Kot siedział na parapecie i patrzył w dół na podwórko, gdzie gołębie dzieliły skórkę chleba. A Janusz patrzył na kota. Siedem lat mieszkali razem, nie licząc żony Grażyny i córki Wandy. Ale kot Rudy był właśnie jego. Od pierwszego dnia, gdy trzymiesięczna kłaczka wczepiła mu się w sweter i zasnęła w zgięciu łokcia.
Grażyna gotowała rosół, a po kuchni płynął zapach lubczyku. Wanda, dwunastoletnia, siedziała przy stole, przesuwając palcem po ekranie telefonu. Zwykły sobotni wieczór, jakich było setki i będzie tyle samo. Ale Janusz zauważył, iż córka zerka na matkę wyczekująco. A matka, mieszając zupę, kiwa jej nieznacznie, jakby się wcześniej umówiły.
– Tato – zaczęła Wanda tym głosem, którym prosi się o nowy telefon albo zgodę na nocleg u koleżanki.
Janusz odłożył gazetę.
– No?
– U Ewy kotka urodziła. I jednego kociaka nikt nie chce. Trochę utyka, przednia łapka krzywa. Chcą go… no…
Nie dokończyła, ale i tak było jasne. Janusz spojrzał na Grażynę. Ta energicznie mieszała rosół, choć mieszać już nie było czego.
– Nie – powiedział. Nie złośliwie, nie ostro. Po prostu.
– Ale czemu?
– Bo mamy Rudego. Ma siedem lat, przywykł być sam. Przyciągniecie drugiego – będą walki, znaczenie terenu, jeszcze więcej sierści. Jestem przeciw.
Wanda spojrzała na matkę. Grażyna wyłączyła gaz pod garnkiem i usiadła obok męża.
– Janku, kociak ma trzy miesiące. Łapka źle się zrosła. jeżeli go nie zabiorą, Ewa odwiezie do schroniska, a stamtąd takich nie biorą.
Janusz rozumiał. Ale nie kiwnął głową.
– Jestem przeciw – powtórzył i podniósł gazetę.
***
Minął tydzień. Wanda już nie prosiła, ale przy kolacji podawała mu chleb w milczeniu. A Grażyna przestała pytać, jak minął dzień w pracy. Janusz czuł to jak przeciąg: niby okna zamknięte, a ciągnie.
W piątek Wanda wróciła ze szkoły z czerwonymi oczami. Plecak rzuciła przy drzwiach, poszła do swojego pokoju. Grażyna weszła do córki, po dziesięciu minutach wyszła.
– Co? – zapytał Janusz.
– Ewa powiedziała, iż kociaka jutro rano odwiozą. Znalazło się schronisko na obrzeżach, ale Wanda widziała zdjęcia stamtąd. Klatki małe, ze dwieście kotów, smród…
Grażyna nie naciskała. Po prostu opowiedziała i poszła zmywać naczynia.
Janusz został sam na korytarzu. Z pokoju Wandy nie dobiegał żaden dźwięk, co było gorsze niż płacz.
Rano Janusz wstał najwcześniej. Tak wcześnie podnosił się tylko na ryby, a sezon jeszcze się nie zaczął. W kuchni paliła się lampa nad kuchenką, za oknem szarzało. Naciągnął kurtkę, wziął klucze od samochodu i wyszedł.
Adres Ewy znalazł w telefonie Wandy poprzedniego wieczoru, gdy córka spała. Zapisał na karteczce, wsunął do kieszeni kurtki.
Pod blokiem Ewy zaparkował i wybrał numer.
– Halo? – głos zaspany, niezadowolony.
– Tu Janusz, ojciec Wandy. Kociak jeszcze u was?
Pauza.
– Tak… Tak, jeszcze. O jedenastej przyjadą ze schroniska.
– Nie trzeba. Zabiorę. Zaraz wchodzę.
Odłożył słuchawkę i posiedział chwilę w samochodzie.
Ewa otworzyła w szlafroku, w milczeniu podała karton po butach. W środku na starym ręczniku siedział kociak. Szary, pręgowany, chudy. Przednia łapka sterczała nieco na bok, jakby złożona naprędce. Oczy żółte, przestraszone.
