Wróżba, której nigdy nie zapomniała
Maria była młodą mężatką, kiedy zaszła w pierwszą ciążę. Razem z mężem mieszkała wówczas na wsi, w domu swoich rodziców. Były to lata 70., a życie wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Po okolicznych miejscowościach wędrowały romskie rodziny. Niektóre kobiety proponowały wróżenie z ręki, otrzymując w zamian produkty spożywcze, najczęściej jajka, mleko lub inne rzeczy, którymi mogli podzielić się gospodarze. Pewnego dnia Maria, będąca już w zaawansowanej ciąży, siedziała na schodach przed rodzinnym domem. Podeszła do niej nieznajoma Romka i zaproponowała wróżbę. Maria początkowo odmówiła. Nie interesowało jej przepowiadanie przyszłości, a kobieta była dla niej zupełnie obcą osobą. Tamta jednak nalegała tak długo, aż przyszła matka w końcu wyciągnęła rękę. Nieznajoma przyjrzała się jej dłoni, a później spojrzała głęboko w oczy. Powiedziała, iż Maria urodzi córkę, z którą będzie miała w życiu wiele problemów. Zapowiedziała również narodziny drugiego dziecka, tym razem chłopca. Wtedy jej zachowanie niespodziewanie się zmieniło. Spuściła wzrok, na chwilę zamilkła, a następnie wypowiedziała słowa, które Maria zapamiętała na następne dziesięciolecia: "Pamiętaj, będziesz go bardzo kochać".
Młoda kobieta była zaskoczona. Nie wiedziała jeszcze nawet, czy pierwsze dziecko będzie dziewczynką, ponieważ w tamtych czasach nie wykonywano powszechnie badań ultrasonograficznych, pozwalających ustalić płeć przed narodzinami. Najbardziej zastanawiało ją jednak ostatnie zdanie. Dlaczego miałaby kochać syna bardziej niż córkę? Czy nie będzie przecież darzyć obojga dzieci takim samym uczuciem? Wróżba wydała jej się dziwna, ale z czasem wracała do niej myślami. W 1976 roku Maria urodziła córkę Monikę. Trzy lata później, w 1979 roku, na świat przyszedł jej syn Sylwester. Kolejność narodzin zgadzała się więc ze słowami nieznajomej. Maria nie traktowała tego jako dowodu, iż ktoś rzeczywiście potrafi przewidzieć przyszłość. Zapamiętała jednak niezwykły ton, w jakim kobieta mówiła o chłopcu, i wyraz jej twarzy, kiedy nagle przerwała wróżenie.
Sylwek nie potrafił usiedzieć w miejscu
Po narodzinach dzieci Maria i jej mąż przeprowadzili się ze wsi do mieszkania w bloku. Oboje pracowali zawodowo i musieli pogodzić obowiązki z wychowywaniem córki i syna. Organizowali życie w taki sposób, aby dzieci nie pozostawały bez opieki. Kiedy mąż wychodził do pracy na pierwszą zmianę, Maria pracowała na drugą. Wymieniali się obowiązkami i starali się, żeby zawsze jedno z nich było w domu. Monika i Sylwester dorastali razem, ale różnili się temperamentem. Syn, którego bliscy nazywali Sylwkiem, od najmłodszych lat był niezwykle ruchliwym dzieckiem. Wszędzie było go pełno, uwielbiał odkrywać nowe miejsca i wpadał na pomysły, które potrafiły przyprawić rodziców o ogromny strach. Maria nieustannie musiała uważać, żeby podczas kolejnych zabaw nie zrobił sobie krzywdy. Szczególnie mocno przeżywała każdą sytuację, w której jego zdrowiu mogło zagrażać niebezpieczeństwo. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce, gdy Sylwek miał około czterech lat. Chłopiec umył sobie głowę i postanowił ją wysuszyć. W pewnym momencie wpadł na pomysł, żeby włożyć metalowy gwóźdź do gniazdka elektrycznego. Doszło do porażenia prądem. Na szczęście zdarzenie zakończyło się stosunkowo niewielkim oparzeniem palca. Sylwek był przerażony i bardzo płakał. Maria również przeżyła ogromny strach, zdając sobie sprawę, jak kilka brakowało do tragedii. Kilka lat później, podczas pobytu na wsi, doszło do kolejnego wypadku. Sześcioletni wówczas Sylwek bawił się na górnym poziomie stodoły. Zauważył kota i zaczął za nim podążać. Zwierzę przeskoczyło na drugą stronę, a chłopiec próbował zrobić to samo. Nie udało mu się jednak bezpiecznie wylądować i spadł z wysokości. Trafił do szpitala, gdzie stwierdzono wstrząśnienie mózgu. Dla Marii każde podobne wydarzenie było źródłem ogromnego lęku. Wiedziała, iż syn jest energiczny i interesujący świata, ale coraz częściej towarzyszyło jej trudne do wyjaśnienia przeczucie, iż pewnego dnia może stać mu się coś poważnego. W takich chwilach przypominała sobie kobietę spotkaną podczas pierwszej ciąży. Nie potrafiła wskazać konkretnego powodu, dla którego wróżba tak mocno utkwiła jej w pamięci. Zastanawiała się jednak, czy nieznajoma chciała powiedzieć jej coś więcej, niż odważyła się wypowiedzieć. Sylwek dorastał, a rodzice próbowali zapewnić mu i Monice spokojne dzieciństwo. Maria obserwowała, jak jej mały, pełen pomysłów chłopiec zmienia się w młodego mężczyznę. Z biegiem lat zaczął jednak wypowiadać słowa, które niepokoiły ją znacznie bardziej niż jego dziecięce wybryki. Mówił bliskim, iż nie będzie długo żył. Czasami pokazywał im swoją dłoń i krótką, jego zdaniem, linię życia. Matka za każdym razem próbowała ucinać podobne rozmowy. Nie chciała, żeby syn myślał o śmierci, kiedy całe dorosłe życie było jeszcze przed nim.
Szczęście nie trwa wiecznie
W 1997 roku życie Marii ponownie się zmieniło. Lekarze zdiagnozowali u niej złośliwy nowotwór piersi. Konieczne było usunięcie chorej piersi oraz chemioterapia. Kobieta musiała zrezygnować z pracy zawodowej i przejść na rentę. Leczenie było trudne, a przyszłość niepewna, jednak Maria nie zamierzała się poddawać. Miała rodzinę, dla której chciała żyć, i dzieci, które właśnie wkraczały w dorosłość. Ostatecznie udało jej się pokonać chorobę. W tym samym roku Sylwester obchodził osiemnaste urodziny. Podczas rodzinnego spotkania doszło do rozmowy, którą jego bliscy zapamiętali na zawsze. Chłopak rozpłakał się i zapytał ojca, dlaczego częściej przytula córkę, a jemu nie okazuje czułości w podobny sposób. Mężczyzna odpowiedział, iż przecież jest już dorosłym chłopakiem i trudno mu wyobrazić sobie, żeby mieli się przytulać i całować tak jak ojciec z córką. Wtedy Sylwester powiedział coś, czego nikt się nie spodziewał. "Tato, ale ja nie będę długo żył". Obaj zaczęli płakać. Dla ojca była to poruszająca chwila, choć nie miał żadnych powodów, by sądzić, iż słowa syna mogą się kiedyś spełnić.
Pomimo problemów zdrowotnych, Maria starała się uczestniczyć w życiu najbliższych. W 1998 roku została babcią po raz pierwszy, kiedy jej córka Monika urodziła dziewczynkę. Rok później w rodzinie pojawił się kolejny wnuk. Narodziny dzieci były dla niej źródłem euforii po miesiącach spędzonych na leczeniu onkologicznym. Mogła obserwować, jak rodzina się powiększa, a jej dorosłe dzieci zaczynają budować własne życie. Nie spodziewała się jednak, iż niedługo sama ponownie trafi do szpitala, tym razem z powodu poważnych obrażeń. W 1999 roku Maria została potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych. Wypadek zakończył się złamaniem miednicy i nogi oraz wstrząśnieniem mózgu. Obrażenia wymagały leczenia operacyjnego, a uszkodzoną kończynę trzeba było ustabilizować metalowymi śrubami. Przez dłuższy czas kobieta poruszała się o kulach, stopniowo odzyskując sprawność. Niedawno walczyła z nowotworem, teraz musiała przejść kolejną, trudną rekonwalescencję. Nie była to jednak ostatnia tragedia, z którą przyszło jej się zmierzyć.
