Marianna uchyliła okno.Turkot dorożek stawał się wyraźniejszy.Poranne słońce zalało parapet okienny i kawałek drewnianej podłogi. Z daleka słychać było stukot kół, pokrzykiwania woźniców i parskanie koni. Trzeba będzie zaraz je zawrzeć - przemknęło jej przez myśl - odchody końskie nigdy nie były do końca posprzątane i ich zapach wdzierał się wszędzie. Marianna nie mogła się już doczekać cieplejszych dni, bo wtedy można było wyjść do miejskiego ogrodu z daleka od smrodu i hałasu.Dziewczyna z zapałem zabrała się sprzątania pokoju. Zamoczyła ścierkę w wiaderku z wodą i poczęła energicznie zmywać. - Marianka! - usłyszała wołanie swojej pani - Przyjdź tu zaraz!Dziewczyna rzuciła z impetem ścierkę na podłogę i pobiegła do pokoju pani.Pani Kosterska leżała jeszcze w łóżku w swojej sypialni. Mariankę uderzył lekki zaduch przepoconej pościeli pomieszany z zapachem lekarstw. Pani Kosterska leżała pod wielką pierzyną i lekko pokasływała, a gardło miała owinięte pomarańczową chustką. - No, jesteś wreszcie - ucieszyła się chora. Wytrząsnęła z sakiewki garstkę monet i podała dziewczynie. - Leć do apteki pana Artwińskiego i kup mi cukierków na kaszel i poproś jeszcze o pigułki doktora Clin. A jak będziesz wracać to za resztę kup trochę bułek z piekarni.Dziewczyna wyjąknęła tylko: dobrze, psze pani, zabrała drobne i pognała do sieni założyć chustę, bo choć słońce świeciło, chłód jeszcze dawał się we znaki.Kiedy zatrzasnęła za sobą furtkę, uśmiechnęła się. Nie przepadała za swoją panią, zwłaszcza gdy chorowała. Apolonia Kosterska marudna była i zawsze ze wszystkiego niezadowolona. Odkąd jej mąż przeniósł się w zaświaty, stawała się nie do wytrzymania.Rzadko kiedy miała dobry humor.Wymknęła się zza furtki i wypadła na ulicę. Wprawdzie do apteki miała dwa kroki, ale pragnęła jak najdłużej pobyć poza domem. Poczekała aż przejadą trzy fury i dorożka zanim przeszła na drugą stronę ulicy. Potem rozejrzawszy się wokół zapatrzyła się na damulkę w modnej sukni i pelerynie, marząc o podobnym stroju. Niestety jako córka ubogich rodziców nie miała na takie fanaberie odzieżowe żadnych szans. Westchnęła tylko i powlokła się w stronę apteki pana
Artwińskiego. Kiedy wracała jeszcze wolniejszym krokiem niż dotychczas i co chwila przystawając, usłyszała damski głos:- Panienko, którędy do katedry?Obejrzała się. Przed nią stała gruba jejmość w kapeluszu i pelerynie nałożonej na staromodną suknię. Towarzyszył jej chłopak kilka starszy od Marianki z potarganą czupryną.













