Mąż bez zapowiedzi sprowadził do domu kolegów, więc spakowałam się i pojechałam na noc do hotelu, pł…

polregion.pl 5 dni temu

Daj spokój, Elżbieta, nie przesadzaj! No, przyszli chłopaki, żeby mecz obejrzeć, co w tym złego? Sto lat się nie widzieliśmy, jeszcze ze szkoły. Lepsza byś była, jakbyś pokroiła ogórki i tą kiełbasę, co na święta braliśmy. Bo piwo jest, a czym zagryźć, to prawie nie ma głos męża z salonu zagłuszał szum komentatora i gromki śmiech trzech postawnych facetów.

Ela stała w korytarzu, wciąż ściskając w dłoni klucze. Wróciła właśnie do domu, marząc o jednym: zdjąć pantofle, które po dziewięciu godzinach pracy zamieniły się w narzędzie tortur, zmyć makijaż i zanurzyć się z książką na kanapie. Dzień był nie do wytrzymania. Roczne rozliczenie, histeria szefowej, dwie godziny stania w korku podczas mżawki. Wracała do mieszkania jak do azylu, jak do przystani. Zamiast tego trafiła na dworzec w godzinie szczytu.

W nos uderzył ją smród taniego piwa i suszonych ryb. Na jej ukochanym beżowym dywaniku leżał stos męskich butów w rozmiarze 45, niektóre oblepione błotem. Jakieś czyjeś kurtki zsunęły się z wieszaka i leżały na podłodze niczym postrzelone ptaki.

Ela wzięła głęboki oddech. Weszła do salonu. Obraz jak z życia: Stanisław, jej własny mąż, rozparty w fotelu, kanapę okupowali Witek, Paweł i jeszcze jakiś brodaty nieznajomy. Na szklanym stoliku, który Ela zawsze szorowała specjalnym mleczkiem, piętrzyły się butelki, paczki chipsów i góra rybich łusek na gazecie.

Staszek powiedziała cicho. Umawialiśmy się. W tygodniu bez zapowiedzi żadnych gości. Padam na twarz. Potrzebuję choć chwili ciszy.

Stasiu tylko machnął ręką, nie patrząc na nią wcale. Całą uwagę skupiał na ekranie, gdzie dwudziestu dwóch milionerów biegało za piłką.

O, znowu się czepia! mruknął. Padam, głowa boli. Ela, no nie bądź taka stara babka. Chłopaki, powiedzcie jej!

Gospodyni, my cichutko! grzmiał Witek, którego cichutko miało głośność startującego boeinga. Zaraz nasi strzelą, to może i zatańczymy! Chodź, dołącz! Piwa nalać?

Dziękuję, nie. Ela poczuła, jak w środku wzbiera w niej lodowata, głucha determinacja. Potrzebuję, byście za dziesięć minut zniknęli, a tu znowu było czysto.

Ela, nie wstydź mnie przy ludziach! W końcu Stasiu zwrócił na nią uwagę. Twarz miał czerwoną ze złości. Idź na kuchnię, zajmij się czymś. Zrób pierogi czy coś. Chłopaki głodni, a ty stoisz i marudzisz.

Ela spojrzała na niego tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy. Dziesięć lat małżeństwa. Dziesięć lat starała się być idealną żoną: porządek, ciepło, dobre jedzenie. Tolerowała jego spotkania w garażu, teściową ze złotymi radami, jego rozrzucone skarpetki. Ale dziś coś w niej pękło. Może kroplą była ta rybia łuska na stole, a może rozkaz idź gotować.

Bez słowa wyszła do sypialni. Doszły ją jeszcze słowa:

Obraziła się! Za chwilę jej przejdzie, przyniesie coś do jedzenia. Znać jej charakter.

Na komodzie spoczywał portfel Stanisława. Miał zwyczaj, iż zaraz po powrocie wykładał na wierzch klucze, drobne, karty. Ela wiedziała, iż wczoraj przyszła mu kwartalna premia. Porządna premia, z przeznaczeniem na remont balkonu albo chociaż nowe opony zimowe.

Wzrok jej padł na złotą kartę bankową.

Plan pojawił się nagle. Odważny, szalony plan poprzednia Ela, ta cicha i ugodowa, nigdy by się na to nie zdecydowała. Ale tamtej Eli już nie było. Jej miejsce zajęła kobieta, która chciała szacunku albo choć moralnego zadośćuczynienia.

