Znowu wyciągnęłaś ten serwis? Przecież prosiłem o ten z złotym rantem, który mama dała nam na rocznicę. Wygląda bardziej dostojnie skrzywił się Janusz, patrząc na talerz, który właśnie postawiła mu Danuta, rozścielając białą serwetę.
Danuta na chwilę znieruchomiała z pęczkiem pietruszki w ręku. Miała ochotę odpowiedzieć ostro, powiedzieć, iż ten serwis z złotym rantem nie nadaje się do zmywarki, a stać przy zlewie o pierwszej w nocy po przyjęciu absolutnie jej się nie chce. Ale się powstrzymała. Dziś były urodziny Janusza, pięćdziesiątka nie chciała psuć humoru od początku wieczoru.
Janku, tamten serwis jest na dwanaście osób, a nas tylko czworo. Poza tym te talerze są głębsze, do pieczeni idealne powiedziała spokojnie, dekorując galaretę gałązkami zieleniny. Ty lepiej sprawdź, czy wódka się schłodziła. Wojtek z Grażyną powinni być lada moment.
Janusz mruknął coś pod nosem i ruszył do lodówki. Danuta popatrzyła za nim i westchnęła ciężko. Ostatni tydzień żyła w trybie muszę zdążyć ze wszystkim. Praca księgowej pochłaniała sporo sił, koniec kwartału, sprawozdania, a tutaj jeszcze organizacja jubileuszu. Janusz kategorycznie nie zgadzał się na imprezę w restauracji nikt nie gotuje lepiej od ciebie, Danka, po co płacić za szpan.
Miło, gdy mąż chwali twoje pichcenie, tylko pod tymi pochwałami kryła się zwykła oszczędność i niechęć patrzenia na ceny w menu. Danuta trzy wieczory z rzędu marynowała mięso, gotowała warzywa, piekła blaty do napoleonki i robiła roladki z bakłażana ulubione danie Janusza. Miała obolałe nogi, bolące plecy; na manicure czasu zabrakło musiała pomalować paznokcie bezbarwnym lakierem.
Dzwonek do drzwi sprawił, iż zadrżała.
Idę! krzyknął Janusz, od razu zmieniając wyraz twarzy na przyjazny.
Do przedpokoju wpłynęła Grażyna. Właśnie wpłynęła, nie da się inaczej powiedzieć. Żona Wojtka, najlepszego kumpla Janusza, zawsze wyglądała jak z okładki magazynu. Szczupła, zadbana, w klasycznej beżowej sukience leżącej jak ulał. W ręku niosła torebkę z ekskluzywnego butiku. Za nią szedł Wojtek, objuczony torbami z prezentami i butelkami.
Danko, kochana! Grażyna ucałowała Danutę, rozsiewając zapach luksusowych perfum. Ale tu pachnie! Ty znowu wyczarowałaś coś niesamowitego w kuchni? Ja bym nie dała rady. Od razu mówiłam Wojtkowi: chcesz święto zabierz mnie do restauracji. Do garów nie podchodzę, mam świeży lakier.
Danuta odruchowo schowała dłonie za plecy.
Cóż, ktoś musi dbać o domową atmosferę uśmiechnęła się, przejmując płaszcz gościa. Zapraszam, wszystko już czeka na stole.
Biesiada zaczęła się typowo. Toasty za zdrowie jubilata, oglądanie prezentów (Wojtek podarował Januszowi wypasiony spinning, o którym marzył pół roku), śmiechy i żarty. Danuta latała między kuchnią a salonem, zmieniała talerze, podawała zakąski, pilnowała, by kieliszki były pełne. Sama zjadła tylko łyżkę sałatki i kawałek sera.
Janusz, podgrzany pierwszym kieliszkiem, rozluźnił się. Oparł się na krześle i z podziwem spojrzał na Grażynę, która delikatnie widelcem dzieliła kawałek ryby.
