Joanna nie wierzyła własnym oczom.
Mieli wreszcie swoją działkę.
Czekali na to dziesięć lat.
Zawsze coś stawało na drodze.
Raz kredyt, raz szkoła dzieci, raz kryzys.
Teraz spojrzeli na konto i postanowili działać.
Krzysztof pracował w ubezpieczeniach, Joanna była masażystką dziecięcą.
Zarabiali nieźle, ale nie na dom za miastem.
Los dał im jednak szansę.
Zmarły niemal razem jej babcia i babcia Krzysztofa.
Każda zostawiła mieszkanie w małym miasteczku.
Para postanowiła sprzedać obie nieruchomości.
Dodali pieniądze i kupili działkę.
Oferta trafiła się szybko, zimą.
— Potem znajdziemy tysiąc powodów, żeby nie kupić — mówił Krzysztof.
Joanna się zgadzała.
Wszystko szło gładko.
Działka miała prąd, gaz i wodę.
Trzeba było tylko postawić domek.
Krzysztof wziął urlop i razem z Maciejem zabrał się do budowy.
Pracowali szybko, bez przerw.
Po miesiącu świętowali nowe miejsce.
Spali na dmuchanych materacach, pod kocami z miasta.
Ale była kuchenka i woda.
Reszta mogła poczekać.
— Gratulacje, Krzysztof! — Maciej wzniósł toast.
Jedli kiełbasę z grilla, z cebulą i keczupem.
— Kto by pomyślał, iż tak gwałtownie się uda — powiedziała Joanna.
— Jeszcze w Wigilię nie śniłam o własnej działce.
Zmierzch zapadał, ale nikt nie wchodził do domu.
Zadzwonił telefon.
— Synku, jak tam u was? — zapytała słodko Barbara Stanisławówna.
Taki ton zawsze oznaczał kłopoty.
— Mamo, wspaniale! — ucieszył się Krzysztof.
— Wiem. Wnuki mówiły, iż macie działkę.
— Nie działkę, mamo. Rezydencję!
— Oj, ty zawsze coś wymyślisz — zaśmiała się, ale głos jej przygasł.
— A u ciebie jak? — zapytał syn.
— Lekarze mówią, iż muszę odpoczywać.
— Przyjedź do nas! — zaproponował z radością.
— Och nie, będę wam ciążyć. A Joasia pewnie się nie zgodzi.
— Mamo, przestań. Przyjeżdżaj.
— Dobrze, synku. Upiekę napoleonkę.
Gdy Krzysztof przekazał to Joannie, ta spochmurniała.
— Czyli mamy działkę, a lekarze kazali jej odpoczywać właśnie teraz?
— Tak — odpowiedział prosto.
— Nie wydaje ci się to podejrzane?
— Nie. Ma ciśnienie.
— Krzysiu, ona jedzie zobaczyć działkę, nie odpocząć.
— Niech sobie popatrzy. Tydzień i wróci.
— Zapomniałeś, co było ostatnio?
Krzysztof zapomniał.
Joanna pamiętała aż za dobrze.
Barbara wtedy siała niezgodę.
Mówiła, iż Joanna „nie jest z ich rodzaju”.
Przesalała zupy, podkładała sodę zamiast cukru.
Joanna wtedy nie wytrzymała i odesłała teściową do domu.
Teraz historia miała się powtórzyć.
Barbara przyjechała z walizką i napoleonką.
Chodziła po działce jak po swoim.
Mówiła, iż domek jest „za mały jak na pieniądze”.
Krytykowała grill, meble, choćby pogodę.
— Za moich czasów budowano solidniej — powtarzała.
Joanna milczała, ale czuła, jak wrze w niej złość.
Po kilku dniach teściowa zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni.
— Tak będzie wygodniej, synku — mówiła.
Joanna próbowała być miła, ale cierpliwość się kończyła.
— Mamo, to nasz dom, nie pani — powiedziała spokojnie.
— Oj, jaka wrażliwa — Barbara wzruszyła ramionami.
Wieczorem przy ognisku teściowa znów zaczęła swoje.
— Krzysiu, czy ty naprawdę jesteś tu szczęśliwy?
— Mamo, proszę, nie teraz.
— Ja tylko pytam, bo widzę, iż ktoś tu rządzi.
Joanna wstała i spojrzała jej w oczy.
— Mamo, dobrze się bawiliście na naszej działce, a teraz wracajcie do siebie!
Zapadła cisza.
Krzysztof spojrzał na żonę, potem na matkę.
— Joasia ma rację, mamo. Czas wracać.
Barbara spakowała walizkę bez słowa.
Taksówka przyjechała po pół godzinie.
Joanna patrzyła, jak odjeżdża w ciemność.
Krzysztof podszedł i objął ją w milczeniu.
— Przepraszam, iż tak długo to trwało — powiedział.
— Ważne, iż się skończyło — odpowiedziała.
Usiedli znowu przy ognisku, już sami.
Nad działką zapadła spokojna noc.
Wreszcie był to tylko ich dom.