Chwyciła kartę. Otworzyła szafę i wyjęła niewielką torbę podróżną. Ruchy miała szybkie, zdecydowane. Bielizna, ulubiona piżama (ta jedwabna, której Staszek nie znosił), ładowarka, kosmetyczka.

Z salonu rozdarł się ryk: Gooooool! Ściany zatrzęsły się. Ktoś najpewniej skakał po kanapie.

Ela narzuciła płaszcz, założyła buty. W lustrze ujrzała zmęczone oczy, zaciśnięte usta.

Gotować pierogi? Już ci zrobię mruknęła do siebie.

Wyszła z mieszkania bezszelestnie. Nikt choćby nie zauważył trzasku drzwi hałas telewizora zakrył jej ucieczkę.

Na zewnątrz było mokro i zimno, ale Elżbiecie zrobiło się nagle gorąco. Adrenalina buzowała. Wyjęła telefon i zamówiła taksówkę. Klasa Komfort plus. Niech stracę Biznes.

Czarny mercedes z kierowcą w garniturze zajechał po pięciu minutach. Taksówkarz wyszedł i otworzył jej drzwi.

Dobry wieczór. Dokąd jedziemy?

Do Grand Hotelu odparła Ela. Najdroższy hotel w Krakowie, pięć gwiazdek, marmurowe posadzki, portierzy w liberii. Od lat przejeżdżała obok, podziwiając iluminacje, ale nie przypuszczała, iż kiedyś wejdzie tam jako gość.

Wyśmienity wybór potwierdził kierowca.

W trakcie jazdy telefon w jej torebce zaczął wibrować. Dzwonił Staszek. Widocznie reklama minęła i przypomniał sobie o pierogach. Ela przełączyła telefon na tryb cichy. Niech dzwoni. Niech szuka. Pomyśli, iż poszła po śmietanę.

W holu Grand Hotelu pachniało drogimi perfumami i świeżymi kwiatami. Wielki kryształowy żyrandol mienił się tysiącem świateł. Ela podeszła do recepcji. Recepcjonistka z nienagannym makijażem uśmiechnęła się.

Dobry wieczór. Ma pani rezerwację?

Nie Ela położyła na blacie złotą kartę męża. Poproszę apartament. Z jacuzzi, jeżeli jest. I z widokiem na Wisłę.

Recepcjonistka ani na moment nie straciła zimnej krwi.

Mamy piękny apartament reprezentacyjny na siódmym piętrze. Śniadanie w cenie, do spa dostęp całą dobę. Koszt: sześć tysięcy złotych za noc. Rezerwujemy?

Sześć tysięcy połowa jej miesięcznej pensji, albo jedna trzecia premii Staszka. Wewnętrzna księgowa próbowała zaprotestować, ale Ela udusiła ją w myślach.

Rezerwujemy.

Poproszę dowód osobisty.

Ela podała dokument. Terminal zapiszczał. Płatność zrealizowana. Ela wyobraziła sobie, jak na telefon Staszka, leżący koło chipsów, właśnie przyszła wiadomość: Obciążenie 6000 PLN. GRAND HOTEL.

Zorientuje się od razu? Wątpliwe. Piłka ważniejsza.

Boy hotelowy odprowadził ją do apartamentu. Kiedy otworzyła drzwi, Ela wstrzymała oddech. To nie był pokój to były królewskie komnaty: olbrzymie łóżko king-size, białe pościele, salon z miękkimi fotelami, marmurowa łazienka wielkości ich kuchni. Przez panoramiczne okno widać było rozświetlony nocą Kraków.

Została sama. Zdjęła pantofle, przeszła boso po puszystej wykładzinie. Podeszła do minibaru. Mała butelka szampana kosztowała tyle co dwa kartony piwa, którym raczyli się znajomi męża.

Co tam, niech idzie powiedziała do siebie, otwierając trunek.

Nalała do kieliszka, usiadła w fotelu i spojrzała na telefon. Piętnaście nieodebranych połączeń. Trzy wiadomości.

Ela, gdzie jesteś?

Poszłaś do sklepu? Kup majonez!

Ela, gdzie się podziałaś? Głodni jesteśmy!

Ani grama troski. Same żądania. Ela łyknęła chłodnego szampana. Jak dobrze.

Nagle przyszła kolejna wiadomość.

Ela, jakaś dziwna SMS przyszła. Obciążenie 6000 zł. Ty coś kupowałaś? Karty nie ma w portfelu. Weź się odezwij!

