Mąż cenniejszy niż gorzkie żale – czyli jak Igor, choć kolana ścierał na przebaczenie, zniszczył nas…

polregion.pl 3 dni temu

MÓJ MĄŻ CENNIEJSZY NIŻ GORZKIE URAZY

Grzegorz, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Możesz nie klękać, jak masz w zwyczaju, to nic nie pomoże! powiedziałam z ogromną stanowczością, stawiając grubą kreskę pod naszym małżeństwem.

Grzegorz oczywiście nie wierzył. Był przekonany, iż wszystko potoczy się jak zawsze: uklęknie, przeprosi, kupi kolejny pierścionek i znów mu wybaczę. Tak było już nie raz. Tym razem jednak byłam zdeterminowana, by zakończyć ten związek. Miałam już całą dłonią, aż po najmniejszy palec, usianą pierścionkami, a życia w tym nie było. Grzegorz od dawna zaglądał do kieliszka i coraz dalej odpływał.

A zaczęło się przecież tak romantycznie.

Mój pierwszy mąż, Mirek, zaginął bez wieści. To były lata dziewięćdziesiąte, czasy, gdy aż strach było żyć. Mirek nie należał do najłatwiejszych ludzi. Często sam pchał się w kłopoty, jak to się mówi: oczy orła, skrzydła komara. Kiedy coś było nie po jego myśli, zaczynał wieczną awanturę. Jestem przekonana, iż został zamieszany w jakieś szemrane sprawy. Nie miałam od niego żadnych wieści. Zostałam sama z dwoma córkami Justyna miała pięć lat, Marysia dwa. Pięć lat minęło od jego tajemniczego zniknięcia.

Myślałam, iż zwariuję. Bardzo kochałam Mirka, mimo jego trudnego charakteru. Byliśmy jednością połączonymi duszami. Uznałam, iż życie się dla mnie skończyło, będę tylko wychowywać dziewczynki. Postawiłam na sobie krzyżyk. Jednak los postanowił inaczej…

W tamtych trudnych czasach nie było mi łatwo. Pracowałam w fabryce, zarabiając… żelazkami. Żeby kupić jedzenie, musiałam je sprzedawać na rynku. W weekendy stałam więc na mrozie. Pewnej zimy, gdy już zsiniałam z zimna, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.

Marznie Pani? zagadnął nieśmiało nieznajomy.

Skąd Pan to wie? próbowałam żartować, ale szczękałam zębami. Jednak jego obecność od razu rozgrzała mi duszę.

Trochę niezręcznie wyszło. Może ogrzejemy się w jakiejś kawiarni? Pomogę też zanieść te żelazka.

Chętnie, bo zaraz tu zamarznę wydusiłam z siebie.

Nie poszliśmy do kawiarni. Zaciągnęłam go pod dom, kazałam poczekać przy wejściu, by popilnował torby z żelazkami. Musiałam odebrać córki z przedszkola. gwałtownie pobiegłam, nogi miałam skostniałe, ale w sercu nagle zrobiło się cieplej. Wracając z dziewczynkami, już z daleka widziałam Grzegorza (bo tak się przedstawił). Przechadzał się nerwowo i palił papierosa. Pomyślałam: Zaproponuję mu herbatę, a co będzie dalej zobaczymy!

Grzegorz pomógł mi wnieść torbę na szóste piętro. Oczywiście winda nie działała. Kiedy z córkami doszłam na trzecie piętro, Grzegorz już schodził na dół.

Zaczekaj, mój wybawco! Nie wypuszczę cię, póki nie napijesz się ze mną herbaty! złapałam go zziębniętą ręką za rękaw kurtki.

Nie wiem, może przeszkadzam? patrzył niepewnie na dzieci.

Skądże! Weź dziewczynki za ręce, ja biegnę nastawić czajnik powiedziałam bez zastanowienia.

Nie chciałam stracić tego mężczyzny. Już wtedy stał się dla mnie kimś bliskim. Podczas rozmów przy herbacie Grzegorz zaproponował mi pracę jako pomocnicy u siebie. Zaoferował mi większą płacę w złotówkach niż żelazek przez cały rok.

Oczywiście zgodziłam się z wdzięcznością. Aż chciało się całować go za taką propozycję…

Grzegorz był żonaty po raz drugi, ale akurat przechodził przez rozwód. Z pierwszego małżeństwa miał syna.

I tak to się zaczęło…

Wkrótce pobraliśmy się. Grzegorz adoptował moje dziewczynki. Życie było piękne jak w bajce. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, urządziliśmy je luksusowo, potem wybudowaliśmy działkę. Każde wakacje spędzaliśmy nad morzem. Raj, po prostu rozkosz…

Tak minęło siedem lat błogiego szczęścia. Najwyraźniej Grzegorz, osiągnąwszy wszystko, zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka. Na początku machałam na to ręką. Rozumiałam, iż ciężko pracuje, musi się jakoś odstresować. Ale gdy zaczął pić coraz więcej choćby w pracy, zrobiłam się czujna. Prośby nie pomagały.