– Jest cichy – powiedziała Ewa. – Prawie nie miauczy. Je wszystko. Do kuwety przyuczony.
Janusz kiwnął, wziął karton i poniósł do auta.
Wrócił do domu, gdy wszyscy jeszcze spali. Postawił karton na podłodze w przedpokoju, zdjął kurtkę. Kociak w środku nie wydawał żadnego dźwięku. Janusz zajrzał: zwierzak skulił się w kącie i patrzył na niego z dołu do góry, nie mrugając.
– I co ja mam z tobą zrobić? – cicho powiedział Janusz.
Kociak podniósł krzywą łapkę, jakby chciał dosięgnąć jego palca, ale nie sięgnął. Janusz westchnął. Poszedł do kuchni, nalał do spodka mleka. Potem przypomniał sobie, iż małym nie wolno mleka, wylał, wyjął z lodówki gotowanego kurczaka, drobno pokroił.
Gdy wrócił do przedpokoju ze spodkiem, Rudy już siedział obok kartonu. Patrzył do środka. Ogon nie drgał, grzbiet się nie wyginał.
Kociak wygramolił się z kartonu, kulejąc, doszedł do spodka i zaczął jeść. Rudy parsknął i poszedł na swój fotel. Żadnej bijatyki, żadnego syczenia.
Wanda znalazła kociaka pierwsza. Janusz usłyszał z sypialni stłumiony pisk, potem szybkie kroki, i córka wpadła do nich z kociakiem na rękach.
– Mamo! Mamo, skąd?!
Grażyna usiadła na łóżku, przecierając oczy. Popatrzyła na kociaka, potem na Janusza. Ten leżał z założonymi za głowę rękoma i starannie wpatrywał się w sufit.
– Tato? – Wanda odwróciła się do niego. Głos drżał. – To ty?
– Będziecie wrzeszczeć – oddam z powrotem – mruknął Janusz, nie odrywając wzroku od sufitu.
Wanda usiadła na brzegu łóżka i rozpłakała się. Nie tak, jak w szkole płaczą z żalu, ale inaczej – gdy nie umie się wytłumaczyć. Kociak w jej rękach znieruchomiał, przywierając do swetra.
Grażyna nic nie powiedziała. Położyła dłoń na ręce Janusza i ścisnęła. Szybko, krótko. Potem wstała i poszła do kuchni nastawić czajnik.
Kociaka nazwali Kudłaty. Wanda chciała Hrabia, ale Janusz stwierdził: jaki hrabia, on z kartonu, będzie Kudłaty. I Kudłaty przyjął się, jakby zawsze tu mieszkał. Rudy pierwszego tygodnia omijał go z daleka, drugiego zaczął znosić, a pod koniec miesiąca spali na jednym fotelu. Rudy – rudy, istotny – i Kudłaty – szary, z wystającą łapką, wtulony w jego bok.
Janusz patrzył na nich wieczorami i milczał. Grażyna kiedyś spytała:
– Przecież byłeś przeciwny. Co się zmieniło?
Zamilkł, podrapał Kudłatego za uchem. Ten zamruczał i przymknął oczy.
– Wanda płakała. A ja przez ścianę wszystko słyszałem. I pomyślałem: ja tu naprawiam wszystko dookoła, a tu nie ma co naprawić – wystarczy wziąć i przywieźć. Prościej się nie da. A ja się upierałem o co? O sierść?
Grażyna uśmiechnęła się i nic nie dodała.
Po pół roku Kudłaty urósł, łapka była krzywa, ale ganiał po mieszkaniu jak szalony, strącając kapcie i wskakując na szafę. Rudy tylko odprowadzał go wzrokiem.
A Janusz czasem przyłapywał się na tym, iż wieczorem na kanapie na kolanach leży Rudy, na ramieniu śpi Kudłaty, w telewizji leci mecz, a on nie słyszy wyniku, bo boi się poruszyć.
I to, proszę państwa, było lepsze niż jakikolwiek wynik.











