Ciocia mojego męża zapisała mu w testamencie kawalerkę w samym sercu Krakowa. Mieszkanie jest niewielkie, ale położone w bardzo dogodnej lokalizacji. Mamy z mężem trójkę dzieci. Najstarsza córka, Milena, ma już dziewiętnaście lat i studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Syn, Stanisław, ma dwanaście lat, a najmłodszy, Michał, dopiero pięć. Mieszkamy całą rodziną w dużym mieszkaniu z trzema sypialniami na Prądniku, więc póki co wszystkim wystarcza miejsca.
Ostatnio mocno posprzeczaliśmy się z mężem w sprawie tej kawalerki po cioci. Zaproponowałam, by oddać ją Milenie w końcu to dorosła dziewczyna, niedługo może zechcieć założyć własną rodzinę, a własne lokum byłoby dla niej idealne na start. Mąż stanowczo się sprzeciwił, uważa to za niesprawiedliwe wobec chłopców i chce sprzedać mieszkanie, a uzyskane środki około 330 tysięcy złotych podzielić równo między trójkę dzieci. Ja jednak uważam, iż to kiepski pomysł, bo za taką kwotę żadne z nich nie będzie mogło w przyszłości kupić mieszkania, choćby w mniejszych miastach.
Mąż obstaje, iż taki podział majątku to jedyne uczciwe wyjście i iż pieniądze trafiają na konta dzieci, gdy dorosną. Tymczasem Milena mogłaby ostatecznie kupić za taką sumę co najwyżej nieduży samochód lub wybrać się w daleką podróż. Ja natomiast kieruję się przysłowiem: Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, bo przynajmniej jedno z naszych dzieci miałoby zapewniony dach nad głową, a gdy synowie podrosną, być może uda się rozwiązać jakoś także ich mieszkaniowe cele.
Mój mąż twierdzi, iż przydzielenie kawalerki wyłącznie córce nieuchronnie zepsuje relacje rodzeństwa i wprowadzi niezgodę, ja zaś sądzę, iż chłopcy jeszcze nie rozumieją, o co chodzi i zanim dorosną, znajdziemy jeszcze sposób, by zadbać o ich przyszłość.
Nie poruszaliśmy jeszcze tej kwestii z Mileną uznaliśmy, iż najpierw sami wszystko przemyślimy, zwłaszcza iż mieszkanie po cioci wymaga dużego remontu i w obecnym stanie nie nadaje się do zamieszkania, a nasz rodzinny budżet nie przewiduje takiego wydatku w najbliższym czasie.
Zastanawiam się codziennie, kto z nas ma rację ja czy mój mąż? Powinnam upierać się przy swoim, a może rozsądniej dać się przekonać? Może pozostało trzecie wyjście, którego żadne z nas nie dostrzega? Takie rodzinne spory uświadamiają mi jedno: najważniejsze to umieć się ze sobą szczerze porozumieć. Bo każda decyzja podjęta w trosce o siebie nawzajem i z myślą o przyszłości dzieci będzie najbliższa temu, co naprawdę liczy się w rodzinie.







