13 października
Czasem myślę, iż powinnam prowadzić dziennik. Dzisiaj chyba zacznę, bo czuję się tak, jakby pewien rozdział życia dobiegł końca. Wszystko rozegrało się podczas kolacji, która miała być świętowaniem pięćdziesiątych urodzin mojego męża, Wiktora. Wieczór niby taki istotny a jednak, zostawił tylko gorycz.
Zaczęło się od talerzy. Wyjęłam mój ulubiony komplet z kwiatowym motywem, a Wiktor od razu skrzywił się teatralnie: Znowu ten serwis? Prosiłem o ten z złotą obwódką, co dostaliśmy od mamy na rocznicę. Wygląda godniej. Zamarłam na chwilę z natką pietruszki w ręce. Chciało mi się odpowiedzieć, iż ten z obwódką nie nadaje się do zmywarki i nie mam ochoty stać przy zlewie do nocy, gdy goście wyjdą. Ale powstrzymałam się taka okazja, tyle pracy, nie warto zaczynać od kłótni.
Wiktor, tamten serwis jest na dwanaście osób. Nas będzie tylko czwórka, a te talerze są głębsze, lepsze na pieczeń. Powiedziałam spokojnie, dekorując galaretę. Ty lepiej zobacz, czy wódka jest wystarczająco schłodzona. Gienia z Marysią mogą zaraz być.
Zrobił minę jakby miał za chwilę mieć ból głowy i podreptał do lodówki. Przyglądałam mu się ukradkiem i czułam, iż siły we mnie z dnia na dzień ubywa. Praca księgowej pochłania mnie całkowicie, koniec kwartału, raporty, a tu jeszcze cały kipisz związany z przygotowaniami do urodzin. Wiktor od początku odrzucił pomysł kolacji w restauracji bo nikt nie gotuje jak ty, Ola, i po co przepłacać za szpan. Komplement niby miły, ale od lat wiem, iż za tą pochwałą kryje się zwykła oszczędność.
Przez trzy wieczory po pracy marynowałam mięso, gotowałam warzywa, piekłam biszkopt do napoleonki i zwijałam roladki z bakłażana, bo jubilat je uwielbia. Plecy bolały, nogi mdlały, na porządny manicure nie znalazłam czasu pokryłam paznokcie bezbarwnym lakierem. Tyle tego było.
Przyszli. Marysia żona Gieni, najlepszego przyjaciela Wiktora zawsze wygląda jak z magazynu: zgrabna, zadbana, w idealnej beżowej sukience, której materiał od razu zdradza, iż to nie z bazaru, tylko z Galerii Mokotów. W ręku torebka, którą można kupić po promocyjnej cenie za dwadzieścia dwieście. Gienia za nią z reklamówką pełną prezentów i butelek.
Oluś, kochana! Marysia wycałowała mnie w policzek, pachnąc perfumami, których buteleczkę widziałam w Douglasie drogo kosztują. Jak cudnie pachnie! Ty to zawsze takie cuda potrafisz, ja bym tak nie umiała. Powiedziałam Gieni: urodziny to tylko w restauracji, nie dotykam patelni, mam świeży manicure!
Od razu schowałam dłonie za siebie. Ktoś musi dbać o domowy klimat, uśmiechnęłam się, pomagając zdjąć jej płaszcz. Chodźcie, wszystko już gotowe.
Kolacja szła według polskich reguł zdrowie jubilata, debata o prezentach (Gienia kupił Wiktorowi wędzisko, o którym marzył od pół roku), żarty, śmiechy. Ja latałam między kuchnią a salonem, zmieniałam talerze, donosiłam przekąski, doglądałam kieliszki. Sama skubnęłam tylko łyżkę sałatki jarzynowej i kawałek sera.
Pierwsza kolejka alkoholu rozwiązała Wiktorowi język. Patrząc z zachwytem na Marysię, wyznał głośno: Marysiu, ty zawsze tak pięknie wyglądasz. Patrzę na ciebie i myślę, czarownica jesteś czy co? Jesz, a nie tyjesz, a sukienka? No bajka, tylko zadbana kobieta tak potrafi.
Marysia poruszyła złotym kosmykiem: Oj, Wiktorku, co ty To tylko dyscyplina. Trzy razy w tygodniu na siłownię, zero węglowodanów po osiemnastej. I dobry krem.
