Marianne Fritz: Prawo powszedniego ciążenia

instytutsprawobywatelskich.pl 1 godzina temu

To jeden z najważniejszych debiutów w literaturze niemieckojęzycznej XX wieku. W powojennej Austrii, pod powierzchnią odbudowy i sukcesu, rozgrywa się dramat Berty Kschyk. Przytłoczona społecznym pragmatyzmem i emocjonalną obojętnością otoczenia, Berta staje się studium psychicznej izolacji. Tytułowe „prawo powszedniego ciążenia” to nieubłagany ciężar norm, ról i historii, które determinują jednostkę silniej niż jej własna wola. Jej krzyk pozostaje niemy, aż do chwili desperackiego aktu, który ma uchronić dzieci przed „modelującymi łapami życia” (z mat. Wydawcy).

Wydawnictwu Officyna dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

Wilhelmina to nie Berta

Wilhelmina z bolesną precyzją wspominała wydarzenia z 1945 roku.

Łańcuszek z małą Madonną Wilhelm zawiesił na szyi Bercie, nie jej. Choć to Berta, a nie ona, Wilhelmina, nie była już dziewicą, na co wyraźnie wskazywał brzuch Berty. Mimo wszystkich łączących je więzów przyjaźni: może i Berta pasowała do Rudolfa, ale z całą pewnością nie do Wilhelma.

– Rudolf jest taki łagodny i delikatny. Ma dość melancholijną naturę. Potrzebuje silnej, zdecydowanej ręki, osoby twardo stąpającej po ziemi. To marzyciel, fantasta. Potrzebuje prowadzenia. Potrzebuje człowieka, który wie, czego chce. Berto, on po prostu do ciebie nie pasuje.

Czy Wilhelmina mówiła tak niegdyś do przyjaciółki, kiedy ta oznajmiła, jak bardzo podoba jej się Rudolf?

– Berto! Ty nieszczęśnico! Czy nie mogłaś sobie wybrać lepszego momentu na płodzenie dzieci?! Skąd możesz wiedzieć, czy Rudolf w ogóle wróci z frontu?! I to akurat on! Nie potrafi choćby zarżnąć kury, a co dopiero wychować dzieci! Biedak, najpoczciwsza dusza, jaką można sobie wyobrazić, nigdy nie był wielkim chojrakiem, teraz siedzi nie wiadomo gdzie na froncie, a tobie nie przyjdzie do głowy nic lepszego niż rodzenie dzieci! Berto! Toż to szaleństwo!

Czy Wilhelmina mówiła tak niegdyś do Berty, kiedy ta oznajmiła przyjaciółce, iż ostatni urlop Rudolfa nie pozostał bez konsekwencji?

Jeśli nawet, to Wilhelmina zmieniła zdanie o sto osiemdziesiąt stopni w tamtej chwili, kiedy zamiast Rudolfa zjawił się obcy: nazywał się Wilhelm Kschyk i wręczył jej przyjaciółce stokrotkę wraz z listem. Jedno i drugie Berta wzięła z jego rąk niczym drogocenny diadem.

– No tak. No tak – odezwała się.

Nie powiedziała choćby „dziękuję”. Oto obcy przywędrował w tych niepewnych czasach z Frankfurtu nad Odrą do Modrego Dunaju, a jedyne, na co zdobyła się Berta, to: „No tak. No tak”.

Mimo całego bólu – tego było już za wiele! Wilhelm, biedak, nie wiedział nawet, czy powinien coś jeszcze powiedzieć. A co zrobiła Berta Faust? Po prostu zapomniała o Wilhelmie. Usiadła przy stole i wodziła dłonią po obrusie, jakby musiała go wygładzić.

– No tak. No tak – znów powiedziała.

Ani razu nie podniosła wzroku. Cała Berta Faust. Zawsze myślami gdzie indziej, nigdy tu i teraz.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Berta miała szczęście w nieszczęściu, iż była przy tym obecna ona, Wilhelmina. To ona, Wilhelmina, a nie Berta (!), poczęstowała Wilhelma wódką, słoniną i chlebem, skarbami, które na czarnym rynku albo od chłopów udało się kupić po części ojcu Berty, po części jej, Wilhelminie, a nie Bercie (!). Przy jedzeniu Wilhelmina zostawiła najwyraźniej wygłodniałego mężczyznę w spokoju i dopiero gdy Wilhelm zaczął powściągliwiej sięgać po chleb i słoninę, zadała mu pytania, które adekwatnie powinna była postawić mu Berta.

– Dobrze. Rudolf poległ. Podobno wielu spotkał taki los. Chciałabym się jednak dowiedzieć, jak zginął. Czy nastąpiło to szybko? A może trwało długo?

Biedak był oczywiście tak onieśmielony i tak wytrącony z równowagi bynajmniej niezachęcającym milczeniem Berty, iż nie chciał o tym rozmawiać, a przecież raz trzeba o tych sprawach powiedzieć, żeby w końcu mieć je z głowy.

