Zanim zacznę pisać — chcę się upewnić co do jednego elementu z instrukcji: podano metkę wersji dla platformy „Bliżej duszy”, ale nie mam dostępu do innych równoległych wersji tej historii, więc różnicowanie względem nich opieram wyłącznie na własnym doborze imion, miasta i scen zgodnie z wytycznymi. Przechodzę do napisania pełnego tekstu po polsku.
Sukienka na piątą rocznicę knajpy przy Puławskiej
Marta miała czterdzieści dwa lata, prowadziła małą pracownię krawiecką na Mokotowie i od trzech tygodni spotykała się z Bartkiem, który sprzedawał ubezpieczenia i jeździł srebrnym passatem kombi. Pierwszy raz zauważyła, iż coś jest nie tak, w czwartek, kiedy wybierali się na kolację do knajpy przy Puławskiej z okazji jej piątej rocznicy prowadzenia biznesu.
Włożyła krótką sukienkę w kolorze butelkowej zieleni, tę, w której czuła się jak ktoś, kto naprawdę ma powód do świętowania. Bartek przyjechał pod bramę, zadzwonił domofonem, a kiedy zeszła, spojrzał na nią od stóp do głów i się roześmiał, tym śmiechem, który niby jest żartem, ale zostawia po sobie cień.
— No i tak wyjdziesz ze mną? — zapytał, kręcąc kluczykami na palcu.
Zapytała, co jest nie tak z sukienką.
— Nic. Po prostu jestem strasznie zazdrosny, nie chcę cały wieczór patrzeć, jak inni faceci gapią się na twoje nogi.
Wróciła po schodach, przebrała się w spodnie. Piętro niżej sąsiad wyprowadzał psa, jamnika o imieniu Struclla, i pies szczekał na windę, jakby coś przeczuwał. Marta pamięta ten szczekanie do dziś — bardziej niż samą kolację.
Drugi raz było w zeszłą sobotę. Miała sukienkę z dekoltem, kupioną jeszcze w maju na wyprzedaży w Zalando za sto dziewięćdziesiąt złotych. Tym razem Bartek choćby nie próbował robić z tego żartu.
— Ta sukienka jest super, jak wychodzisz z koleżankami. Ale nie ze mną.
Popatrzyła na niego, czekając, iż dorzuci coś jeszcze, iż to jakiś dziwny wstęp do komplementu. Nie dorzucił.
— Posłuchaj mnie. Załóż tę długą czarną. Jest ci w niej dużo bardziej elegancko.
Przebrała się drugi raz w ciągu tygodnia.
Zaczęła sobie przypominać inne rzeczy, które wcześniej puszczała mimo uszu, bo każda z osobna wyglądała jak drobiazg. Siedzieli kiedyś w barze na Hożej, piła wino, przyszedł jej SMS. Bartek od razu zerknął na ekran.
— Kto pisze?
— Kolega z pracy, Wojtek, przysyła zdjęcia z targów.
— A czemu pisze o tej porze?
Innym razem wrzuciła zdjęcie z siłowni na Instagrama. Powiedział, iż nie rozumie, po co kobiety wrzucają zdjęcia, na których widać ciało, jeżeli niby nie szukają męskiej uwagi. Kilka razy pytał ją, z iloma mężczyznami była. Kiedy zadała mu to samo pytanie, odpowiedział:
— U facetów to co innego.
Wspomniała raz, iż jeden z jej najlepszych przyjaciół to mężczyzna, Kuba, znają się od liceum. Bartek od razu:
— Nie wierzę w przyjaźń między kobietą a mężczyzną. Zawsze jedno z nich chce czegoś więcej.
Ma zdanie na temat tego, jak Marta ma się zachowywać, odkąd są razem. Gdy wybiera się z koleżankami, pyta, kto tam będzie. Dokąd idą. O której wróci. Powiedziała mu kiedyś, iż pewnie wieczór skończy się w klubie na Mazowieckiej. Odpowiedział:
— Kobieta, która wchodzi w poważny związek, nie ma już czego szukać w takich miejscach.
Nie zabronił jej iść. I właśnie dlatego wtedy nie potraktowała tego poważnie. Poszła. Ale przez cały wieczór pisał. Następnego dnia był oschły. Zapytała, o co chodzi.
— O nic. Po prostu obserwuję, jaką jesteś kobietą, zanim się bardziej zaangażuję.
Często mówi, iż podoba mu się, iż pracuje i jest niezależna. Ale kilka dni temu wspomniał, iż gdyby kiedyś zamieszkali razem, oczekiwałby, iż wracając do domu, zastanie obiad. Bo według niego kobieta powinna umieć zadbać o mężczyznę.