Wiktor, jakby odkrył prawdę objawioną, zwrócił się do mnie: Słyszysz, Olu? Dyscyplina! A ty zawsze tylko: zmęczona jestem, nie mam czasu. Marysia też pracuje, a wygląda jak nastolatka.
Zaniemówiłam na chwilę. Przypomniałam sobie, ile razy w nocy prasowałam mu koszulę, którą miał dziś na sobie żeby nie narzekał, iż nie ma czystej. Ile razy dorzucałam swoje pieniądze do prezentów, oszczędzając na własnej kosmetyczce. Ja główny księgowy w dużej firmie, dom na głowie, działka, dzieci i wnuki na weekendach. Marysia? Administratorka w salonie urody. Bez dzieci.
Zapytałam go wtedy cicho: Wiktor, nie porównujmy się. Każdy żyje inaczej. Spróbuj schab, robiłam z suszonymi śliwkami, po nowemu.
Ale Wiktora poniosło kieliszek zbyt gwałtownie rozwiązał mu język. Zaczął prawić swoje: Co tam schab! Ważne, żeby było miło popatrzeć. Gienia, masz szczęście wracasz i masz czarodziejkę w domu. U mnie zawsze te gary, smażona cebula, zapach jak w stołówce. Mówię Oli: Idź na fitness. Mam kręgosłup, mam ciśnienie. Wymówki. Zwykłe lenistwo.
Gienia chciał ratować sytuację: Daj spokój, Olek jest złotą gospodynią, takiego schabu Marysia nie umie zrobić. Najczęściej zamawiamy gotowce.
Marysia dołączyła: Nie lubię gotować, to prawda. Ale zawsze wyglądam zadbanie. Mężczyzna kocha oczami, prawda Wiktor?
A Wiktor szeroko się uśmiechnął, patrząc na Marysię: Złote słowa! Kochać oczami! Patrz na Olę: niby sukienka, niby fryzura, a i tak… zmęczona. Jak ciotka. Oczy przygaszone, tylko rachunki w głowie jak w Biedronce.
Zrobiło się cicho. Przypomniałam sobie, jak cały rok dbałam o to, by jemu było wygodnie. Na manicure szkoda było grosza, bo lepiej dołożyć na jego prezent czy smakołyki. W końcu nie wytrzymałam.
Wiktor, przestań powiedziałam cicho, ale stanowczo. Przesadziłeś.
Nie przesadziłem! Mówię jak jest! Skarb poznaje się w biedzie, a żonę w porównaniu! Gienia może się chwalić żoną, a ja muszę się wstydzić. Popatrz w lustro! Rozlałaś się, zmarszczki
Nie jesteśmy rówieśnicami, Wiktor, poprawiłam go zimno. Marysia ma trzydzieści osiem lat, ja czterdzieści osiem. I Marysia nie dźwiga siatek na czwarte piętro, kiedy winda nie działa, bo ty na kanapie leżysz.
Oho, zaczyna się! teatralnie przewrócił oczami. Ja w końcu pracuję, zarabiam, mam prawo wymagać, żeby żona prezentowała się godnie. A ty kura domowa! Tylko te sałatki kroisz. choćby śledzia pod pierzynką nie umiesz jak Marysia jej sałatka na Sylwestra była lekka, twoja to breja majonezowa. Tak samo jak ty.
To była ostatnia kropla.
Wstałam powoli. Wiktor zaczął coś jeszcze mówić do Gieni: No powiedz sam, czy nie mam racji? Kobieta powinna inspirować!
Wzięłam misę z sałatką śledź pod pierzynką. Dobry kilogram warzyw, śledzi, majonezu, wierzch utarty burak, wszystko świeże, pięknie udekorowane.
Obeszłam stół i stanęłam przy Wiktorze. Przestał mówić.
Po co wstałaś? Soli brak? rzucił wyzywająco.
Nie, Wiktor. Wszystko jest jak należy. Naprawdę, umiem tylko sałatki. A skoro najbardziej zależy ci na lekkości i estetyce, to ten śledzik jest dla ciebie.
I odwróciłam sałatkę na jego kolana.
