.
W niedzielę wróciła niespokojna, ale gotowa na wszystko.
Otworzyła drzwi.
Zapach chloru, cytryny i pieczonego kurczaka.
Buty Janusza stały schludnie, żadnych cudzych toreb.
Z kuchni wyjrzał mąż, zmęczony, ale ogolony i w czystej koszuli.
– Cześć – powiedział cicho.
Salon był idealny, dywan odkurzony, okno otwarte.
Kuchnia lśniła, w piekarniku dochodził kurczak.
– A gdzie Mirek? – spytała, zdejmując płaszcz.
– Wyrzuciłem go. W czwartek, po twoim telefonie.
– Jak to się stało?
– Kazał mi skoczyć po piwo, a ja po pracy zmywałem jego garnek. Coś we mnie pękło.
– I?
– Krzyczał, wyzywał mnie od pantoflarzy. Dałem mu tysiąc na taksówkę i wystawiłem torbę za drzwi.
Ujął jej dłonie, szorstkie od środków czystości.
– Przepraszam, Milena. Byłem głupi.
Milena spojrzała mu w oczy.
Dom znów był jej domem.













