Mamo, uśmiechnij się Arina nie lubiła, gdy do ich domu przychodziły sąsiadki i prosiły mamę, by zaś…

polregion.pl 1 tydzień temu

Mama, uśmiechnij się

Marcela nigdy nie lubiła, gdy sąsiadki przychodziły do nich z prośbą, by mama zaśpiewała jakąś piosenkę.

Zośka, zaśpiewaj coś, taki piękny masz głos, a jak tańczysz, to nikt nie ma sobie równych mama zaczynała śpiewać, sąsiadki wtórowały, a bywało, iż wszyscy razem tańczyli na podwórku.

W tamtym czasie Marcela mieszkała wraz z rodzicami we wsi pod Toruniem, w starym domu. Był też młodszy brat, Antoś. Mama była pogodna i serdeczna. Gdy sąsiadki wychodziły, mówiła:

Wpadnijcie jeszcze, świetnie się rozmawiało, dobrze czas nam minął sąsiadki zapewniały, iż na pewno wrócą.

Marcela nigdy nie wiedziała, dlaczego nie lubi, gdy mama śpiewa i tańczy. choćby się tego wstydziła. Chodziła wtedy do piątej klasy i pewnego dnia nie wytrzymała:

Mamo, nie śpiewaj, nie tańcz, proszę cię Wstydzę się powiedziała, choć sama nie rozumiała czemu.

Nawet dziś, choć sama jest matką, ciężko jej to wyjaśnić. Wtedy mama, Zofia, odpowiedziała:

Marcelko, nie wstydź się tego, iż śpiewam. Powinnaś się cieszyć. Przecież nie będę śpiewać całe życie, póki jeszcze jestem młoda

Marcela wtedy nie rozumiała, iż w życiu nie zawsze jest wesoło.

Kiedy była już w szóstej klasie, a brat w drugiej, ich ojciec odszedł. Spakował rzeczy i wyszedł z domu na zawsze. Marcela nie wiedziała, co dokładnie zaszło pomiędzy rodzicami. Dopiero jako nastolatka zapytała kiedyś mamę:

Mamo, czemu tata nas zostawił?

Dowiesz się, jak dorośniesz odpowiedziała mama.

Nie mogła wtedy Zofia opowiedzieć córce, co się wydarzyło. Zastała męża we własnym domu z inną kobietą, Barbarą, która mieszkała niedaleko. Marcela i Antoś byli wtedy w szkole. Mama musiała niespodziewanie wrócić z pracy, bo zapomniała portfela.

Drzwi do domu były otwarte to ją zdziwiło, bo mąż o tej porze zwykle był w pracy. Było jeszcze przed południem. Weszła do sypialni i zobaczyła coś, czego nigdy się nie spodziewała. Mąż i Barbara patrzyli na nią z uśmieszkami, jakby to ona była intruzem.

Wieczorem, gdy mąż wrócił, była kłótnia. Dzieci bawiły się na dworze i nic nie słyszały.

Twoje rzeczy są już spakowane w torbie. Zabieraj się i odejdź. Nigdy ci zdrady nie wybaczę.

Marek wiedział, iż nie zostanie mu wybaczone, ale jeszcze próbował:

Zośka, każdemu może się zdarzyć Może zapomnimy o tym wszystkim? Mamy dzieci.

Powiedziałam: odejdź usłyszał w odpowiedzi. Zofia wyszła na podwórko.

Marek zabrał rzeczy i poszedł, Zofia patrzyła zza rogu domu. Nie chciała go więcej widzieć. Zdrada bolała ją za bardzo.

Dam sobie radę z dziećmi, jakoś przeżyjemy myślała i płakała. Nie mogę mu tego wybaczyć.

Nie wybaczyła. Została z dwójką dzieci. Wiedziała, iż będzie ciężko, choć choćby nie przeczuwała, iż aż tak bardzo. Musiała pracować na dwa etaty za dnia sprzątała w szkole, nocami w piekarni. Była stale niedospana, uśmiech na zawsze zniknął z jej twarzy.

Chociaż ojciec odszedł, Marcela i Antoś mieli z nim kontakt. Mieszkał cztery domy dalej z Barbarą. Barbara miała syna w wieku Antosia, chodzili razem do klasy. Zofia nie zabraniała dzieciom widywać się z ojcem. Grali razem w domu u ojca lub na podwórku. Jeść wracali do domu Barbara ich nie częstowała, tylko pozwalała się bawić.