Nastąpiła cisza. Tylko soczyste chlup rozległo się, gdy buraczana, majonezowa breja rozlała się na jego nowe, jasne spodnie, te kupione specjalnie na urodziny. Marysia zakryła usta dłonią, Gienia wybałuszył oczy. Wiktor patrzył z niedowierzaniem na spodnie, które momentalnie zabarwiły się na fioletowo.
Co ty robisz?! wrzasnął, zrywając się. Sałatka osunęła się na dywan i buty. Oszalałaś?! To były nowe spodnie! Wariatka!
Postawiłam pustą miskę na stole.
Za to smacznie, Wiktor. I zdrowo. Wszystko manualnie robione, żadnej chemii.
Ja ci Wiktor zamachnął się, ale Gienia go powstrzymał.
Spokojnie, Wiktor! Sam to wywołałeś!
Nie ja! Ona! Zamiast słuchać męża, rozwala jedzenie! Sprzątaj to natychmiast!
Marysia siedziała oszołomiona.
Patrzyłam na Wiktora jak na robaka. Sprzątniesz sam. Albo zamówisz sprzątanie stać cię. Ja wychodzę. Muszę zadbać o siebie. Jak to mądrze powiedziałeś: zainspirować się.
Niemal z godnością wyszłam do przedpokoju, wzięłam płaszcz, torebkę. W salonie słychać było krzyki. Gdy wychodziłam, Marysia wybiegła za mną. Olu, nie zostawiaj go, jest pijany, nie chciał źle
Chciał, Marysiu. Zawsze tak myślał, tylko dziś powiedział głośno. Dziękuję, otworzyłaś mi oczy.
Wyszłam w chłodny, październikowy wieczór. Nie miałam dokąd iść, ale czułam, iż w tym domu nie zostanę. Usiadłam na ławce pod blokiem, zamówiłam taksówkę. Do mamy pomyślałam. Mama nie żyje od dwóch lat, jej mieszkanie stoi puste, nie miałam odwagi się nim zająć. Teraz się przydało.
Wiktor wydzwaniał przez cały wieczór. Najpierw pewnie miał ochotę pozrzędzić, potem może przeprosić. Nie odebrałam. Kupiłam w Żabce butelkę wina i tabliczkę czekolady, poszłam do mieszkania mamy, gdzie pachniało kurzem i starymi książkami, i po raz pierwszy od lat położyłam się na kanapie bez myśli, iż muszę od razu zająć się praniem lub planować śniadanie.
Przez kolejne dwa tygodnie Wiktor przeżywał katorgę.
Nie wróciłam nazajutrz. Ani dwa dni później. Mieszkałam u mamy, pracowałam, a wieczorami Zapisałam się na masaż. Ten masaż, na który żałowałam pieniędzy od lat.
Wiktor został sam w naszym mieszkaniu. Zrozumiał, iż lodówka nie wypełnia się automatycznie, a skarpetki nie przenoszą się same do pralki, skąd potem cudownie trafiają poskładane do szuflady.
Pierwsze dni jadł pierogi z Biedronki, chodził w wygniecionych spodniach, bo te od śledzia nie nadawały się już do niczego, pralnia chemiczna nie podjęła się czyszczenia. Gadał z Gienią przez telefon, narzekał na mnie: Wróci, gdzie ona pójdzie w tym wieku? Pożyje, wróci, a ja się jeszcze zastanowię, czy jej wybaczę.
Czwartego dnia zabrakło mu czystych koszul, bo nigdy nie nauczył się prasować. Piątego miał kaca od sklepowych fast-foodów. Szóstego okazało się, iż nie kupił papieru toaletowego. W mieszkaniu zaczęło śmierdzieć majonezem i rybą, dywan kwitł.
A ja kwitłam. Przestałam dźwigać siaty, bo gotowałam wyłącznie dla siebie, a i tak kilka jadłam. W końcu się wysypiam. Koleżanki z pracy zaczęły komentować zmiany.
Ola, zakochałaś się? Oczy ci błyszczą, podpuszczali w księgowości.
Zakochałam się w sobie. Wreszcie w sobie, dziewczyny.
Po dwóch tygodniach Wiktor zaczaił się pod moją firmą. Wyglądał na nieszczęśliwego, pomięta koszula, trzy goździki w foliowej torebce, mina zbitego psa.
Ola zaczął niepewnie.