Zauważył. Ela uśmiechnęła się i wybrała numer obsługi pokoju.

Dobry wieczór. Chciałabym zamówić kolację do pokoju. Wiem, iż późno, ale jestem bardzo głodna. Sałatkę z owocami morza, stek średnio wysmażony i… tiramisu. I butelkę czerwonego wytrawnego wina. Proszę zaksięgować na pokój.

Poszła do łazienki, napuściła wodę, wsypała pachnącą sól. Telefon na łóżku znów zaczynał dzwonić. Staszek nie ustępował.

Ela odebrała dopiero, gdy leżała już w puszystej pianie.

Halo?

Ela! Zwariowałaś?! wrzasnął Staszek. W tle było podejrzanie cicho. Chyba koledzy się ulotnili. Gdzie jesteś? Co to za płatności? Jakie sześć tysięcy?! Ty sobie futro kupiłaś o północy?!

Nie, kochanie, nie futro odpowiedziała spokojnie Ela. Kupiłam sobie spokój i szacunek. Jestem w hotelu.

W jakim hotelu?! Po co?!

Po to, iż dom to przez ciebie knajpa i śmierdzi rybą. A ja, jak pamiętasz, jestem zmęczona. Prosiłam cię, żebyś nie zapraszał nikogo. Nie słuchałeś. Kazałeś mi gotować pierogi. A ja nie chcę gotować pierogów. Chcę steka i piany w wannie.

Ty… ty jesteś pijana?! Głos mu zadrżał. Wracaj natychmiast! To wspólne pieniądze! Na balkon!

Balkon poczeka. Moje nerwy nie. A zaraz jeszcze przyjdzie SMS za kolację siedem stówek najwyżej, nie panikuj.

Siedemset za jedzenie?! Ela, oszalałaś?! Mamy pierogi w zamrażalniku!

Smacznego, Staszek. Niech ci Witek ugotuje. Albo Paweł. W końcu przyjaciele są od pomocy.

Ela, nie rób scen! Wracaj! Koledzy już wychodzą!

Serio? A smród wyjdzie też? I talerze się same pozmywają? Nie, Stasiu. Pokój mam opłacony na dobę. Wykorzystam na pełnych obrotach. Rano idę jeszcze na masaż spa tu mają podobno fenomenalne.

Jaki masaż?! Ile to kosztuje?! Ela, to rozbój! Wróć, ja wszystko posprzątam!

Fajnie, iż odnalazłeś w sobie gospodarnego faceta. Ćwicz. Wracam jutro do obiadu. Jak będziesz krzyczał przedłużę na jeszcze jedną noc. Karta jest u mnie.

Rozłączyła się i całkiem wyłączyła telefon.

Wtedy zapukał kelner. Wjechał wózek nakryty białym obrusem: srebrne sztućce, zapach pieczonego mięsa, finezyjny deser. Ela usiadła w grubym szlafroku, jadła stek jak królowa i patrzyła na światła miasta.

Pierwszy raz od wielu lat poczuła się nie jak służąca, a jak KOBIETA. Wymagająca, droga, kochana. Choćby sama siebie musiała pokochać za własne, rodzinne pieniądze.

Noc była cudowna. Łóżko jak chmurka, nikt nie chrapał, nie zabierał kołdry. Rano obudziły ją promienie słońca za grubą zasłoną. Rozciągnęła się, wyspana i lekka.

Poszła do spa: basen, sauna, masaż. Masażystka o silnych rękach ugniatała jej spięte barki, mrucząc: Ależ pani napięta, trzeba o siebie dbać.

Teraz będę obiecała Ela, czując, jak uchodzi ból.

Kiedy opuściła hotel, była już druga po południu. Telefon, który włączyła, aż rozgrzał się od wiadomości. Dziesiątki nieodebranych. I jedno ostatnie od Staszka: Wszystko posprzątane. Czekam. Porozmawiamy.

Zamówiła taksówkę (znów Komfort plus niech się zabawa nie kończy) i wróciła do domu.

Drzwi się otworzyły. W mieszkaniu pachniało… domestosem i cytryną. I trochę też winą.

Staszek siedział przy stole w kuchni. Przed nim zimna herbata. Mieszkanie lśniło. Żadnych śladów wczorajszego pogromu. Dywan wyprany, podłoga wypastowana, naczynia umyte i poskładane. choćby kuchenkę chyba wyczyścił.

Na widok żony poderwał się. Zmęczony, z podkówkami pod oczami. Wyglądał, jakby noc spędził na froncie, nie na imprezie.

