Pamiętam jeszcze czasy, gdy toczyliśmy długie rozmowy o starym mieszkaniu po cioci mojego męża, które on odziedziczył. Było niewielkie, ale znajdowało się w samym sercu Krakowa dawniej wielkie szczęście, dziś raczej kłopot do rozstrzygnięcia. Nasza rodzina liczyła wtedy pięcioro: ja, mój mąż Andrzej, nasza najstarsza córka Jadwiga, dwunastoletni syn Szymon i najmłodszy, pięcioletni Staś. Mieszkaliśmy wszyscy na warszawskim Mokotowie, w dużym, wygodnym mieszkaniu, gdzie każdy miał swój kąt, brakowało nam tylko troski o przyszłość dzieci.
Z moim Andrzejem wielokrotnie spieraliśmy się o przyszłość tej krakowskiej kawalerki, którą dostał po zmarłej ciotce Zofii. Ja byłam przekonana, iż mieszkanie powinno przypaść Jadwidze jest już niemal dorosła, studiowała wtedy filozofię i marzyła o samodzielności. Jednak Andrzej uważał, iż byłoby to nieuczciwe wobec Szymona i Stasia, iż przecież każde z dzieci powinno otrzymać coś od nas. Proponował sprzedaż mieszkania, a środki jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy złotych podzielić po równo i odłożyć na ich przyszłość. Ja nie byłam przekonana do tej inicjatywy, bo przecież za taką sumę żadne z nich nie zdoła kupić swojego kąta, a pieniądze mogłyby zostać przehulane.
Wyobrażałam sobie, iż lepiej byłoby przekazać mieszkanie Jadwidze przecież lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, jak mawiano w mojej rodzinie chociaż jeden z naszych dzieci miałby zapewniony start w dorosłe życie. Synowie póki co byli jeszcze za mali, by potrzebować własnego lokum, a może kiedy dorosną, uda się wymyślić dla nich podobne rozwiązanie, albo wykorzystać wsparcie rodziny.
Andrzej jednak upierał się, iż przekazanie mieszkania Jadwidze poróżni rodzeństwo na lata, iż Szymon i Staś będą jej to wypominać, iż dom rodzinny stanie się miejscem konfliktów. Ja natomiast sądziłam, iż jeszcze wiele się może wydarzyć, iż synowie, którzy kilka wtedy rozumieli z rodzinnych spraw, z czasem pojmą nasze intencje i nie będą mieli żalu. Nie chcieliśmy z Andrzejem narzucać dzieciom żadnej decyzji, sami musieliśmy to dobrze przemyśleć.
Do tego dochodził fakt, iż mieszkanie cioci nie nadawało się do zamieszkania bez gruntownego remontu, na który nie mieliśmy pieniędzy. O tym też rozmyślaliśmy wieczorami, patrząc jak Jadwiga wraca na weekend z uczelni i marzy o własnym kącie.
Teraz, z perspektywy lat, wciąż pytam siebie czy powinnam była się upierać, czy lepiej było posłuchać Andrzeja? Może gdzieś pośród czytelników znajdzie się ktoś, kto spojrzy na sprawę z innej strony i wskaże rozwiązanie, które nam nie przyszło do głowy. Czasami rodzina staje przed wyborami trudniejszymi niż się spodziewa, a odpowiedzi pozostają nieoczywiste, ukryte w codziennych rozmowach i refleksjach.








