Matka, chorująca samotnie, syn Matwiejka i cud w polskim kościele – opowieść o nadziei, pomocy niezn…

newsempire24.com 23 godzin temu

Chłopiec budzi się od jęku matki. Podchodzi do jej łóżka:

Mamo, boli Cię?

Mateuszku, przynieś mi trochę wody.

Już idę biegnie do kuchni.

Po chwili wraca z pełnym kubkiem:

Proszę, mamo, pij!

Słychać pukanie do drzwi.

Synku, otwórz! Pewnie babcia Halina przyszła.

Do mieszkania wchodzi sąsiadka, trzymając w ręku duży kubek.

Jak się czujesz, Marysiu? dotyka jej czoła. Masz gorączkę. Przyniosłam Ci ciepłe mleko z masłem.

Wzięłam już leki…

Powinnaś iść do szpitala, leczenie tam jest porządne. I odżywiać się musisz normalnie, a u Ciebie w lodówce pustka.

Ciociu Halino, wszystkie pieniądze wydałam na lekarstwa w oczach chorej pojawiają się łzy. Nic nie pomaga…

Połóż się do szpitala.

A z kim zostawię Mateuszka?

Z kim go zostawisz, jak umrzesz? Przecież jeszcze choćby trzydziestki nie masz, ani męża, ani grosza głaszcze ją po głowie. No już, nie płacz!

Ciociu Halino, co mam robić?

Dzwońmy po lekarza sąsiadka sięga po telefon.

Udaje się jej wszystko ustalić.

Powiedzieli, iż przyjadą w ciągu dnia. Przyjdź potem po mnie, Mateusz.

Sąsiadka wychodzi do przedpokoju, chłopiec podąża za nią:

Babciu Halino, mama nie umrze, prawda?

Nie wiem. Trzeba Boga poprosić o pomoc, chociaż Twoja mama w Niego nie wierzy.

I Dziadek Bóg pomoże? w oczach chłopca pojawia się nadzieja.

Idź do kościoła, zapal świeczkę, pomódl się, a On na pewno pomoże. Już idę.

***

Chłopiec wraca zamyślony do matki:

Mateuszku, pewnie jesteś głodny, a nic nie mamy. Podaj dwa szklanki.

Kiedy je przynosi, matka rozlewa mleko:

Pij!

Wypił, ale głód tylko się nasilił. Maria to od razu zauważa. Z trudem wstaje, bierze z stołu portmonetkę:

Masz dwadzieścia złotych. Idź, kup dwa drożdżówki i zjedz w drodze, a ja spróbuję coś ugotować. No już!

Odprowadza syna do drzwi i, opierając się o ścianę, kieruje się do kuchni. W lodówce tanie konserwy rybne, trochę margaryny, na parapecie dwie ziemniaki i cebula.

Trzeba ugotować zupę

Kręci jej się w głowie i bez sił opada na taboret:

Co się ze mną dzieje? Nie mam siły. Połowa urlopu już minęła. Pieniądze się skończyły. Jak nie wrócę do pracy, to jak przygotuję Mateusza do szkoły? Przecież za miesiąc idzie do pierwszej klasy. Żadnych krewnych, nikt nie pomoże. A ta choroba… Trzeba było iść od razu do przychodni. A teraz, jeżeli mnie położą, to Mateusz zostanie sam

Podnosi się z trudem i zaczyna obierać ziemniaki.

***

Głód doskwiera coraz bardziej. Ale myśli chłopca krążą przy czymś innym:

Mama cały wczorajszy dzień nie wstawała z łóżka. A jeżeli naprawdę umrze? Ciocia Halina mówiła, żebym poprosił Dziadka Boga o pomoc, więc zatrzymuje się i rusza w stronę kościoła.

***

Już pół roku od powrotu z misji. Cudem przeżyłem. Dobrze, iż chodzę sam, chociaż o lasce. Na liczne blizny już nie zwracam uwagi. A te na twarzy? Nieważne, nikt już mnie nie zechce, z takimi myślami Nikodem zmierza w stronę kościoła. Trzeba za chłopaków znicz postawić. Rok mija dziś, jak zginęli ja przeżyłem cudem.

Dwadzieścia lat temu wyjechał do wojska. Wrócił. Teraz jest już cywilem, ale jak ciężko czuć się nikomu niepotrzebnym. Emerytura pozwala żyć bez problemów, a pieniądze z kontraktu w banku wystarczyłyby na kilka lat. Ale po co to wszystko samemu?

Przed kościołem stoją żebracy. Nikodem wyciąga kilka banknotów po sto złotych, rozdziela im i mówi:

Pomódlcie się za moich świętej pamięci przyjaciół: Romana i Stanisława!

Wchodzi do środka, kupuje świece, zapala je i modli się słowami, jakich nauczył go proboszcz:

Wspomnij, Panie Boże nasz

Żegnając się, wypowiada słowa, a w oczach stają mu przyjaciele.