Przyznam, iż jestem urodzoną ryzykantką. Chciałam odciągnąć go od picia i wymyśliłam, żeby… urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Koleżanki nie były zaskoczone.

Dawaj Kasia, może i my zdecydujemy się zostać mamami po czterdziestce śmiały się.

A ja zawsze powtarzałam:

jeżeli usuniesz dziecko, później możesz bardzo żałować. jeżeli urodzisz, choćby jeżeli nieplanowane, nigdy nie będziesz tego żałować.

Urodziły się nam bliźniaczki. Teraz wychowywaliśmy cztery córki! Grzegorz nie przestał pić. Znosiłam to, znosiłam, aż zapragnęłam natury, gospodarstwa, zwierząt. Dla dzieci zdrowiej, mąż nie będzie miał czasu w alkohol.

Sprzedaliśmy mieszkanie i działkę. Kupiliśmy dom w miasteczku. Otworzyliśmy elegancką kawiarnię. Grzegorz został zapalonym myśliwym. Kupił broń, akcesoria, w okolicy było mnóstwo zwierzyny.

Wszystko wydawało się prawie w porządku, dopóki Grzegorz nie upił się znowu. Nie wiem co wtedy pił, ale zamienił się w potwora! Rozniósł całą zastawę, meble, a w końcu chwycił za strzelbę i wystrzelił w sufit!

Uciekłam z dziećmi schronić się do sąsiadów. To był koszmar.

Rano wszystko ucichło. Skradając się, wróciliśmy do domu. Widok był dramatyczny. Szkoda, iż dzieci musiały to zobaczyć wszystko rozbite i połamane. Nie było na czym siedzieć, z czego jeść, ani gdzie spać. Grzegorz spał na podłodze jak nieżywy.

Zebrałam, co się dało, i z dziewczynkami pomaszerowałyśmy do mamy. Mieszkała niedaleko, w tym samym miasteczku. Mama lamentowała:

Ojej, Kasiu, co mam zrobić z tą twoją gromadką? Wróć do męża. Różne rzeczy się w rodzinie dzieją, przeminie i będzie dobrze.

Mama zawsze powtarzała, iż lepiej mieć męża i trzymać zęby w spódnicy, byle był ładny mąż.

Po dwóch dniach przyszedł Grzegorz. Wtedy postawiłam kropkę nad i. Zresztą, Grzegorz niczego nie pamiętał. Nie wierzył w moje historyjki. Ale mnie było już wszystko jedno. Spaliłam mosty.

Nie wiedziałam, jak będziemy żyć dalej, ale stwierdziłam, iż lepiej biedować, ale żyć, niż umrzeć z rąk pijanego męża w amoku.

Kawiarnię sprzedałam za grosze, bo chciałam jak najszybciej z dziećmi wyjechać. Zamieszkałyśmy w pobliskiej wiosce, w maleńkim domku.

Starsze córki poszły do pracy. Potem, dzięki Bogu, udało im się szczęśliwie wyjść za mąż.

Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Grzegorza i utrzymywały z nim kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u niego słychać. Przez nie błagał mnie, bym wróciła. Dziewczynki też nalegały Mamo, przestań się boczyć! Tata sto razy przepraszał! Pomyśl o sobie, już nie masz dwudziestu pięciu lat… Ale byłam nieugięta. Marzyłam o spokojnym życiu, bez dramatów.

Minęły dwa lata.

Zaczęło mi brakować Grzegorza. Samotność bolała. Wszystkie pierścionki podarowane przez męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało się ich odzyskać. Żal mi ich było. Wspominałam dawne życie. W naszym domu była miłość. Grzegorz kochał wszystkie córki, żałował mnie i umiał przepraszać. Mieliśmy wzorową rodzinę. Każdy szuka szczęścia na swój sposób, nie da się wejść w cudze buty. Czego więcej pragnąć?

Starsze córki tylko dzwoniły, już nie przychodziły. Rozumiem, młodość rządzi się swoimi prawami. Jeszcze trochę, bliźniaczki też się wyfruną z gniazda, a ja zostanę sama, jak palec. Dziewczyny są jak gąski: jak wyrosną, rozejdą się po świecie.

Namówiłam bliźniaczki, żeby wypytały tatę, jak mu się wiedzie. Czy jakaś kobieta się znalazła? Dziewczynki wypytały wszystko. Okazało się, iż Grzegorz mieszka i pracuje w innym mieście. Nie pije ani kropli. Jest sam, bez żadnej kobiety. Zostawił dziewczynkom dokładny adres, tak na wszelki wypadek…

I tak już piąty rok jesteśmy razem.

Mówiłam przecież, iż jestem urodzoną ryzykantką…

Idź do oryginalnego materiału