Nie, Berta ani trochę nie przejmowała się człowiekiem, który powrócił z frontu. choćby nad nieszczęściem Berty musiała użalić się ona, Wilhelmina!

– Biedula! Byli dla siebie stworzeni! A teraz to. Dziecko w drodze, a w domu ani jednego mężczyzny. Co za głupota! Cóż może począć ciężarna ze starym grabarzem, do tego własnym ojcem? A przecież w rodzinie Faustów było czterech chłopów na schwał, jeżeli liczyć Rudolfa, zięcia! Toż to można oszaleć! Berto, powiedz coś wreszcie!

– No tak. No tak – powiedziała Berta i zachichotała.

– A z czego tu się śmiać? Co w tym takiego zabawnego? – Oburzona Wilhelmina ofuknęła Bertę, a potem zwróciła się wyłącznie do Wilhelma: – Karl i tak był najporządniejszy spośród trójki chłopaków od Faustów. Bądź co bądź odezwał się jeszcze w marcu czterdziestego piątego. Wiedzieliśmy przynajmniej, iż przebywa w lazarecie pomocniczym w Castel Franco, to gdzieś pod Modeną. ale Richard, jego brat bliźniak, najwyraźniej ociągał się z pisaniem. Nie wysłał ani jednego listu od marca czterdziestego czwartego. A przecież Górny Śląsk nie jest znowu tak daleko, mógł się wystarać przynajmniej o kilka dni urlopu! Wastl też zapomniał, iż w Modrym Dunaju matka i siostra czekają na jakiś znak życia. Wastl w Grajewie, Karl gdzieś pod Modeną, a Richard na Śląsku. Niech pan powie, co to za informacje? Mogli przynajmniej przekazać przez kogoś list dla rodziny, na wypadek gdyby oberwali. Przecież musieli się z tym liczyć? Berto, powiedz no coś!

Berta milczała.

– Nie. Tak dalej być nie może! Coś musi się wydarzyć! A co z panem? Chyba zostanie pan w Modrym Dunaju? Teraz wszystkie miasta są do siebie mniej lub bardziej podobne. Stosy ruin wszędzie wyglądają tak samo. Dzisiaj w każdym miejscu trzeba zaczynać od nowa. Chłopcy Faustów spali tu obok. Trzy puste łóżka, dwie bieliźniarki, stół oraz trzy krzesła, tyle chyba panu wystarczy?

Wilhelmina spojrzała wyczekująco na Wilhelma.

Został. ale najważniejszy pierścionek, który należał jej się adekwatnie od pierwszego dnia, założyła dopiero trzynastego stycznia 1960 roku. Tak czy owak. Nosiła go.

Łańcuszek z małą Madonną przez cały czas jednak znajdował się w posiadaniu Berty.

Wilhelm nie przypuszczał, iż łańcuszek z małą Madonną wzbudza w Wilhelminie tak wielką żądzę działania. Zdążył już zapomnieć o łańcuszku z małym wizerunkiem Madonny.

Wilhelmina wątpliwości i roztrząsania stawiała na równi z alkoholizmem czy uzależnieniem od nikotyny i narkotyków, na co Wilhelm przystawał z pewnym „ale”, „za” i „przeciw”. Przez te wszystkie lata Wilhelmina przywykła, iż w dyspucie małżeńskiej z sukcesem przeforsowuje swoje opinie, a Wilhelm uzupełnia je jedynie o pewne „ale”, „za” i „przeciw”. Wraz z tym nawykiem rosło poczucie dyskomfortu, które odczuwała niewyraźnie i streszczała w okrzyku:

– Wilhelmie, coś się musi wydarzyć!

W domu wszystko było zorganizowane jak w zegarku; praca sprzątaczki w pomieszczeniach biurowych doktora Ulricha Reichmanna i filii biura Mueller-Rickenberga w mieście Modry Dunaj spełniała swój cel ekonomiczny, a do czasu zaspokajała także chęć działania Wilhelminy.

Resztę energii kobieta zużytkowywała w drobiazgowych dysputach małżeńskich. Na dłuższą metę nie dało się tego ignorować. Zapał Wilhelminy domagał się nowego, poszerzającego horyzonty pola działania. W końcu więc, po długoletnich roztrząsaniach, postanowiła nieodwołalnie zająć się sprawą Berty. Kiedy szybkimi, zręcznymi ruchami rąk przygotowywała śniadanie, zaczęła dojrzewać w niej myśl: „Dzisiaj należy raz na zawsze załatwić sprawę Berty”.

Wilhelm dzielnie żywił nadzieję, iż uda się uniknąć owego ciosu. Zresztą uczciwie o to walczył – przez trzy lata, bądź co bądź, z sukcesem. ale Wilhelm robił się starszy, a z wiekiem, chcąc nie chcąc, musiał wyciągnąć wnioski z dobrze znanego sobie faktu: „Wilhelmina to nie Berta”.