Przyszłaś odetchnął. Ty to dopiero potrafisz… Prawie zawału przez ciebie dostałem. Wiesz, ile poszło?

Ela spokojnie odłożyła torbę, wyjęła kartę i położyła na stole.

Wiem. Osiem tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt złotych. Cena mojego spokoju i twojej lekcji.

Staszek złapał się za głowę.

Prawie dziewięć kafli… Za jedną noc! Ela, to połowa remontu!

Policz, ile przez dziesięć lat kosztowałaby sprzątaczka, kucharka i psycholog Ela usiadła naprzeciw i spojrzała mu w oczy. Przyzwyczaiłeś się, iż jestem wygodna. Że milczę, sprzątam, obsługuję twoich kumpli. Moje nie to żart. Wczoraj pokazałeś, iż moje zdanie nie ma znaczenia. Wprowadziłeś tłum do domu, choć prosiłam, byś tego nie robił. Sprawiłeś, iż czułam się obca we własnym mieszkaniu.

Staszek już próbował się wytłumaczyć, ale zamilkł.

Nie zmusiłem… Sami się wprosili…

A ty nie masz języka, żeby odmówić? Czy dla ciebie kumple są ważniejsi ode mnie? Ela mówiła cicho, spokojnie, ale każde słowo ważyło tonę Otóż, Staszku. jeżeli jeszcze raz to się powtórzy, nie pojadę do hotelu. Wyprowadzę się na stałe. I złożę papiery o rozwód. Wierz mi, podział majątku wyjdzie cię drożej niż dziewięć tysięcy.

Milczał. Patrzył to na kartę, to na żonę, to na czyściutką kuchnię, którą godzinami szorował, przeklinając Witka i jego chipsy. Pierwszy raz zrozumiał: Ela nie żartuje. Tamtą wygodną Elę coś wyparło. Siedzi przed nim piękna, wypoczęta i groźna nieznajoma.

Dobra… wymamrotał, wzrok spuszczony. Przesadziłem. Witek też. Już mu powiedziałem nie przychodzi więcej.

Bardzo dobrze Ela wstała. Jestem głodna. Zostały pierogi, czy wszystko zjedliście?

Staszek się ożywił.

Nie! Ugotowałem zupę. Rosół, z torebki, ale z ziemniakami. Chcesz?

Ela ledwo powstrzymała uśmiech. Rosół z torebki. Herculean effort.

Chcę. Nalewaj.

Jedli w ciszy. Staszek zerkał ukradkiem na żonę, jakby się bał, iż znowu wywinie numer. A ona jadła lekko przesoloną zupę i myślała, iż te dziewięć tysięcy to była najlepsza inwestycja w ich małżeństwo. Czasem, żeby ktoś zaczął cię cenić, musisz stać się naprawdę drogą kobietą. Dosłownie.

Wieczorem oglądali film. Tym razem Staszek pozwolił jej wybrać. Oglądali melodramat, który zwykle nazywał bzdurą. Przysunął się nagle i objął ją.

Ela…

Hm?

Ale tam rzeczywiście było tak fajnie? W tym hotelu?

Było. Jacuzzi z widokiem na Wisłę, mięciutki szlafrok…

A może byśmy… zająknął się. Może byśmy kiedyś razem poszli? Na rocznicę? Tylko musimy najpierw nazbierać.

Położyła głowę na jego ramieniu.

Pójdziemy. Ale teraz kartę trzymaj już zawsze przy sobie. Nigdy nie wiadomo, może znowu zachce mi się steka o północy.

Staszek nerwowo zaśmiał się i mocniej ją objął.

Teraz to steki sam się nauczę smażyć. Tanio wyjdzie.

Od tamtego czasu minęło pół roku. Goście pojawiają się w ich domu tylko po uzgodnieniu i przeważnie w soboty lub niedziele. Co najwspanialsze Staszek sam zaczął zmywać po sobie naczynia. Widocznie duch Grand Hotelu i minus kilka tysięcy na koncie działają lepiej niż prośby i lata tłumaczeń.

Ela zaś założyła sobie własne konto Fundusz Nietykalności. Przelewa tam małe sumy z każdej wypłaty. Tak na wszelki wypadek. Żeby wiedzieć: jeżeli kiedyś znowu przyjdzie ochota, zawsze pozwolić sobie może na apartament z widokiem na rzekę. Ta pewność grzeje duszę lepiej niż kominek.

Idź do oryginalnego materiału