– Mamo, znowu zaczynasz! – Bożena uderzyła dłonią w stół.
– Umówiłyśmy się, iż pomożesz z kredytem!
– Nie umówiłyśmy się – odparła spokojnie Helena Nowak.
Mieszała łyżeczką herbatę, nie patrząc na córkę.
– Ty sama założyłaś, iż pomogę.
– Jak to nie? – oburzyła się Bożena. – Mówiłaś, iż się zastanowisz!
– Zastanowiłam się. I nie pomogę.
W kuchni zapadła cisza.
Bożena patrzyła na matkę, jakby nie wierzyła w jej słowa.
Zięć Wojciech stał przy lodówce, przestępując z nogi na nogę.
– Mamo, u nas jest naprawdę trudno – zaczęła Bożena łagodniej.
– Wojtek stracił pracę. Ja jestem na urlopie z Hanią.
– A czemu wcześniej nie pomyśleliście? – Helena odstawiła filiżankę.
– Ostrzegałam was przy tym kredycie na samochód.
– Jaki samochód, mamo? To były stare graty!
– Autobusem też się jeździ. Ja jeździłam trzydzieści lat.
Bożena zerwała się od stołu.
– Mamy z dzieckiem tłuc się po przystankach?
– A czemu nie? Ciebie sama wychowałam, nikogo nie prosząc.
Wojciech odważył się wreszcie wtrącić.
– Heleno, nie prosimy o darowiznę. Oddamy, jak znajdę pracę.
– Kiedy to będzie? – zapytała twardo. – Miesiąc? Pół roku?
– Na pewno szybko. Mam dyplom, doświadczenie.
– Pewnie znajdziesz. Ale rata idzie co miesiąc, nie czeka.
Bożena odwróciła się do matki z wyrzutem.
– Masz przyzwoitą emeryturę! Pięć tysięcy złotych!
– Prosimy tylko o dwa na ratę. Zostanie ci trzy.
– Na co mi zostanie? – Helena wyjęła zeszyt i okulary.
– Liczmy: czynsz – półtora tysiąca. Leki – tysiąc.
– Jedzenie – kolejny tysiąc. To już trzy i pół.
– A ubrania? A jak coś się zepsuje?
– Mamo, przecież nie kupujesz ubrań co miesiąc – próbowała Bożena.
– A buty? A lodówka, jak się zepsuje? Skąd wezmę na nową?
– Wtedy pomożemy – obiecał gwałtownie Wojciech.
Helena spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
– Jesteś dobry, Wojtku. Ale czym wy pomożecie? Sami prosicie.
Z pokoju doszedł płacz dziecka.
Bożena rzuciła matce gniewne spojrzenie i wyszła.
Wojciech został sam z teściową.
– Heleno, rozumiem, iż to niewygodne – powiedział cicho.
– Ale naprawdę jesteśmy w potrzasku. Bank grozi, iż zabierze auto.
– I słusznie. Nie trzeba było brać kredytu nad stan.
– Ale jesteśmy rodziną. Rodzina powinna sobie pomagać.
– Powinna. Ja już pomogłam.
– Wychowałam córkę, dałam wykształcenie, dałam mieszkanie na ślub.
– Myślałam, iż teraz przyjdzie czas, żebym odpoczęła.
Wojciech spuścił głowę, nie znajdując słów.
Bożena wróciła z dzieckiem na rękach.
– Mamo, nie żal ci wnuczki? – spytała, kołysząc córeczkę.
– A jeżeli nas wyrzucą na ulicę?
– Nikt was nie wyrzuci – odpowiedziała zmęczonym głosem Helena.
– Przestań grać komedię.
– Jak to nie? A jeżeli nie spłacimy kredytu?
– Zabiorą samochód i tyle. Mieszkanie zostanie wasze.
– Ale jak dojedziemy do pracy?
– Tak jak miliony ludzi – autobusem.
Bożena usiadła, mocniej przytulając dziecko.
– Dlaczego stałaś się taka twarda, mamo? Zawsze pomagałaś.
– Dawniej pracowałam. Teraz żyję z emerytury, którą sama zarobiłam.
– Ale masz oszczędności! Nie jesteś biedna!
Helena spojrzała uważnie na córkę.
– Skąd wiesz o moich oszczędnościach?
Bożena zarumieniła się i spuściła wzrok.
– Przypadkiem widziałam twoją książeczkę.
– Przypadkiem? – głos Heleny stał się chłodny. – Grzebałaś w moich rzeczach?
– Leżała na stole, kiedy przyszłam – broniła się Bożena.
– Leżała w zamkniętej szufladzie. Więc grzebałaś.
– Mamo, co za różnica! Ważne, iż toniemy w długach!
– To moja poduszka na starość. Na leki, na czarną godzinę.
– Jaką czarną godzinę? – krzyknęła Bożena. – My już w niej jesteśmy!
– Wy jesteście w niej, bo żyjecie nad stan.
– Moja czarna godzina jeszcze przyjdzie.
Helena zamilkła, patrząc przez okno.
– Co będzie, gdy już sama nie dam rady? – spytała cicho.
– Kto się mną zaopiekuje? Kto kupi mi leki?
Bożena nie odpowiedziała, tuląc córeczkę mocniej.
Wojciech stał w drzwiach, nie wiedząc, co powiedzieć.
Cisza w kuchni trwała długo.
Helena zamknęła zeszyt i odłożyła okulary.
– Każdy musi radzić sobie sam – powiedziała na koniec.
– Ja też musiałam.














