Marek wrócił do mieszkania w Warszawie i ujrzał niepokojącą scenę nigdzie nie było jego żony. Brak żony i ich rocznego synka wywołał w nim zdziwienie i lęk. Zdeterminowany, by wyjaśnić sytuację, Marek podszedł do sąsiada, aby zapytać o żonę, gdy nagle ten sam sąsiad wyszedł na klatkę z malutkim synem Marka w ramionach, jakby wszystko działo się przez zasłonę snu.
Okazało się, iż żona Marka, Wioletta, powierzyła synka opiece sąsiada, bo musiała pilnie wyjść sprawdzić coś ważnego. Choć sąsiad, pan Zbigniew, miał niemałe doświadczenie w opiece nad dziećmi, Marek nie mógł pozbyć się myśli, co tak nagle zmusiło Wiolettę do odejścia. Był jednak wdzięczny żonie zostawiła mu w mikrofali pierogi, które zdawały się szepczące i dmuchające parą niczym małe duchy.
Czas przeciekał przez palce pół godziny, godzina, dwie, pięć a niepokój Marka rósł jak rosnąca fala na Wiśle. Próbował dzwonić do Wioletty, ale ona nie reagowała na jego liczne telefony, jakby sygnały były zaszyte w gęstej mgławicy. Minuty ciągnęły się jak makaron, a zmartwienie ciemniało coraz bardziej. W końcu Marek ułożył synka do snu, czekając na znak od żony.
Wreszcie nadeszło upragnione połączenie. Marek podszedł do telefonu z podekscytowaniem, zalewając Wiolettę pytaniami gdzie była, co robiła, dlaczego tak długo się nie odzywała. Jednak, jakby przebywała w innym wymiarze, Wioletta wymijała odpowiedzi. Zamiast tego powiedziała, iż nie zamierza wrócić do domu, jakby jej głos płynął przez noc deską do prasowania, i oznajmiła, iż zostawia syna pod opieką Marka na zawsze.
Zszokowany i przygnębiony, Marek nie mógł uwierzyć własnym uszom. Trzymał się telefonu, mając nadzieję, iż to tylko koszmarny żart, ale rzeczywistość była jak zimna poranna rosa. Na barki Marka spadła nowa, przerażająca odpowiedzialność miał zostać samotnym rodzicem, matką i ojcem jednocześnie, wychowując syna w bloku, gdzie cienie zdają się czasem tańczyć po ścianach.