Sylwester założył własną rodzinę
W tym czasie Sylwester układał sobie życie u boku Eweliny, dziewczyny, z którą spotykał się już od dłuższego czasu. Oboje darzyli się silnym uczuciem i planowali wspólną przyszłość. Kiedy okazało się, iż Ewelina spodziewa się dziecka, postanowili wziąć ślub. Zamieszkali na wsi, gdzie zaczęli prowadzić własne gospodarstwo domowe. Dla Marii był to istotny etap w życiu syna. Chłopak, którego jeszcze niedawno trzeba było pilnować podczas dziecięcych zabaw, miał zostać mężem i ojcem. W 2000 roku na świat przyszedł ich syn Oskar. Sylwester był bardzo związany zarówno z żoną, jak i z dzieckiem. Bliscy zapamiętali go jako kochającego męża i troskliwego ojca, który cieszył się z narodzin chłopca. Pracował i starał się zapewnić rodzinie utrzymanie, a do pracy dojeżdżał rowerem. Młode małżeństwo miało przed sobą plany związane z wychowywaniem syna i wspólnym życiem. Maria cieszyła się, iż Sylwester znalazł szczęście u boku Eweliny, z którą sama utrzymywała serdeczne relacje. Mimo iż syn miał już własny dom, w rozmowach z najbliższymi przez cały czas zdarzało mu się wspominać o śmierci. Twierdził, iż jego życie nie potrwa długo, a przekonanie to wiązał między innymi z wyglądem linii na swojej dłoni. Nie były to słowa wynikające z jakiejkolwiek znanej rodzinie diagnozy medycznej. Maria nie chciała słuchać podobnych wypowiedzi. Prosiła go, żeby przestał mówić o umieraniu, ponieważ miał żonę, małe dziecko i wiele powodów, by myśleć o przyszłości. Dopiero po latach bliscy zaczęli wracać pamięcią do tych rozmów i nadawać im inne znaczenie. W 2004 roku doszło do zdarzenia, które rodzina zapamiętała szczególnie dokładnie. Pewnego popołudnia Sylwester wrócił z pracy do domu. Stał w przedpokoju, kiedy znajdujące się przed nim lustro nagle pękło i rozpadło się na drobne kawałki. Według relacji bliskich mężczyzna nie dotykał go ani nie wykonywał żadnego ruchu, który mógłby spowodować uszkodzenie. W domu przebywała również jego siostra Monika. Widok rozbitego szkła wywołał u niej niepokój, ponieważ odebrała to jako zły znak. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego lustro pękło właśnie w tamtej chwili. Sylwester nie czuł się wtedy najlepiej, ale nie przypuszczał, iż może wydarzyć się coś poważnego. Następnego ranka zamierzał normalnie pojechać do pracy. Miał do pokonania znaną sobie trasę, którą wielokrotnie przemierzał rowerem. W domu zostawiał żonę i czteroletniego synka. Nie wiedział, iż będzie to jego ostatnia droga do pracy.

Nigdy nie wrócił do domu
W 2004 roku Sylwester wsiadł rano na rower i wyruszył do pracy. Trasa prowadziła wąską drogą, którą dobrze znał. W pewnym momencie nadjechał samochód dostawczy marki Iveco. Według relacji rodziny Sylwester był przekonany, iż kierowca zdoła go bezpiecznie wyminąć. Tak się jednak nie stało. Podczas mijania pojazd zahaczył go lusterkiem w głowę, a młody mężczyzna doznał rozległych obrażeń, również w obrębie klatki piersiowej. Przez kilka minut jeszcze żył, ale odniesione urazy okazały się śmiertelne. Zmarł mając niecałe 25 lat. W domu czekała na niego żona Ewelina i ich czteroletni syn Oskar. Chłopiec był jeszcze zbyt mały, by w pełni zrozumieć, dlaczego tata nie wrócił z pracy. Dla Eweliny śmierć męża oznaczała utratę człowieka, z którym chciała spędzić życie i wychować dziecko. Musiała zmierzyć się z żałobą, a jednocześnie pozostać oparciem dla synka. Tragiczna wiadomość dotarła również do rodziców i siostry Sylwestra. Nikt z nich nie był przygotowany na to, iż zwykły poranek zakończy się śmiercią młodego mężczyzny. Dla Marii