Nazywam się Bogumiła i mam 49 lat. Jestem pielęgniarką nocnego dyżuru w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie. Pracuję tu już od dwudziestu lat, widziałam w tym czasie rzeczy, które trudno sobie wyobrazić.
Od ośmiu lat jestem rozwódką. Mam syna właśnie skończył szesnaście lat. Mieszka ze mną. Porządny z niego chłopak. Odpowiedzialny. Pilny uczeń. Nigdy nie sprawiał mi kłopotów.
A jednak To nie do końca prawda. Raz miałam przez niego problem. Największy w życiu. Ale to przecież nie jego wina.
Pół roku temu Mikołaj zaczął skarżyć się na bóle głowy. Pomyślałam, iż to przez wzrok, pewnie powinien mieć okulary. Zapisałam go do okulisty. Okazało się, iż ze wzrokiem wszystko jest w porządku.
Bóle głowy nie ustępowały. Potem zaczęły się poranne mdłości. Uznałam, iż może coś nie tak je w szkole. Robiłam mu domowe kanapki. Mdłości jednak nie znikały.
Pewnego ranka znalazłam go w łazience, jak wymiotował. Blady był jak ściana. Powiedział, iż czuje zawroty głowy, jakby świat wokół wirował.
Natychmiast zawiozłam go na SOR. Zrobili badania krwi. Wszystko było idealnie. Lekarz tłumaczył, iż to pewnie stres, bo u nastolatków wszystko odkłada się w ciele i potrafią zareagować somatycznie na presję w szkole.
Ale ja jestem pielęgniarką. Dwadzieścia lat pracy z pacjentami nauczyło mnie, iż nie wszystkie objawy można zrzucić na stres. Coś w środku mówiło mi, iż muszę walczyć o dokładniejsze badania.
Nie odpuszczałam. Lekarz patrzył na mnie podejrzliwie, jakbym przesadzała, ale w końcu zlecił tomografię.
Dzień jej wyników pamiętam wyraźnie. To był wtorek. Byłam akurat w pracy, gdy zadzwonili ze szpitala, iż muszę natychmiast przyjechać. Zostawiłam dyżur, jak stałam, wsiadłam do auta i pojechałam. Czekał na mnie obcy neurolog mężczyzna około pięćdziesiątki, z poważną miną.
Proszę pani, znaleźliśmy coś w tomografii syna, powiedział. To guz mózgu. Musimy zrobić kolejne badania, żeby określić, jaki to rodzaj i w jakim stadium jest.
Wtedy świat się urwał. Przez lata przekazywałam setki złych wiadomości rodzinom pacjentów, widziałam śmierć z bliska. Wydawało mi się, iż jestem na wszystko gotowa. Ale nic nie przygotowało mnie na te słowa o własnym dziecku.
Zaczęły się piekielne dni pełne badań: rezonans, biopsja, narady z onkologami. Techniczne terminy, które doskonale znałam, brzmiały teraz jak wyrok.
Glejak wielopostaciowy, IV stopień. Agresywny, w złym miejscu, operacja niemożliwa. Leczenie: chemia i radioterapia, by może spowolnić, ale rokowania beznadziejne.
Wszystko to lekarz tłumaczył nam, siedzieliśmy razem z Mikołajem. Mój chłopiec. Mój synek. Słuchał, iż ma nieuleczalnego raka mózgu.
Czy umrę? zapytał spokojnym głosem, który ścisnął mi serce.
Lekarz odpowiedział z tą wyćwiczoną, medyczną empatią, jakiej sama używałam tyle razy: Zrobimy wszystko, by dać ci więcej czasu.
Więcej czasu Nie wyzdrowiejesz, nie będzie dobrze. Po prostu: więcej czasu.
Tej nocy Mikołaj przytulił mnie i wyszeptał: Mamo, nie płacz. Będziemy walczyć.
I zaczęliśmy tę walkę. Chemia co dwa tygodnie. Mikołaj tracił włosy, chudł, męczyły go wymioty. Ale nie narzekał. Nie pytał: Dlaczego ja? choćby wtedy, nigdy nie przestawał się uśmiechać.