Popatrzyłam spokojnie. Czego chcesz, Wiktor?
Wróć już. Żartowaliśmy, wystarczy. W domu trzeba kwiaty podlać i kotka tęskni.
Nie mamy kota.
Nie wrócę, Wiktor. Złożyłam pozew o rozwód. Dostaniesz zawiadomienie.
Zbladł. Jaki rozwód? Z powodu sałatki? Przecież żyliśmy razem tyle lat!
Właśnie. Przez dwadzieścia pięć lat byłam dla ciebie wygodną funkcją. Kucharką, sprzątaczką, praczką. Człowiekiem nie byłam. Chcesz wróżki? Szukaj wróżki. Marysi nie ruszaj Gienia by cię pogonił. Poszukaj innej. Pamiętaj, wróżki nie myją toalet i nie gotują rosołu.
Olu, przepraszam! chwycił mnie za rękaw. Ludzie patrzyli. No głupi byłem, palnąłem, nie myślałem! Diabeł popchnął! Może szynę ci kupię? Albo karnet na fitness, jak chciałaś?
Zacmokałam z rozbawieniem i smutkiem. Karnet już mam. Dla siebie, nie dla ciebie. Szynę sama sobie kupię moja pensja wystarcza na wszystko, gdy nie dopłacam do twoich zachcianek.
Ale co ze mną? Zginę. Nie wiem jak włączyć pralkę, ona ma tyle przycisków…
Instrukcję znajdziesz w internecie. Albo zatrudnij sprzątaczkę. Ustępuję ze stanowiska twojej żony. Bez odprawy.
Wyciągnęłam rękaw z jego dłoni i poszłam na metro. Z wyprostowaną głową.
Wiktor długo stał na chodniku, trzymając smętne goździki. Wspominał kolację, schab, przytulne światło lampki i sałatkę ściekającą na spodnie.
Wariatka wymamrotał niepewnie. Ale chyba, to ja jestem głupi…
Gdy wrócił do pustego, śmierdzącego mieszkania, gdzie w zlewie gniła sterta naczyń, poczuł się jak idiota. Wykręcił numer Gieni.
Gienia, mogę wpaść na domową kolację?
Sorry, stary Gieniek zabrzmiał zmęczony. Pokłóciłem się z Marysią. Powiedziałem jej, iż mogłaby czasem pierogi ulepić a ona awantura, iż ją w kucharkę zamieniam. Stwierdziła: Ola gotowała i jak się skończyło? Sałatką na spodniach. Ja nie chcę takich numerów. Ja też mam kaszki z paczki.
Wiktor rozłączył się i spojrzał na plamę na dywanie. Miała kształt serca. Rozbitego, brudnego, buraczanego serca.
Minęło pół roku.
Rozwód przeszedł cicho. Dzieci, dorosłe, najpierw próbowały pogodzić nas, ale widząc radosną matkę i wiecznie marudzącego ojca, zostały po mojej stronie.
Wiktor nigdy nie nauczył się dobrze gotować. Schudł, poszarzał. Koszule musiał prasować w pralni drogo, ale nie miał wyjścia. Próbował spotykać się z kobietami, ale żadna nie była taka. Jedna nie umiała usmażyć mielonych, druga chciała tylko restauracje, trzecia od razu pytała o wysokość pensji i kręciła nosem.
A ja? Czterdzieste dziewiąte urodziny spędziłam w małym, przytulnym bistro z przyjaciółkami. Nowa sukienka, nowa fryzura.
Ola, żałujesz? pytała koleżanka. Tyle lat razem.
Żałuję, powiedziałam szczerze. Żałuję, iż nie wywaliłam mu tej sałatki na głowę wcześniej. Dziesięć lat spóźniłam się z decyzją by być sobą.
Patrzyłam w okno. Na wiosennej ulicy szły pary. Szczęśliwe i niekoniecznie. Ale wiedziałam już dokładnie: moje szczęście zależy od tego, jak cienko pokroję szynkę tylko dla siebie. Nigdy więcej dbałości o komplementy, które nie mają żadnego znaczenia. Moje szczęście jest w moich rękach. A te ręce już nie pachną cebulą, tylko luksusowym kremem.
A sałatkę? Teraz kupuję ją w delikatesach. Tylko wtedy, kiedy naprawdę mam na nią ochotę.