Czasem syn Barbary szedł z nimi do Marceli do domu, na co sąsiedzi patrzyli ze zdumieniem. Zofia karmiła wszystkich, nigdy nie miała żalu do pasierba. Ale Marcela już nigdy więcej nie widziała uśmiechu mamy. Była troskliwa, ale zamknięta w sobie.

Często Marcela wracała ze szkoły i bardzo chciała, by mama z nią porozmawiała. Opowiadała szkolne nowinki, jak minęły lekcje.

Mamo, wyobraź sobie, Heniek przyniósł do klasy kotka, a ten cały czas miauczał. Nasza wychowawczyni nie wiedziała, kto miauczy, i na Heńka nakrzyczała, myślała, iż to on tak specjalnie. A my jej mówimy, iż on ma kotka w torbie. To kazała mu wyjść z klasy i przyjść bez kota, a jeszcze mamę Heńka wezwała do szkoły.

Tak rozumiem tylko tyle mama odpowiadała.

Marcela widziała, iż nic jej nie cieszy. Często wieczorem słyszała, jak cicho płacze albo długo patrzy przez okno gdzieś w dal. Dopiero będąc dorosłą, zrozumiała:

Pewnie była strasznie zmęczona, chodziła niewyspana, pracowała i w dzień, i w nocy, może choćby brakowało jej witamin A jednak robiła wszystko dla nas z Antosiem. Zawsze byliśmy porządnie ubrani, nasze ubrania były czyste i wyprasowane często wspomina Marcela.

W tych czasach prosiła tylko:

Mamo, uśmiechnij się, już tak dawno nie widziałam twojego uśmiechu

Zofia kochała dzieci po swojemu, często ich nie przytulała, ale chwaliła, gdy dobrze się uczyli albo nie sprawiali kłopotów. Gotowała smacznie, w domu zawsze był porządek.

Marcela czuła miłość mamy, zwłaszcza gdy ta zaplatała jej warkocze. Gładziła jej wtedy głowę, ale już ze smutkiem, jakby życie ją przytłoczyło. Zęby jej wcześnie zaczęły wypadać, nie uzupełniała braków.

Po skończeniu szkoły Marcela nie chciała nigdzie się wyprowadzać ani iść na studia nie miała serca zostawić mamy samej. Wiedziała, iż nauka poza wsią to dodatkowe koszty. Zatrudniła się jako sprzedawczyni w sklepie niedaleko domu, żeby pomagać mamie. Antoś gwałtownie wyrastał z ubrań i butów.

Pewnego dnia do sklepu wszedł Michał nie był stąd, pochodził z sąsiedniej wioski. Od razu Marcelę zauważył, choć był starszy o dziewięć lat.

Jak masz na imię, piękna? zapytał z uśmiechem nowa jesteś, wcześniej cię tu nie widywałem

Marcela. Ja pana też nie kojarzę.

Jestem z wioski osiem kilometrów stąd. Mam na imię Michał.

Tak się poznali. Michał zaczął przyjeżdżać po Marcelę, wieczorami odbierał ją z pracy, chodzili na spacery, czasem siedzieli w aucie. Zabierał ją też do siebie, gdzie mieszkał z chorą mamą. Po rozwodzie żona zabrała córkę i przeprowadzili się do miasta, nie chciała się teściową zajmować.

Michał miał spore gospodarstwo i duży dom. Gościł ją hojnie był swojski chleb, mięso, śmietana i słodycze. Podobało jej się tam. Mama Michała leżała w swoim pokoju.

Marcela, wyjdź za mnie zaproponował kiedyś Michał. Bardzo mi się podobasz. Ale od razu mówię, trzeba się opiekować moją mamą. Ja jednak będę ci pomagał.

Marcela ucieszyła się, choć tego nie okazała. Pomoc chorej starszej osobie nie sprawiała jej trudności. Michał niecierpliwie czekał na odpowiedź.

Trzeba się zgodzić, będę miała mięsa i śmietany pod dostatkiem pomyślała, a głośno: Dobrze, zgadzam się.

Michał bardzo się ucieszył.

Marcelko, kocham cię Myślałem, iż młoda dziewczyna nie zgodzi się wyjść za rozwiedzionego faceta, ale obiecuję, nigdy cię nie skrzywdzę. Będziemy razem szczęśliwi.

