Mąż cenniejszy niż gorycz krzywd — Igor, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nie musis…

twojacena.pl 20 godzin temu

MĄŻ WAŻNIEJSZY NIŻ GORZKIE ŻALE

Grzesiek, to już koniec! Mam dość, rozwodzimy się! choćby nie próbuj klękać, jak zawsze i tak nic nie wskórasz! postawiłam więc kropkę, i to taką porządną, na naszym małżeństwie.

Jak można się domyślić, Grzesiek potraktował to jak kolejny rozdział w naszej operze mydlanej: zaraz zacznie klękać, przepraszać, potem kupi jakieś kolczyki i sprawa zamieciona pod dywan. Zresztą już robiliśmy taki teatrzyk ze trzy razy. Ale teraz postanowiłam, iż naprawdę się rozstaniemy. Palce miałam już tak obłożone pierścionkami od tych przeprosin, iż salon jubilerski mógłby pozazdrościć, a życia jak nie było, tak nie ma. Grzesiek za to coraz lepiej dogadywał się z butelką.

A przecież wszystko zaczęło się romantycznie.

Mój pierwszy mąż, Franek, po prostu zniknął bez śladu. To było w latach 90., kiedy choćby pies bał się na ulicę wyjść. Franek miał charakter nie tyle trudny, co wybitnie awanturniczy. Sam wpychał się w kłopoty jak to się mówi, oczy sokole, a skrzydła komarze. Gdy coś szło nie po jego myśli, tańczył wokół problemu jak Taniec Góralski po pijaku. Jestem więc przekonana, iż Franek padł ofiarą jakiejś gangsterskiej rozgrywki. Żadnych wieści, żadnych listów. Zostałam sama z dwiema córkami: Zośką, lat pięć, i Malwiną, dwa. Pięć lat minęło, a po Franku choćby kapcia nie zostało.

Myślałam, iż oszaleję. Franek był trudny, ale bardzo go kochałam. Byliśmy jak dwa klucze od jednego zamka. Po jego zniknięciu postanowiłam koniec z facetami, zajmuję się córkami i tyle. Już zaczęłam zamawiać krzyż na swoje życie uczuciowe, kiedy…

No, nie było mi wtedy łatwo. Pracowałam w fabryce w Łodzi, zarabiałam prawie żelazkami. Dosłownie płacili mi żelazkami! Trzeba było to potem pogonić na rynku, żeby mieć na ziemniaki i bułki. W soboty stałam z torbą żelazek na Bałutach, stukałam zębami z zimna, a tu podchodzi obcy facet.

Zimno, pani? pyta grzecznie.
A jak pan zgadł? próbuję żartować, choć już szczęk nie czuję. Ale nagle zrobiło mi się tak ciepło, jakby ktoś centralne włączył.
Wiem, głupio zagaiłem. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę pani z tymi żelazkami…

Wie pan co, chodźmy. Inaczej wystawią mi nagrobek na rynku wymamrotałam już zgrabiałymi ustami.

O kawiarni można było pomarzyć sprowadziłam faceta (nazywał się Grzegorz) pod swoją klatkę, poprosiłam, żeby popilnował torby, a sama jeszcze śmignęłam po córki do przedszkola. Nogi miałam sztywne jak kij od szczotki, ale w sercu ciepło jak na Wigilię. Wróciłam z dziewczynkami i widzę Grzegorz pali papierosa, tupie z zimna.

Myślę: Zaproponuję mu herbatę, a co będzie dalej kto wie?

Grzesiek pomógł mi wnieść torbę na szóste piętro (windą? A skąd! W Łodzi windy są tylko w legendach). Kiedy wlazłam z dziewczynkami na trzecie piętro, Grzesiek już był w połowie drogi na dół.

Proszę zostać, panie bohaterze! Nie wypuszczę pana bez gorącej herbaty! łapię go za rękaw kurtki moją lodowatą łapą.

Nie wiem, może przeszkadzam? zerka na dzieci.

Ależ nie! Złap Zośkę, Malwinę za ręce, a ja już nastawiam czajnik rzuciłam beztrosko.