Kiedy kończy modlitwę, po prostu stoi i wspomina swoje niełatwe życie.

Mały, chudy chłopiec staje obok ze skromną świeczką w ręku. Rozgląda się bezradnie, nie wiedząc, co robić. Podchodzi do niego starsza kobieta:

Chodź, pomogę Ci!

Zapala jego świeczkę i stawia na świeczniku.

Tak się przeżegnaj pokazuje, jak to zrobić. I powiedz Panu Jezusowi, po co przyszedłeś.

Mateusz długo patrzy na wizerunek, po czym mówi:

Pomóż, Dziadku Boże! Mama jest chora, nie mam nikogo poza nią. Spraw, żeby wyzdrowiała. Mama nie ma pieniędzy na lekarstwa. A ja niedługo idę do szkoły, a choćby tornistra nie mam

Nikodem zamarł, patrząc na chłopca. Jego własne problemy, które jeszcze przed chwilą wydawały się ogromne, nagle straciły znaczenie. Chciałby wykrzyczeć:

Ludzie, czy naprawdę nikogo nie było, żeby pomóc temu chłopcu kupić mamie lekarstwa i jemu samemu tornister?

A chłopiec czekał na cud, patrząc na obraz.

Chodź ze mną, chłopaku! mówi wreszcie Nikodem.

Dokąd? chłopiec patrzy przestraszony na obcego mężczyznę z laską.

Dowiemy się, jakich lekarstw mama potrzebuje i pójdziemy do apteki.

Serio?

Dziadek Bóg przekazał mi Twoją prośbę.

Naprawdę? w oczach chłopca błyszczy radość.

Chodźmy! Jak masz na imię?

Mateusz.

Mów mi wujek Nikodem.

***

W mieszkaniu słychać głosy mamy i sąsiadki:

Halino, lekarka tyle wypisała i mówiła, iż są drogie. Skąd ja wezmę tyle pieniędzy? Mam tylko pięćset złotych

Chłopiec śmiało otwiera drzwi. Rozmowy cichną. W drzwiach pojawia się sąsiadka, spogląda zaniepokojona na nieznanego mężczyznę:

Marysia, zobacz!

Ta sama wygląda i zastyga z przerażeniem.

Mamo, jakich leków Ci potrzeba? Wujek Nikodem i ja pójdziemy do apteki.

A pan to kto? pyta zdziwiona Maria.

Wszystko będzie dobrze uśmiecha się mężczyzna. Poproszę recepty.

Ale ja mam tylko pięćset złotych

Z Mateuszem znajdziemy pieniądze mówi Nikodem i klepie chłopca po ramieniu.

Mamo, daj recepty!

Maria podaje je, z jakiegoś powodu czując, iż ten człowiek o bliznach na twarzy ma dobre serce.

Marysiu, co Ty robisz? ocknęła się sąsiadka, gdy wychodzili razem. Przecież nie znasz tego człowieka.

Ciociu Halino, wydaje mi się, iż on jest dobrym człowiekiem!

No dobrze, idę już!

***

Maria siedzi i czeka na syna, który wyszedł z obcym mężczyzną. Zapomina o chorobie.

Drzwi się otwierają, pierwszy wpada syn promienieje ze szczęścia:

Mamo, kupiliśmy Ci lekarstwa i różne smakołyki na herbatę!

W drzwiach stoi Nikodem, uśmiechnięty od ucha do ucha, co sprawia, iż jego twarz przestaje się wydawać groźna.

Dziękuję panu! kobieta lekko się kłania. Proszę wejść.

Nikodem próbuje się rozebrać, z trudem mu to idzie ewidentnie się denerwuje. Wchodzi do kuchni.

Proszę usiąść! mówi gospodyni.

Mężczyzna siada, rozgląda się, nie wiedząc, gdzie postawić laskę.

Proszę, tutaj ją postawię! ustawia ją blisko, żeby miał do niej dostęp. Przepraszam, ale nic specjalnego nie mam, by pana poczęstować.

Mamo, wszystko z wujkiem Nikodemem kupiliśmy syn zaczyna wykładać zakupy.

Ojej, po co tyle! wzdycha Maria, zauważając, iż połowa to słodycze. Widzi paczkę dobrej herbaty. Zaraz zrobię herbatę.

Bierze się za zaparzanie, sama dziwiąc się, iż czuje się lepiej może i choroba odpuściła, a może nie chciała przy Nikodemie wyglądać na tak chorą. Jakby czytając jej myśli, mężczyzna pyta:

Mario, nie jest Ci ciężko, wyglądasz bardzo blado?

Nic się nie dzieje Zaraz wezmę lekarstwa. Dziękuję Panu!