Po ślubie Marcela przeprowadziła się do Michała na wieś. Szczerze mówiąc, już nie chciała mieszkać w domu rodzinnym Antoś był dorosły, studiował w technikum samochodowym w Toruniu, wracał tylko na weekendy i święta.

Minął czas. Marcela naprawdę była szczęśliwa z mężem. Doczekali się dwóch synów, jeden po drugim. Marcela nie pracowała, gospodarstwo wymagało dużo pracy, dzieci zajmowały czas, teściowa niestety zmarła po dwóch latach wspólnego życia. Dużo było obowiązków w domu i gospodarstwie. Michał pracował, ale większość domowych spraw załatwiał sam. Często mówił:

Czemu dźwigasz te ciężkie wiadra? Ja sam to załatwię, ty się zajmij krową i nakarm kurki, a świnie ja sam oporządzę.

Marcela wiedziała, iż mąż ją kocha i szanuje, a dzieci są jego oczkiem w głowie. Choć w rodzinnym domu nie miała wielkiego gospodarstwa, wszystkiego się nauczyła. Michał był hojny.

Marcela, zawieźmy twojej mamie trochę mięsa, śmietany, mleka. Ona wszystko musi kupować, a my mamy własne, świeże.

Zofia wszystko przyjmowała z wdzięcznością, ale nigdy się nie uśmiechała. choćby w obecności wnuków była poważna. Często jeździli do rodzinnego domu Marcela chciała mamie pomóc, ale nie wiedziała, jak ją pocieszyć.

Marcelko, może porozmawiasz z księdzem? Może coś ci poradzi zaproponował Michał.

Ksiądz obiecał modlić się za Zofię i rzekł:

Proś Boga, by twoja mama spotkała jeszcze dobrego człowieka.

Marcela zaczęła gorliwie się modlić.

Któregoś dnia Zofia poprosiła córkę:

Córko, pożycz mi trochę pieniędzy, ale oddam. Chcę zrobić sobie nowe zęby.

Ojej, mamusiu, przecież ja ci wszystko pokryję ucieszyła się Marcela, ale wiedziała, iż mama nie przyjmie wszystkiego bez zwrotu.

Dała jej brakującą sumę w złotówkach, ale Zofia od razu obiecała oddać. Przez jakiś czas nie odwiedzały się, rozmawiały przez telefon. Michał zajęty był pomocą swojemu wujowi, panu Karolowi, który przenosił się z Torunia na wieś po rozstaniu z żoną. Dzieci dorosły, żona go wyrzuciła. Michał pomagał mu załatwiać dokumenty na nowy dom, który znajdował się niedaleko ich gospodarstwa był duży i solidny.

Czasem Michał wpadał do wujka, a Marcela bywała z nim. Któregoś dnia Michał wrócił do domu i mówi:

Wiesz co, wujek Karol chyba będzie się żenił. Raz słyszałem, jak z kimś rozmawiał przez telefon i zrozumiałem

I bardzo dobrze poparła Marcela Jeszcze młody chłop, sam sobie nie poradzi, dobra gospodyni się przyda, szczególnie w takim domu.

Wkrótce sam Karol przyszedł zaprosić ich do siebie.

Chciałem was zaprosić. Odnalazłem swoją pierwszą miłość chodziliśmy razem do szkoły. Jutro ją przywożę, a pojutrze zapraszam was na obiad.

Po dwóch dniach Michał i Marcela pojechali z prezentami do nowego domu Karola. Kiedy Marcela weszła do środka, zamarła z wrażenia. Stała tam jej mama, Zofia z zakłopotaniem, ale z uśmiechem na ustach. Wyglądała pięknie, Marcela zobaczyła, jak bardzo się zmieniła.

Mamo! Jak się cieszę! Czemu nic nie mówiłaś?

Nie chciałam zapeszyć. Gdyby się nie udało A tak jestem szczęśliwa.

Wujku Karolu, czemu też pan nie powiedział?

Bałem się, iż Zofia się rozmyśli Ale teraz jesteśmy szczęśliwi.

Marcela i Michał cieszyli się, iż los się odmienił Zofia znowu promieniała, ciągle się uśmiechała. Wszyscy zrozumieli, iż nadzieja na szczęście istnieje w każdym wieku. Trzeba umieć otworzyć się na nowe i nigdy nie zamykać serca, bo życie zawsze może przygotować dla nas coś pięknego.

Idź do oryginalnego materiału