Nie chciałam go stracić. Już po pierwszej herbacie wiedziałam, iż jest swój. Przy herbacie Grzesiek zaproponował pracę jako asystentka. Wypłata lepsza niż sto żelazek miesięcznie.

Oczywiście od razu się zgodziłam. Najchętniej to bym mu ręce całowała za tę ofertę…

Grzesiek był już drugi raz żonaty i miał syna z pierwszego małżeństwa, ale był właśnie w rozwodowym maratonie.
No i się zaczęło

Wkrótce wzięliśmy ślub, Grzegorz adoptował moje dziewczynki. Życie, proszę państwa, jak w polskim disco cztery pokoje, nowe meble, sprzęt AGD jak z katalogu, potem domek letniskowy pod Łodzią. Co lato wyjazd nad Jezioro Rożnowskie, wczasy w stylu życie jak w Madrycie.

Przez siedem lat żyliśmy bez jednej chmurki. Ale, jak to w Polsce, jak za długo jest dobrze musi się coś posypać. Grzesiek przeszedł na ciemną stronę mocy coraz częściej zaglądał do kieliszka. Na początku przymykałam oko, bo kto w Polsce nie przepije stresu w pracy? Ale kiedy Grzesiek zaczął robić sobie wieczorki integracyjne w pracy i poza nią, zaczęły się schody. Perswazje, prośby, groźby nic nie pomagało.

A ja jestem typową polską ryzykantką. Żeby odciągnąć go od flaszki, postanowiłam… dać mu dziecko. Wtedy miałam już całe trzydzieści dziewięć lat. Moje koleżanki śmiały się, iż chyba też zrobią się młodymi mamami po czterdziestce.

Dajesz, Jagna, może i w nas tchniesz iskrę! chichotały Grażyny i Bożeny.

A ja zawsze powtarzałam:
Jak się pozbędziesz dziecka, będziesz potem gryźć łokcie i wylewać morze żalu. Ale urodzisz, i żadnej gorzkiej minuty nie pożałujesz.

Urodziły nam się bliźniaczki. Teraz mieliśmy cztery córki! Grzegorz mimo to nie rzucił flaszki. Znosiłam to, znosiłam, aż zachciało mi się życia bliżej natury żeby dzieci odetchnęły świeżym powietrzem, a Grzesiek zajął się czymś innym niż piciem.

Sprzedaliśmy mieszkanie i domek, kupiliśmy stary dom w małym miasteczku pod Łodzią. Otworzyliśmy całkiem fajną knajpę. Grzesiek nagle zapałał miłością do myślistwa strzelby, amunicja, ubrania maskujące. Okoliczny las był pełen zwierzyny.

Wszystko szło w miarę dobrze, dopóki Grzesiek znowu nie zalakierował się do nieprzytomności. Nie wiem, co wtedy wypił, ale zamienił się w dzikiego dzika tłukł naczynia, rozbijał meble, rzucił się choćby na nas. Wziął strzelbę i walnął w sufit!

Z dziećmi pognałam do sąsiadów, serce waliło mi po gardle. Horror jak w polskiej telenoweli.

Rano ucichło. Skradałyśmy się z dziećmi do domu widok jak po Sylwestrze: wszystko zbite, połamane, nie ma na czym siedzieć, z czego jeść, gdzie spać. Grzegorz spał jak nieżywy na podłodze.

Zebrałam, co się dało, i ruszyłam z dziewczynkami do mojej mamy, która mieszkała na sąsiedniej ulicy.

Ojej, Jagna, co ja zrobię z tą bandą twoich dziewczyn? Wracaj do męża. W rodzinie bywa różnie, przemiele się, i będzie spokój powtarzała mama, która wierzyła święcie, iż lepszy mąż pijak, niż żaden.

Po dwóch dniach wpadł skruszony Grzesiek. Wtedy postawiłam ostatnią kropkę. A Grzesiek nie pamietał nic choćby własnej szopki. Uznał, iż bajki opowiadam. Ale mnie już do niego nie ciągnęło. Spaliłam za sobą wszystkie mosty.

