Matka przyprowadzała różnych mężczyzn.
Kasia pamiętała trzech z nich.
Żaden nie został na dłużej.
Zawsze odchodzili po jakimś czasie.
Matka wtedy płakała i przytulała córkę.
– Nic się nie martw – mówiła. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Potem szła do pracy, jakby nic się nie stało.
Ostatni z nich wytrzymał dwa tygodnie.
Gdy matka przestała kupować mu wódkę, zrobił się markotny.
Odszedł, zabierając przy okazji kolczyki ze szkatułki.
Matka nie zgłosiła tego na policję.
Powiedziała tylko, iż sama jest sobie winna.
Potem przyszło pięć lat spokoju.
Kasia myślała, iż wreszcie będzie cicho w domu.
Ale gdy skończyła piętnaście lat, matka znów się zakochała.
Opowiadała córce o wspaniałym mężczyźnie.
Kasia cieszyła się razem z nią.
W końcu matka zasługiwała na szczęście.
Gdy poznała Mariusza, wydał jej się sympatyczny.
Mężczyzna około czterdziestki, schludny, spokojny.
Przy kolacji wypił tylko jeden kieliszek wina.
Żartował, opowiadał ciekawie, był miły.
Kasia poszła spać, zostawiając dorosłych w kuchni.
Po godzinie usłyszała trzask drzwi.
Więc jednak wyszedł, tak jak inni.
Rano matka znowu go chwaliła.
– Pracuje w urzędzie – mówiła z dumą. – Taki porządny człowiek.
Obiecał ślub i wspólne mieszkanie, gdy Kasia skończy szkołę.
Dziewczyna patrzyła na matkę i nie poznawała jej.
Matka jakby odmłodniała, nabrała blasku.
Miała trzydzieści sześć lat i dawno przestała o siebie dbać.
Teraz znowu się uśmiechała.
Ślub odbył się tuż przed wrześniem.
Kasia uczyła się do egzaminów, przygotowywała się do matury.
Mariusz pytał, czy czegoś nie potrzebuje.
– Dam sobie radę, dziękuję – odpowiadała zawsze.
Zawsze pukał do jej drzwi, nigdy nie wchodził bez pytania.
Z czasem zaczęli rozmawiać przy kolacjach.
Kasia opowiadała o szkole, a on słuchał uważnie.
Matka tymczasem rozkwitała przy nim każdego dnia.
Dostawała prezenty – kolczyki, potem złotą bransoletkę.
Rok minął szybko, remont mieszkania dobiegł końca.
Mariusz zapytał, czy Kasia nie chciałaby jechać z nimi.
Ale ona czuła się już dorosła, chciała własnego kąta.
– Pójdziesz do szkoły policealnej tutaj – powiedział. – Pomogę ci później z pracą.
Przed wyjazdem dodał:
– Przyjeżdżaj często. Jesteśmy rodziną.
Na pożegnanie dali jej złotą zawieszkę na łańcuszku.
Kasia przeglądała się w lustrze przez cały tydzień.
Matka zapytała wtedy cicho:
– Nie za wcześnie na taki prezent?
– A kto inny jej coś takiego da? – odpowiedział Mariusz z uśmiechem.
Matka poczuła, iż trafiła na najlepszego mężczyznę pod słońcem.
Wyprowadzili się, a Kasia zaczęła żyć sama.
Z początku tęskniła, jeździła do nich często.
Z czasem wizyty stawały się rzadsze.
Matka czasem przyjeżdżała z jedzeniem albo pieniędzmi.
Każde było zajęte swoim życiem.
Kasia dostała się do szkoły i polubiła nowe życie.
W jedną z wizyt dowiedziała się o wyjeździe Mariusza.
– To delegacja służbowa, na rok – powiedziała matka. – Jadę z nim.
– Nie martw się, będziemy przysyłać pieniądze – dodał Mariusz.
Na dworcu matka miała łzy w oczach.
– Mamo, co ty? Zaraz będę pełnoletnia – zaśmiała się Kasia.
Uściskali się mocno, zanim wsiedli do pociągu.
Minął rok. Przyjechali tylko na dwa dni, na Sylwestra.
Przywieźli prezenty, Kasia rozpakowywała je z radością.
Potem matka zadzwoniła z nowiną.
– Delegację przedłużają, co najmniej o dwa lata.
– Mariusz przyjedzie po rzeczy, wynajmie mieszkanie – dodała.
– Chciałabym przyjechać, ale praca nie pozwala.
Kasia wróciła pewnego dnia z zajęć i usłyszała hałas w mieszkaniu.
Zajrzała do pokoju, zaskoczona.
– Dzień dobry, już pan przyjechał?
– O, Kasia, witaj. Robię miejsce na pudła.
Mariusz patrzył na nią dłużej niż zwykle.
Rok nieobecności bardzo ją zmienił.
Stała się kobieca, dojrzalsza, pewniejsza siebie.
Kasia rzuciła torbę na podłogę.
– Zaraz się przebiorę i pomogę panu – powiedziała szybko.
Coś w jego spojrzeniu jej się nie spodobało.
Nie wiedziała jeszcze, co to było.
Ale czuła, iż coś się zmieniło.