– Nie ruszajmy tych spraw! Już się wydarzyły! Co się stało, to się nie odstanie.

W minionych trzech latach słowa te aż nadto często padały jako przedostatni przyczynek w małżeńskich dyskusjach. Jego ostatni. Małżonka, rezolutna Wilhelmina, zawsze czuła się w obowiązku dołożyć do ich dysputy ostatnią cegiełkę, a to dlatego, iż na wszystko miała niezawodną odpowiedź, która podważała słowa jej rozmówcy, Wilhelma. Ten zaś, przekonany, iż każda wymiana zdań wymaga zwycięzcy i przegranego, ogra­niczył się do roli tego ostatniego, co w żaden sposób nie wzbudzało w nim niepokoju. O wiele bardzie martwiło go narastające przekonanie, iż jego Wilhelmina mogłaby nie tylko wygłaszać swoje rezolutne opinie i poglądy, ale także ewentualnie chcieć wcielić je w życie.

– Pobraliśmy się trzynastego stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego.

Tymi słowami, trzynastego stycznia 1963 roku, Wilhelmina, skłonna za wszelką cenę znaleźć nowe pole działania, rozpoczęła rozmowę przy śniadaniu. Z ponurym zdecydowaniem rozbijała łyżeczką skorupkę na czubku jajka.

– Trzynastego stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego Berta miała urodziny – odparł Wilhelm, starając się sprawiać szczególnie obojętne i łagodne wrażenie, przede wszystkim zaś emanować spokojną prostotą, gdy tymczasem mgliste przeczucia na podobieństwo zjaw snuły się po zakamarkach jego umysłu, co (a to z kolei dało do myślenia Wilhelminie) uwidoczniło się w jego uśmiechu.

Wilhelm, uśmiechacz

Uśmiechem Wilhelm w niezwykły sposób potrafił zjednywać sobie ludzi. Znajdowało to swoje odzwierciedlenie w sutych napiwkach, które przesympatycznie uzupełniały jego pensję szofera i chłopca na posyłki u Johannesa Mueller-Rickenberga, w budżecie państwa Kschyków zaś były zapisywane jako stałe dodatki. Owe dodatki w niezwykły sposób wspierały talent Wilhelma do uśmiechu. Wilhelm, uśmiechacz, wiedział, iż w uśmiechaniu się najważniejsze jest odpowiednie połączenie składników, podobnie jak w gotowaniu liczą się odpowiednie przyprawy. Dla Wilhelma, szofera i chłopca na posyłki, istotne było przede wszystkim adekwatne oszacowanie przewożonego ładunku.

Swoim uśmiechem Wilhelm oznajmiał Johannesowi Mueller-Rickenbergowi, iż jest skromny i trochę tępy, ale także dyskretny, a jako szofer i chłopiec na posyłki – bystry, obrotny i niezawodny. Ponadto chlebodawca Johannes wiedział, iż jego Wilhelm widzi wszystko i nic, słyszy wszystko i nic, rozumie wszystko i niczego nie pojmuje. Krótko mówiąc, Wilhelm był przykładnym szoferem i idealnym chłopcem na posyłki. A o to, żeby taki obraz utrwalił się w świadomości pracodawcy, Wilhelm dbał dzięki swojego uśmiechu. Wiedział dobrze, kiedy przemycić do receptury kolejną szczyptę uległości, a tępotę rozcieńczyć odrobiną sprytu, wiedział, kiedy, gdzie i w jakiej sytuacji uśmiech ma sygnalizować jego nieobecność albo obecność, uśmiechem potrafił utwierdzić tę czy inną przewożoną osobę w tym, co sama od zawsze wiedziała. Uśmiechał się więc jak sceptyk, myśliciel i mędrzec, jak głupiec i spryciarz, jak jasnowidz i oferma, jak gorliwy, najuniżeńszy sługa i jak przekorny, bez wątpienia zdolny do krytycznego myślenia umysł, i nigdy nie czynił tego w sposób prostacki i jednoznaczny, zawsze tylko do pewnego stopnia, stale w gotowości, żeby ten czy ów niuans w swoim uśmiechu stłumić, uwypuklić czy choćby zatrzeć. Ta jego już i tak znacząca zdolność do zniuansowanego uśmiechu była niezwykle wspierana nie tylko dzięki stałym dodatkom. Również usposobienie skłaniające się ku pewnym „ale”, „należy przemyśleć”, „biorąc pod uwagę okoliczności”, „za, jeżeli się zastanowić”, „przeciw, jeżeli uwzględnić” wzbogacało różnorodność Wilhelmowego uśmiechu.

Wierzył we wszystko i w nic, wątpił we wszystko i w nic, urodzony marzyciel, który nie marzy. Innymi słowy, był godnym reprezentantem swojego narodu.

Marianne Fritz, Prawo powszedniego ciążenia, Officyna, 2026, tłumaczenie Małgorzata Gralińska

Idź do oryginalnego materiału