Jak żyć dalej nie miałam pojęcia. Ale wolałam być głodna niż nosić czarne okulary po nieporozumieniach małżeńskich.

Café musiałam sprzedać za grosze, bo chciałam jak najszybciej opuścić miasteczko. Wynajęłyśmy maleńki domek na wsi. Starsze córki gwałtownie załatwiły sobie pracę, a potem, dzięki Bogu, powychodziły za mąż.

Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczyny były przywiązane do Grześka i utrzymywały z nim kontakt. Byłam więc informowana z drugiej ręki o byłym mężu. Grzesiek błagał, żebym wróciła. Córki namawiały:

Mamo, odpuść, nie bądź taka uparta, tata sto razy przeprosił, zmienił się, nigdzie nie pije! Przecież młodsza już nie będziesz! przekonywały.

Nie ustąpiłam. Marzyłam tylko o spokoju, bez wybuchów i nagłych atrakcji losu.

Dwa lata minęły.

Coraz bardziej doskwierała mi samotność. Wszystkie pierścionki od Grześka zastały w lombardzie nie miałam już za co ich odkupić i było trochę żal. Zaczęłam wspominać stare czasy. W gruncie rzeczy, w naszym domu była miłość, Grzesiek kochał wszystkie moje córki jednakowo, miał skrupuły, umiał przepraszać. Z zewnątrz rodzina wzorowa, do podręcznika. A co mi jeszcze potrzeba?

Starsze córki dzwoniły coraz rzadziej, na odwiedziny nie miały czasu wiadomo, młodość rządzi się swoimi prawami. Jeszcze trochę, a bliźniaczki wyfruną z domu i zostanę sama jak palec. Dziewczyny jak gąski: opierzą się i lada chwila odlecą.

W końcu namówiłam bliźniaczki, żeby delikatnie wypytały Grześka, jak mu się żyje. Może jakaś Baśka już kręci się wokół? Dziewczyny wszystko wybadały: Grzegorz mieszka i pracuje w innym mieście, nie pije choćby kwasu chlebowego, nikogo nie ma, kawaler jak rycerz na białym koniu. Dla pewności zostawił adres…

No i jesteśmy razem piąty rok.
A mówiłam, iż mam duszę polskiej awanturniczkiCzasem zerkam na Grześka siwieje, brzuszek mu urósł, łysina się świeci, ale jak się śmieje, dalej ma ten sam psotny błysk w oku, co wtedy na Bałutach. Siedzimy wieczorami na starym tarasie, pijemy herbatę, ja łapię go za rękę i tak sobie myślę, iż to nie złote pierścionki są najważniejsze. Najważniejsze, iż gdy się wali i pali, wciąż potrafimy usiąść obok siebie i westchnąć: Może nie było łatwo, ale drugi raz zrobiłabym to samo.

A Grzesiek? Patrzy na mnie, nuci cicho coś po swojemu, a potem wyciąga z kieszeni jedno stare, pogięte kolczyki znalezione w szufladzie.

Jagna, może to nie brylanty, ale jeszcze raz przepraszam za wszystko. Zostań już do końca.

Słysząc to, śmieję się i ściskam mocniej jego rękę, bo wiem, iż gorzkie żale można wylać do ostatniej kropli, ale i tak najbardziej liczy się to, by ktoś był obok, kiedy życie nalewa nam kolejny kieliszek. I tak sobie myślę, patrząc na nasze dorosłe córki i wnuki rozkrzyczane w ogrodzie może nie wymazaliśmy dawnych błędów, ale daliśmy sobie nawzajem coś jeszcze cenniejszego: drugą szansę.

Bo choć nasze życie nie jest jak z filmu, to nie oddałabym mojej codzienności z Grześkiem za żadne hollywoodzkie i żyli długo i szczęśliwie. Lubimy zresztą powtarzać: Może nie zawsze szczęśliwie, ale razem i to się liczy.

Idź do oryginalnego materiału