był to moment, w którym dotychczasowe życie straciło sens. Przez lata walczyła o zdrowie własne i swoich dzieci, a teraz musiała pogodzić się z czymś, przed czym nie mogła syna ochronić. Po jego śmierci niemal przestała jeść. Całymi dniami płakała, piła kawę i paliła papierosy. Nie potrafiła odnaleźć się w codzienności, która jeszcze niedawno wydawała się tak oczywista. Każda próba powrotu do zwykłych obowiązków przypominała jej, iż Sylwek już nigdy nie zadzwoni, nie odwiedzi jej ani nie usiądzie przy rodzinnym stole. Stan psychiczny Marii pogarszał się na tyle, iż trafiła na oddział, gdzie otrzymała pomoc z powodu depresji. W czasie leczenia rozmawiała również z księdzem. Duchowny próbował pomóc jej zaakceptować to, czego nie mogła zmienić, i odnaleźć siłę do dalszego życia. Nie sprawiło to, iż przestała tęsknić za synem. Z czasem zaczęła jednak rozumieć, iż wciąż ma rodzinę, która jej potrzebuje. Powoli wracała do codziennych zajęć, choć żałoba pozostała częścią jej życia. Wspierała również Ewelinę i małego Oskara. Mimo śmierci Sylwestra więź między nimi nie została zerwana. Maria wraz z mężem pomagała synowej w wychowywaniu chłopca i starała się uczestniczyć w jego dorastaniu. Oskar był dla nich nie tylko ukochanym wnukiem, ale także dzieckiem, któremu Sylwester nie zdążył towarzyszyć przez kolejne lata życia. Maria chciała, aby chłopiec wiedział, kim był jego tata i jak bardzo kochał swoją rodzinę.
Po dziesięciu latach pożegnała również męża
W 2014 roku Maria musiała zmierzyć się z kolejną stratą. Jej mąż zachorował na nowotwór płuc. Mężczyzna, z którym wychowywała dzieci, dzieliła codzienne obowiązki i przechodziła przez najtrudniejsze chwile, zmarł. Byli zawsze razem, choć ich wspólne życie naznaczyły ciężkie choroby, wypadki i tragedia, której oboje doświadczyli jako rodzice. Maria straciła człowieka, który najlepiej rozumiał, przez co przeszła po odejściu Sylwestra, ponieważ sam przeżywał tę samą żałobę. Rok później, w 2015 roku, w rodzinie pojawiła się wiadomość o kolejnej ciąży. Najstarsza wnuczka Marii, córka Moniki, spodziewała się dziecka. Kiedy dowiedziała się, iż urodzi chłopca, zaczęła zastanawiać się nad imieniem. Szczególne miejsce w jej wspomnieniach zajmował wujek Sylwester, który bardzo ją kochał. Postanowiła więc zapytać babcię, czy mogłaby nazwać syna właśnie po nim. Dla Marii było to niezwykle poruszające pytanie. Rozpłakała się, słysząc, iż po tylu latach wnuczka przez cały czas pamięta o jej synu i chce uczcić go w tak osobisty sposób. Nie sprzeciwiła się temu pomysłowi. Przeciwnie, powiedziała, iż będzie jej bardzo miło, jeżeli kolejny chłopiec w rodzinie otrzyma imię Sylwester. W ten sposób imię, które przez lata kojarzyło się jej przede wszystkim z bolesną stratą, ponownie pojawiło się w codziennym życiu najbliższych.
Maria nigdy nie zapomniała również spotkania z nieznajomą kobietą na schodach rodzinnego domu. Po śmierci syna wielokrotnie wracała myślami do tamtej rozmowy. W jej pamięci pozostało zarówno tamto spojrzenie, jak i uczucie niepokoju, którego wówczas nie potrafiła zrozumieć. Dziś Maria jest kobietą, która przeżyła nowotwór, poważny wypadek i śmierć dwóch najbliższych mężczyzn. Wie, czym jest wielomiesięczne leczenie, fizyczny ból i samotność po odejściu męża. Jednak kiedy wraca wspomnieniami do własnego życia, jedna strata pozostaje dla niej najtrudniejsza. To śmierć Sylwestra, którego wychowała, widziała dorastającego, a później musiała pochować.
- Nie ma nic gorszego niż pochować własne dziecko. Każdą inną stratę jakoś można przeboleć - mówi Maria.