Koleżanki i koledzy z liceum przychodzili, najpierw często, później coraz rzadziej. Trudno młodym ludziom oswoić się ze śmiercią kogoś w swoim wieku.
Jeden przyjaciel został. Nazywa się Przemek. Są nierozłączni od podstawówki. Przemek pojawiał się codziennie po szkole. Opowiadał o wszystkim, przynosił lekcje, grali na konsoli, choćby gdy Mikołaj nie dawał rady utrzymać pada ze zmęczenia.
Pewnego popołudnia robiłam kolację, a z pokoju dochodziły głosy.
Bojesz się? zapytał Przemek.
Zawsze, odpowiedział Mikołaj, ale mamie nie mówię, żeby się nie martwiła.
Czego się boisz najbardziej?
Że mama zostanie sama. Że będzie cierpieć. Że nie zdążę się pożegnać. Że będzie miała wyrzuty, chociaż to nie jej wina
Musiałam wyjść do swojego pokoju, żeby mnie nie usłyszeli.
Leczenie nie działa. Guz rośnie. Lekarze mówią już o opiece paliatywnej, o jakości życia w tym, co zostało.
Ile czasu? Nikt nie wie. Może trzy miesiące, może pół roku, może mniej.
Dziś rano Mikołaj poprosił, żebym zawiozła go do szkoły. Od tygodni nie chodzi, gwałtownie się męczy. Chciał jeszcze raz zobaczyć kolegów, poczuć się zwyczajnie, przez chwilę.
Pomogłam mu wyjść z auta. Taki szczupły, taki kruchy. Przyjęli go ze śmiechem i uściskami. Podbiegła ulubiona nauczycielka. Widziałam, jak promienieje. Choć przez moment był tylko Mikołajem nie tym z rakiem.
Kiedy odbierałam go po paru godzinach, był wyczerpany, ale uśmiechnięty.
Dziękuję, mamo, powiedział w samochodzie, za to, iż zawiozłaś mnie, za wszystko, co dla mnie robisz. Dziękuję, iż jesteś najlepszą mamą na świecie.
A Ty jesteś najlepszym synem.
Po chwili milczenia odezwał się jeszcze:
Mamo, kiedy mnie zabraknie, chcę, żebyś była szczęśliwa. Żebyś żyła. Nie chcę, żebyś przez resztę życia płakała po mnie.
Mikołaj, nie mów tak
Musimy rozmawiać o tym, mamo. Oboje wiemy, co się wydarzy. Obiecaj mi, iż sobie poradzisz. Że będziesz wspominać mnie z uśmiechem, nie tylko z łzami.
Obiecałam, chociaż wiem, iż nie wiem, czy potrafię dotrzymać tej obietnicy.
Dziś w nocy zasnął w swoim pokoju. Zajrzałam do niego. Tak śpi spokojnie, drobny, jeszcze mój malutki chłopiec.
Jutro z samego rana przyjeżdża pielęgniarka z hospicjum domowego na cotygodniową wizytę. Pojutrze kontrola u onkologa choć wszyscy wiedzą, co będzie w wynikach.
Siedzę w salonie z filiżanką kawy, która wystygła w moich dłoniach. Wpatruję się w zdjęcia na ścianie. Malutki Mikołaj. Mikołaj z tornistrem w pierwszy dzień zerówki. Mikołaj na urodzinach, dziesięcioletni, roześmiany. Mikołaj przed pół rokiem zdrowy, uśmiechnięty, bez żadnej wiedzy o tym, co ma nadejść.
Jak mam to przeżyć? Jak się da przeżyć pogrzeb własnego dziecka? Szesnaście lat. Całe życie przed nim, którego już nie będzie.
Dla niego będę próbować. Będę silna póki tego potrzebuje. Uśmiechnę się, gdy na mnie spojrzy. Zrobię, co mogę, by jego ostatnie dni były najlepsze.
A gdy go zabraknie, nie wiem, co dalej. To będzie problem na potem. Teraz liczy się tylko być tu. Dla niego.
Jak powiedzieć dziecku, iż się je kocha, gdy już powoli kończy się czas? Jak zmieścić całe życie uczucia w tych kilku pozostałych dniach?