Grażyno, wyglądasz jak zawsze świetnie powiedział głośno. Patrzę na ciebie i myślę: czary jakieś! Jesz, a nie tyjesz. Sukienka ekstra! Widać, iż kobieta o siebie dba.
Grażyna zalotnie poprawiła kosmyk.
Oj, Jasiu, co też gadasz! To kwestia dyscypliny. Siłownia trzy razy w tygodniu, żadnych węgli po szóstej. Oczywiście pielęgnacja. Mam taki krem, coś niesamowitego.
No właśnie! Janusz podniósł palec, jakby ogłaszał prawdę absolutną. Dyscyplina! Słyszysz, Danka? Dyscyplina! A ty wciąż zmęczona, nie mam czasu. Grażyna też pracuje, a wygląda jak nastolatka.
Danuta właśnie stawiała na stół wielką pieczeń. Była główną księgową w dużej firmie, prowadziła dom, jeździła na działkę i jeszcze pomagała wnuczkom, gdy córka przywoziła je na weekend. Grażyna pracowała jako recepcjonistka w salonie piękności, raz na dwa dni, a bez dzieci.
Jasiu, nie porównujmy powiedziała łagodnie Danuta, nie chcąc rozdmuchiwać konfliktu. Każda z nas żyje inaczej. Spróbuj tej pieczeni, jest z nowym dodatkiem, ze śliwkami.
Ale Janusz już był w swoim żywiole. Alkohol rozwiązał mu język i głupie męskie przechwałki poleciały.
Pieczeń jak pieczeń. Ale estetyka się liczy… Wojtuś, masz szczęście. Wracasz do żony, a tam nie kucharka w fartuchu, tylko wróżka. Miło popatrzeć. A u mnie? Ciągle te garnki, zapach cebuli. Mówię: idź na siłownię, zapisz się na fitness. Odpowiedź: plecy bolą, ciśnienie. Wymówki. Lenistwo, czysta sprawa.
Wojtek wyczuł napięcie, próbował przenieść temat:
Daj spokój, Jasiu, twoja Danusia to skarb. Takie mięso palce lizać. Moja Grażynka nie umie gotować, jadamy gotowce albo zamawiamy.
No właśnie! podłapała Grażyna, chcąc stłumić konflikt, ale wyszło trochę gorzej. Ja nie lubię gotować, to prawda. Ale zawsze znajdę czas dla siebie. Mężczyzna kocha oczami, prawda, Jasiu?
Janusz rozmarzył się, patrząc na żonę przyjaciela:
Święte słowa! Kochać oczami! A tutaj… rzucił pogardliwe spojrzenie na Danutę, siedzącą naprzeciw niego z wypracowanymi dłońmi na kolanach. Danka, niby sukienka jest, włosy zrobione, a wyglądasz… jakoś smutno. Staromodnie, rozumiesz? U Grażynki oczy się śmieją, życie bije. U ciebie tylko paragony z Biedronki.
Zapanowała paraliżująca cisza. Wojtek patrzył w talerz, Grażyna bawiła się serwetką. Danuta poczuła, jakby dostała w twarz. Przypomniała sobie, jak wczoraj Janusz marudził, iż nie ma czystych koszul, a ona do pierwszej w nocy prasowała mu tę błękitną, w której teraz obrzuca ją obelgami. Przypomniała, jak odmawiała sobie kosmetyczki, żeby dorzucić się do prezentu.
Jasiu, dosyć odezwała się cicho, ale stanowczo. Przesadziłeś.
Wcale nie! warknął. Mówię, jak jest! Prawdziwego przyjaciela poznasz w biedzie, a żonę w porównaniu. Porównuję i porównanie na niekorzyść! Czemu Wojtek może się chwalić żoną, a ja mam wstyd? W lustrze się widziałaś? Rozlazłaś się, zmarszczki Przecież jesteście równolatkami!
