Marysia płakała przy grobie swojej przyjaciółki Oli. Czterdziesty dzień, a na mogile ani jednego kwiatka…

polregion.pl 3 dni temu

Marysia płakała przy mogile przyjaciółki Elżbietki. Czterdziesty dzień, a na grobie choćby jednej stokrotki… Szedł letargiczny wiatr, pachniał więdnącymi ziołami. Marysia ruszyła w stronę domu przez miękki, błotnisty śnieg. Nagle dogonił ją jakiś mężczyzna, niby zmaterializowany cicho spośród mgły.

Może panią podrzucić? Do przystanku daleko powiedział głosem trochę pękniętym, jakby z innego snu. Siadajcie, nic mi nie szkodzi. A kogo wyście tu odwiedzali?

Przyjaciółka… szepnęła Marysia.

Ja mamę… odpowiedział, spuściwszy wzrok. Dokąd wieźć?

Na przystanku mnie można wysadzić wymamrotała Marysia.

Jestem wolny, odprowadzę na miejsce westchnął. Odprowadził ją aż pod samą kamienicę na ulicy Ustronnej. Po drodze Marysia mówiła mu o swoim życiu, głos jej ulatywał jak dym papierosa przez okno starego warszawskiego fiata. A dwa dni później ten mężczyzna, Paweł, czekał pod jej klatką z nieoczywistą rozmową i jakimś pastelowym pudełkiem w ręku.

Marysia i Elżbietka znały się od zerówki. Ich dzieciństwo było jak zlepione, obie lubiły podobne sukienki i choćby się nimi wymieniały. Całą szkołę spędziły razem potem przeniosły się do Poznania na studia. Marysia wybrała medycynę, Lizka pedagogikę.

Spotykały się często; zakochały się niemal synchronicznie. Marysia w zwykłym chłopaku z Puszczykowa, a Elżbietka w poznaniaku. Elżbietka bardzo gwałtownie wyszła za mąż, jakby się bała, iż go straci już po roku urodziła córeczkę, ale rodzina męża nie zaakceptowała jej. „Nie dla nas taka synowa” szeptały stare ciotki przy rosołach na niedzielę.

Marysia czasem zostawała z małą Agatką, by pozwolić młodym wyjść do kina. Sama też chciała iść za nimi w świat, ale obiecała zajmować się dziewczynką. Pewnej nocy młodzi nie wrócili… Rano Marysia dowiedziała się, iż już ich nie ma. Zniknęli na zakręcie szosy, gdzie rzeczywistość rozmywa się w kałużach i śniegu.

Stypy Marysia prawie nie pamięta mała kurczowo trzymała ją za szyję. Gdzie teraz z nią pójść? Rodzice męża Elżbietki nigdy jej nie uznawali wnuczka była dla nich „nie ich krwią”. A matka Elżbietki sama, jeszcze czwórka dzieci, po prostu nie miała jak przyjąć dziewczynki. Pozostał tylko dom dziecka. Agatka dopiero co skończyła rok.

Marysia pokochała dziewczynkę z siłą nie do pomyślenia; pierwsze słowa, pierwszy krok widziała je, jakby śniła je na jawie.

Już pracowała jako felczerka, mieszkała kątem u samotnej babci Jadzi. Kto jej jednak odda dziecko? Była samotna, bez rodziny. Zabrali Agatkę; była zdrowa, chętni przybrani rodzice prędko się znaleźli. Marysia nie przestawała tęsknić.

Mikołaju, mam do ciebie prośbę szepnęła kiedyś do ukochanego. Weźmy ślub, chociażby dla dokumentów. Wtedy pozwolą mi wziąć małą…

Zwariowałaś? Nie zamierzam się tak kompromitować! burknął.

Potem cię zostawię, tylko pomóż…

Nie ma mowy, nie zamierzam sobie życia komplikować dla cudzego dziecka! Poszukaj sobie innego frajera!