***

Siedzą, popijają pachnącą herbatę, zajadają słodkości, patrząc na rozgadane dziecko. Czasami ich spojrzenia się spotykają. Widać, iż wszystkim miło razem przy stole. Ale wszystko dobre się kiedyś kończy.

Dziękuję bardzo! Nikodem wstaje, bierze laskę. Poradzisz sobie, musisz się leczyć.

Dziękuję panu! Maria też wstaje. choćby nie wiem, jak się odwdzięczyć.

Podąża do przedpokoju, a za nimi syn.

Wujku Nikodemie, przyjdziesz jeszcze?

Pewnie! Jak mama wyzdrowieje, to razem pójdziemy kupić Ci tornister do szkoły.

***

Mężczyzna wychodzi. Maria sprząta stół, zmywa naczynia.

Synku, obejrzyj coś w telewizji, a ja się położę.

Kładzie się i zapada w głęboki, spokojny sen.

***

Minęły dwa tygodnie. Choroba odeszła, najwyraźniej drogie lekarstwa pomogły. Maria ostatnimi dniami wróciła już do pracy pod koniec miesiąca zawsze jest dużo roboty, więc ściągnęli ją z urlopu. Była z tego zadowolona, za te kilka dni dostanie ekstra pieniędzy. Sierpień się zaczął, a z wypłaty trzeba już przygotować syna do szkoły.

W sobotę wstają jak zawsze, jedzą śniadanie.

Mateusz, szykuj się. Pójdziemy do sklepu, zobaczymy, co będzie Ci potrzebne do szkoły.

Dostałaś już pieniądze?

Jeszcze nie, ale do przyszłej soboty będą. Po drodze kupię coś do jedzenia pożyczyłam tysiąc złotych.

Już mieli wychodzić, gdy dzwoni domofon.

Kto tam? pyta gospodyni.

Mario, to Nikodem…

Chce jeszcze coś dodać, ale kobieta już otwiera drzwi, nie kryjąc radości.

Mamo, kto to? wychodzi z pokoju syn.

Wujek Nikodem! Maria nie umie ukryć uśmiechu.

Hurra!

Wchodzi, opierając się, jak wcześniej, na lasce, ale… jakże się zmienił. Eleganckie spodnie, koszula, modna fryzura.

Wujku Nikodemie, czekałem na Ciebie chłopiec rzuca się do niego.

Obiecałem Ci podnosi wzrok na Marię. Cześć, Mario!

Witaj, Nikodemie!

Naturalnie przechodzą na ty. To zaskakuje i cieszy oboje.

Jesteście gotowi? Ruszajmy!

Ale gdzie? Maria nie jest do końca pewna.

Przecież Mateusz idzie zaraz do szkoły.

Nikodemie, ale ja…

Obiecałem Mateuszowi, a obietniamy trzeba dotrzymywać.

***

Maria zawsze zwracała uwagę na najtańsze rzeczy, nieważne do jakiego sklepu wchodziła. Nie miała wolnych środków, ani krewnych, ani męża. choćby tego chłopaka z technikum, który znikł nie wiadomo gdzie.

A teraz przy niej jest mężczyzna, który z euforią patrzy na jej syna. Kupuje mu wszystko, co potrzebne do szkoły, nie patrząc na ceny, tylko pytając jej o zdanie.

Obładowani wracają taksówką.

Gospodyni już biegnie do kuchni.

Mario przerywa jej mężczyzna. Wyjdźmy na spacer wszyscy razem! Zjemy gdzieś na mieście.

Mamo, chodźmy! zachęca syn.

***

Tej nocy Maria nie może usnąć. Wciąż przypomina sobie sceny z dzisiejszego dnia. Ma przed oczami pełne czułości jego spojrzenie. Zimny rozum i gorące serce zdają się ze sobą rozmawiać:

Jest nieprzystojny i kuleje podsuwa chłodny umysł.

Jest normalny, dobry i tak ciepło na mnie patrzy odpowiada serce.

Jest starszy od Ciebie o co najmniej piętnaście lat.

I co z tego? Dla mojego syna jest jak ojciec.

Możesz jeszcze znaleźć sobie rówieśnika, przystojnego i wysportowanego.

Nie chcę już przystojnych, już takiego miałam. Potrzebuję kogoś dobrego i niezawodnego.

Przecież nie marzyłaś nigdy o takim mężu, uporczywie podsuwa rozum.

Ale teraz marzę!

Zmieniłaś zdanie tak szybko?

Po prostu poznałam tego jednego Kocham go!

***

Ich ślub odbywa się w tym samym kościele, gdzie Nikodem poznał Mateusza trzy miesiące temu.

Nikodem i Maria stoją przed ołtarzem, laski już nie ma, a Mateusz wpatruje się w wizerunek tego świętego, do którego się modlił trzy miesiące temu. Potem szepcze od serca:

Dziękuję Ci, Dziadku Boże!

Idź do oryginalnego materiału