Nie jesteśmy, Jasiu odparła chłodno Danuta. Grażyna ma trzydzieści osiem, ja mam czterdzieści osiem. I nie dźwiga siatek z zakupami na czwarte piętro, gdy winda zepsuta, bo ty leżysz na kanapie.
O, zaczyna się! teatralnie przewrócił oczami. Ja pracuję! Kasę do domu przynoszę! Chcę mieć żonę na poziomie, a nie kwokę. Umiem robić tylko sałatki. choćby sałatki nie potrafisz zrobić jak należy. U Grażynki na Sylwestra jadłem lekka, puszysta. U ciebie majonezowa breja. Tak jak ty.
To była ostatnia kropla. W Danucie coś pękło. To wieczne tłumienie gniewu, na którym trzymał się ich związek przez dwadzieścia pięć lat, nagle zniknęło, zostawiając pustkę i chłodny gniew.
Stanęła powoli. Janusz nie zwrócił uwagi, dalej trajkotał do Wojtka:
No powiedz, nie mam racji? Kobieta powinna zachwycać! A tu nuda. Fartuch, kapcie, rosół
Danuta podniosła duże naczynie z sałatką warstwową tradycyjną śledź pod pierzynką. Świeża, przełożona majonezem, dekorowana buraczkami. Półtora kilo, nie mniej.
Obeszła stół, stanęła obok Janusza. Zamilkł i spojrzał pytająco.
Co, zabrakło soli? Czy może żałowałam majonezu?
Nie, Jasiu powiedziała spokojnie, nic jej nie drżało w głosie. Wszystkiego wystarczy. I myślę, iż masz rację. Tylko sałatki umiem. Skoro tak ci brakuje estetyki ten jest ci najbardziej potrzebny.
Odwróciła miskę.
Czas zwolnił. Wojtek otworzył usta w niemej reakcji, Grażyna tylko wydała cichy okrzyk. Buraczano-różowa masa, mokra od majonezu, w pełni zanurkowała na kolanach Janusza. Prosto na nowe, jasne spodnie, kupione specjalnie na jubileusz.
*Chlup.*
Dźwięk był aż soczysty. Majonez rozlał się po nogawkach, buraczki wsiąkały w tkaninę, kawałki śledzia dopełniły dzieła.
Przez chwilę w mieszkaniu panowała tak ciężka cisza, iż słychać było tylko krople majonezu. Janusz nie wierzył własnym oczom, buraczany sok rozłaził się po spodniach jak szalony obraz.
Ty co zrobiłaś?! ryknął, wstając. Sałatka rozpadła się na dywan, buty, kafle. Zwariowałaś? To nowe spodnie! Jesteś całą wariatką!
Danuta postawiła pustą miskę na stole.
Ale za to smacznie, Jasiu. I pożywnie. Wszystko bez chemii, zrobione manualnie.
Ja ci pokażę! Janusz się zamachnął, ale Wojtek doskoczył i złapał go za rękę.
Spokój, Jasiu! Sam sobie nawarzyłeś!
Ja?! Janusz wrzeszczał, potrząsając upapranymi spodniami. Ja powiedziałem prawdę, a ona mi żarcie na spodnie rzuciła! Posprzątaj! Zaraz!
Grażyna, blada jak ściana, przysunęła się do oparcia krzesła. Atmosfera legła w gruzach.
Danuta spojrzała na męża z największą odrazą, jakby patrzyła na robaka.
Posprzątasz sobie sam odburknęła. Albo wezwij sprzątaczki. Ty przecież zarabiasz, statusowy facet. Ja idę się sobą zająć mówiłeś: inspiracja, nie?
Wyszła z salonu. W przedpokoju założyła płaszcz, wzięła torebkę. Z salonu dobiegały krzyki Janusza i uspokajający głos Wojtka.