Marysia głośno płakała przy grobie Elżbietki. Czterdziesty dzień, a tymczasem grób męża jej przyjaciółki cały w kwiatach. „Elżbietko, zrobię tak, żeby u ciebie też było pięknie. Tylko mi dopomóż!” szeptała w pustkę.

U bramy cmentarza znów zjawił się Paweł, jakby wyszedł z mgły.

Może panią podwieźć? Bo do przystanku daleko. Siedzę tu, bo nie mam już nikogo. Mama zmarła, żona zostawiła… Pani płacze? Coś poważnego? Pamiętam panią chowałem wtedy parę młodych. Czterdziestodniowa rocznica?

Tak…

Dziś u mojej mamy też czterdziestka. Macie kłopot?

Marysia wszystko mu wtedy opowiedziała… A potem, gdy już przyjechali, podziękowała, iż zawiózł i wysłuchał.

Dwa dni później Paweł czekał pod jej klatką z łagodnym uśmiechem.

Marysiu, myślałem… pomogę pani. Mogę się ożenić, choćby jutro!

Marysia osłupiała.

Nie boi się pan?

A czego? Mnie nikt nie czeka w domu.

Mojego narzeczonego to przestraszyło, chciałam tylko, żeby pomógł z papiery, żebym mogła wziąć Agatkę…

Ja się nie boję. Gdzie byście mieszkały?

jeżeli babcia mnie nie wyrzuci, tu zostanę, wynajmuję mały pokój. Albo znajdę inny.

W takim razie zamieszkacie u mnie. Dom duży, miejsca jest aż za dużo. Jutro zaczynamy papiery. Nie ma sprzeciwu.

W domu?!

Moja mama całe życie chciała mieć dom. W bloku się dusiła.

Ja też ciągle nie mogę się przyzwyczaić; z Elżbietką obie byłyśmy wiejskie…

Paweł wszystko załatwił bez wielkich ceremonii pobrali się cicho i adoptowali Agatkę. Przeprowadzka wyglądała, jakby przenosiny do nowej rzeczywistości. Kiedy tylko wyciągała ręce po gazetę czy herbatę to wszystko wydawało się nierealne, jakby rzeczy same wypływały zza kurtyny.

Dziękuję, dalej dam sobie radę mówiła przekornie.

Radź sobie, ja nie przeszkadzam, ale będę tu zawsze.

Marysia próbowała sama dźwigać dom, gotowała, prała, opiekowała się Agatką, choćby dla Pawła zostawiała na stole zupę grzybową. Powoli się zakochiwała, ale bała się przyznać.

Mamo, a czemu mnie kochasz?

Bo po prostu jesteś. Jesteś moją córeczką.

Marysia była wdzięczna Pawłowi, który swoim spokojem otulał je jak kocem. Sam malował łóżeczko Agatce, przynosił maliny i czytał bajki. W Marysi widział wymarzoną żonę, choć z początku ich małżeństwo było „na papierze”.

Pewnego wieczoru Paweł ukląkł przy jej tapczanie.

My już i tak jesteśmy małżeństwem… Ale chcę, żebyśmy byli naprawdę rodziną.

Ja też chcę…

Od tamtej pory rodzina była prawdziwa nie tylko w dokumentach. choćby świętowali dwa śluby te urzędowe, różniły się o dwa lata. Agatka dostała później rodzeństwo.

…Ta historia zaczęła się dawno. Dzisiaj dzieci już są dorosłe. Agata wie, gdzie pochowani są jej rodzice. Obie mogiły, Elżbietki i jej męża, są zadbane; stoją obok siebie na cmentarnej łące. Paweł i Marysia do dziś są dla niej prawdziwymi, najlepszymi rodzicami.

Agata ma pierwszą wnuczkę. A Marysia i Paweł prawnuczkę. Wielka, polska, dziwna i szczęśliwa rodzina…

Idź do oryginalnego materiału