Jest jeszcze coś, co zaczęło ją niepokoić. On przedstawia większość tych rzeczy jako troskę. jeżeli musi wieczorem jechać samochodem, upiera się, iż ją odwiezie, bo niebezpiecznie. Ale potem się obraża, jeżeli powie, iż woli pojechać swoim autem. jeżeli nie odpisze od razu, pisze: „Wróciłaś już?”. Po dziesięciu minutach kolejny raz. Pewnego popołudnia nie zerknęła w telefon prawie przez dwie godziny, bo szyła suknię ślubną dla klientki i miała usta pełne szpilek. Kiedy w końcu wzięła telefon do ręki, miała sześć wiadomości i dwa nieodebrane. Powiedział, iż się zamartwiał. Choć doskonale wiedział, iż jest w pracy.
Skomentował też jedną z jej przyjaciółek, Anię, która jest wolna i lubi wychodzić.
— Ta koleżanka ci nie służy, jeżeli chcesz stabilnego związku.
Odpowiedziała, iż znają się od dwunastu lat.
— Nie mówię, żebyś przestała się z nią widywać. Po prostu ci radzę.
I właśnie to ją mąciło. Bo on nigdy wprost nie mówi: „Zabraniam ci”. Nie krzyczał na nią. Nie obrażał jej. Nie żądał hasła do telefonu. Nie powiedział, iż nie ma prawa wychodzić. Ale w ciągu jednego miesiąca dwa razy się przebrała z jego powodu. Zaczęła tłumaczyć, kto do niej pisze. Wie, iż będzie miał zdanie na temat tego, dokąd wychodzi. Wie, iż zauważy, co wrzuciła.
Napisała o tym wszystkim w notatniku, który trzymała w szufladzie razem z metrówką i szpulkami nici, i zaczęła się zastanawiać, czy to ona za bardzo wszystko analizuje, czy właśnie teraz jest moment, żeby zareagować, zanim drobne uwagi zamienią się powoli w zasady.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewała — nie od terapeutki, do której zresztą się zapisała, tylko od samej siebie, tydzień później, w środę wieczorem.
Bartek zaproponował, iż wpadnie do niej po pracy, bo miał klucze zapasowe od dawna zostawione „na wszelki wypadek”, jeszcze z tych czasów, kiedy jeździł do niej podlewać kwiaty podczas wyjazdu do Zakopanego. Przyszedł, zobaczył na krześle rozłożoną suknię ślubną klienki, tę samą, przy której szyciu nie odbierała telefonu.
— Ładna — powiedział. — Szkoda, iż nie szyjesz czegoś takiego dla siebie.
Zapytała, co to ma znaczyć.
— Nic, tylko iż gdybyś mniej czasu spędzała w tej pracowni, a więcej myślała o nas, to może byśmy już byli dalej.
Odłożyła nożyczki krawieckie na stół — te same, którymi przed chwilą przycinała koronkę — i spojrzała na niego bez pośpiechu.
— Bartek, w ciągu miesiąca przebrałam się dla ciebie dwa razy, tłumaczyłam ci, kto do mnie pisze, i słuchałam, iż moja najlepsza przyjaciółka mi szkodzi. Teraz mówisz mi, iż moja praca ci przeszkadza.
— Przesadzasz. Ja się tylko o ciebie martwię.
— Wiesz co jest zabawne? Że nigdy niczego mi nie zabroniłeś. Po prostu za każdym razem robiłeś tak, żebym sama zrezygnowała.
Wyjęła z szuflady komórkę, otworzyła aplikację banku — mieli od dwóch tygodni wspólne konto na wakacje w Chorwacji, które planowali na wrzesień, trzy tysiące złotych, które wpłacała po połowie z każdej wypłaty. Na oczach Bartka wybrała opcję zamknięcia konta i przelała swoją część, tysiąc pięćset złotych, z powrotem na swoje osobiste konto.
— Co ty robisz?
— Anuluję wakacje. I klucze mi oddaj, bo od jutra zmieniam zamek, przyjedzie ślusarz z Ochoty na dziewiątą.
Wstał, jeszcze próbował powiedzieć, iż robi z tego dramat, iż przecież nikt jej niczego nie zabraniał, iż to była tylko uwaga o sukni. Odłożył klucze na stół obok nożyczek, bez słowa, i wyszedł, zatrzaskując drzwi mocniej, niż trzeba.
Marta usiadła z powrotem przy sukni ślubnej i dokończyła obrębek, który zaczęła dwie godziny wcześniej. Za oknem, na Puławskiej, przejechał autobus linii 501, ktoś na dole krzyknął do psa, żeby wracał. Nazajutrz rano przyszedł SMS: „Wróciłaś już?”. Nie odpisała. O dziewiątej przyjechał ślusarz i wymienił wkładkę w zamku za sto dwadzieścia złotych.