Danka, gdzie idziesz? Grażyna wybiegła za nią, przerażona. Nie odchodź, on jest pijany, nie chciał
Chciał, Grażynko Danuta spojrzała na rywalkę z dziwną łagodnością. On zawsze tak myślał, tylko milczał. Dziękuję ci otworzyłaś mi oczy.
Danuta wyszła w chłodny, jesienny wieczór. Nie miała dokąd pójść, w tym domu zostać nie mogła. Usiadła na ławce przy wejściu, wyjęła telefon i zamówiła taxi. Do mamy pomyślała. Mama nie żyła od dwóch lat, mieszkanie wciąż stało puste, Danuta nie mogła się zdecydować oddać je w wynajem. Teraz się przydało.
Janusz wydzwaniał do niej przez godzinę najpierw, by się wydrzeć, potem, gdy nieco wytrzeźwiał. Danuta nie odbierała. Po drodze kupiła w Żabce małą butelkę wina i tabliczkę czekolady, dojechała do mieszkania po mamie pachniało książkami, kurzem i ciszą. Po raz pierwszy od niepamiętnych lat poleżała na kanapie, nie myśląc o praniu czy jutrzejszym obiedzie.
Kolejne dwa tygodnie były dla Janusza piekłem.
Danuta nie wróciła na drugi dzień. Ni na trzeci. Mieszkała u mamy, chodziła do pracy, po godzinach zapisała się na masaż, od dawna na niego szkoda jej było pieniędzy.
Janusz został sam okazało się, iż jedzenie nie pojawia się w lodówce samo, a skarpetki nie przeskakują do pralki i z powrotem poskładane do szuflady.
Pierwsze trzy dni był hardy. Jadł pierogi, chodził w dżinsach (spodni nie sposób doprać, a pralnia nie dawała gwarancji). Odgrażał się Wojtkowi przez telefon, iż Danuta to wariatka i złośnica.
Wróci przechwalał się. Przebierze, wróci. Komu ona potrzebna po pięćdziesiątce? Pobuja się i wróci. Może i wybaczę.
Ale czwartego dnia skończyły się czyste koszule. Janusz nie umiał prasować i nie cierpiał tego. Piątego dnia od pierogów miał bóle brzucha. Szóstego zabrakło papieru toaletowego.
Mieszkanie zaczęło tonąć w brudzie. Plama po sałatce na dywanie zaczęła cuchnąć majonezem i śledziem. Urok domowego ciepła, który dla niego był czymś oczywistym, znikał w oczach.
A Danuta rozkwitła. Nie musiała dźwigać siat z zakupami, bo gotowała tylko dla siebie, jadała mniej. Spała spokojniej. W pracy koleżanki zauważyły zmianę.
Pani Danuto, zakochała się pani? żartowały księgowe.
Zakochałam, dziewczyny odpowiadała. W sobie. Wreszcie w sobie.
Po dwóch tygodniach Janusz czekał na nią pod biurem. Wyglądał żałośnie: pognieciona koszula, kilkudniowy zarost, oczy jak u zbitego psa. Trzymał głupi bukiet trzech goździków.
Danka zaczynał niepewnie.
Danuta zatrzymała się przed nim, spokojna i obojętna.
Czego chcesz, Janko?
Danka, skończ już te żarty. Wracaj do domu. Tam kwiatki trzeba podlać. I kot tęskni.
Kota nie mieli.
Nie wrócę powiedziała zwyczajnie. Złożyłam pozew o rozwód. niedługo przyjdzie wezwanie.
Janusz opadł z wrażenia.
Rozwód?! Oszalałaś? Przez sałatkę? Przez kilka zdań? Przecież byliśmy razem ćwierć wieku!
Właśnie. Przez dwadzieścia pięć lat byłam funkcją: kucharką, praczka, sprzątaczką. Człowiekiem być nie zdołałam. Chciałeś wróżki, Janko? To sobie znajdź. Grażynę może? Chociaż, nie, Wojtek cię udusi. Poszukaj innej. Takiej, co tylko pachnie i nic nie robi. Tylko pamiętaj: wróżki nie myją kibla i nie gotują rosołu.
Danka, wybacz! wybuchnął, łapiąc ją za rękaw. Ludzie odwracali się na ulicy. Głupi byłem, naprawdę! Może kupię ci futro? Albo ten… karnet na fitness, jak chciałaś?
Danuta zaśmiała się gorzko i radośnie jednocześnie.
Na fitness? Żeby przypominać Grażynę i żeby ci nie było wstyd pokazać się ze mną? Nie, Jasiu. Już chodzę dla siebie. Futro kupię sobie sama. Mojej pensji wystarcza na więcej, gdy nie wydaję na twoje zachcianki, na drogie spinningi i smaczki dla twoich kumpli.
Ale co ze mną? wydukał. Przepadnę. choćby pralki nie umiem włączyć, tyle guzików
Instrukcja jest w internecie, Jasiu. Albo zatrudnij pomoc domową. Rezygnuję ze stanowiska żony. Bez odprawy.
Wyciągnęła rękaw z jego dłoni i ruszyła w stronę metra. Prosta, wyprostowana.
Janusz długo stał na chodniku ze zwiędłymi goździkami. Przypominał sobie tamten wieczór, smak pieczeni, ciepłe światło lampy i moment, gdy sałatka zsuwała się na jego nogę.
Wariatka szepnął, niezbyt przekonany. Ale jaka
Wracając do pustego, cuchnącego mieszkania, gdzie w zlewie piętrzyły się brudne talerze z resztkami, poczuł się głupcem. Wykręcił numer Wojtka.
Wojtek, mam pytanie: mogę wpaść, coś domowego zjeść?
Sorry, brat Wojtek był sztywny. Pokłóciłem się z Grażyną. Powiedziałem jej, żeby chociaż raz ugotowała pierogi, to się oburzyła: Chcesz kucharkę? Widzisz u Janka, jak kończy, sałatka na spodniach. Ja nie zamierzam. Jadę dzisiaj Doshiraki.
Janusz rzucił telefonem i popatrzył na plamę na dywanie przypominała serce. Połamane, brudne, buraczane serce.
Minęło pół roku.
Danuta i Janusz rozwiedli się po cichu. Dzieci już dorosłe początkowo próbowały godzić rodziców, ale widząc szczęśliwą matkę i wiecznie narzekającego ojca, opowiedziały się za matką.
Janusz nigdy nie nauczył się gotować. Schudł, poszarzał, nosił koszule prasowane w pralni drogo, ale nie miał wyjścia. Próbował chodzić na randki, ale każda kobieta wydawała mu się nie taka: jedna nie umiała smażyć kotletów, druga codziennie chciała restauracji, trzecia od razu pytała o zarobki i kręciła nosem.
A Danuta obchodziła czterdzieste dziewiąte urodziny w przytulnej, małej kawiarni z koleżankami. Miała nową sukienkę, nową fryzurę.
Danka, żałujesz? spytała przyjaciółka. Tyle lat razem.
Danuta zamieszała łyżeczką kawę i uśmiechnęła się:
Tak, żałuję. Żałuję, iż nie wylałam mu tej sałatki na głowę już dziesięć lat temu. Ile czasu zmarnowałam, próbując być idealna dla kogoś, kto nigdy tego nie docenił.
Wyjrzała przez okno na wiosenną ulicę pełną par, szczęśliwych i smutnych. Ale wiedziała na pewno: jej szczęście już nie zależy od tego, jak cienko pokroi szynkę czy ile komplementów zbierze cudza żona. Jej szczęście jest w jej rękach. A te ręce nie pachną już cebulą. Pachną wolnością i dobrym kremem.
A sałatkę sałatkę kupuje w garmażerii. Trochę. Tylko wtedy, gdy sama ma ochotę.











