— Mam już dosyć niańczenia twojego synka — oświadczyła synowa i wyjechała nad Bałtyk U Barbary Andrzejewskiej był syn. Porządny, pracowity chłopak. Ale żona mu się trafiła nietypowa. A to gotować nie chciała, a to sprzątać odmawiała. Ostatnio to już w ogóle — jakby się z łańcucha urwała. Wczoraj znów awantura. — Tomek — mówi do męża — ja już nie mogę! Jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się jak dziecko! Tomek kompletnie zdezorientowany. Przecież nie prosił o nic wielkiego! Chciał tylko, żeby Ania dobrała mu skarpetki. I wyprasowała koszulę. I przypomniała o zaświadczeniu do przychodni. — Mama mi zawsze pomagała — wymamrotał. — To jedź do mamy! — wybuchła Ania. Następnego dnia spakowała walizkę. — Tomek — powiedziała spokojnie — jadę do Sopotu. Na miesiąc. A może i na dłużej. — Jak to na dłużej?! — Tak to. Mam już dosyć niańczenia dorosłego faceta. Tomek próbował się buntować, ale Ania go nie słuchała. Wyciągnęła telefon, wykręciła numer: — Pani Barbaro? Tu Ania. jeżeli bez niańki nie da rady, proszę się u nas zatrzymać. Zapasy kluczy pod wycieraczką. I wyjechała. Tomek siedział w pustym mieszkaniu i nie wiedział, co robić. W lodówce pustki. Skarpety brudne. Zlew pełen naczyń. Po kilku dniach zadzwonił do mamy: — Mamo, Anka zwariowała! Wyjechała nie wiadomo gdzie! Co teraz?! Barbara Andrzejewska westchnęła. Znów problem z synową. — Zaraz przyjadę, Tomku. Wszystko się ułoży. Przyjechała z torbą zakupów i tradycyjnym matczynym nastawieniem: wszystko naprawimy, wszystko załatwimy. Ale gdy otworzyła drzwi — aż zamarła. Wszędzie bałagan. W sypialni sterta rzeczy na podłodze. W kuchni brudne naczynia. W łazience kosz pełen brudnego prania. I wtedy Barbara zrozumiała: jej trzydziestoletni syn naprawdę nie umiał żyć. Wcale. Całe życie robiła wszystko za niego. Wychowała… dużego chłopca. — Mamo — jęczał Tomek — co na obiad? Gdzie są moje koszule? Kiedy wróci Ania? Barbara sprzątała w milczeniu. Ale w głowie wciąż kołatało jedno: co ja najlepszego narobiłam? Zawsze chroniła synka od życia. Od trudności. Od codzienności! A teraz bez kobiety — jest bezradny. Ania po prostu uciekła od dużego, bezradnego dziecka. I trudno ją winić. Przez trzy dni Barbara mieszkała u syna. I każdego dnia coraz bardziej uświadamiała sobie: wychowała dużego chłopca. Rano Tomek wstawał — i od razu marudził: — Mamo, co na śniadanie? Gdzie moja koszula? Są czyste skarpety? Barbara prasowała, gotowała, sprzątała. I obserwowała. Wyobraźcie sobie: dorosły facet nie potrafi włączyć pralki! Nie zna ceny chleba! choćby herbatę parzył nieudolnie — albo się poparzył, albo rozsypywał cukier. — Mamo — żalił się wieczorami — Ania już dawno oszalała! Kiedyś chociaż udawała, iż mnie lubi. Teraz zupełnie obca. — A ty jej kiedyś pomagasz? — delikatnie zapytała Barbara. — Jak to? — zdziwił się — Przecież pracuję! Pieniądze przynoszę! Czy to mało? — A w domu? — A co w domu? Wracam z pracy, chcę odpocząć. A ona wymaga — żeby naczynia myć, po zakupy pójść. Przecież to babskie sprawy! Tutaj Barbara usłyszała… samą siebie. Te słowa, które mówiła synowi od dziecka: „Tomku, nie ruszaj — mama sama posprząta!” „Nie chodź do sklepu — mama załatwi!” „Jesteś chłopcem, masz ważniejsze zajęcia!” I wychowała potwora. Im dłużej obserwowała, tym bardziej ją to przerażało. Tomek wracał — i leżał na kanapie. Czekał na obiad. Na wiadomości. Na rozrywkę. A gdy posiłek nie pojawiał się automatycznie, zaczynał się dąsać: — Mamo, kiedy będzie obiad? Jestem głodny! Jak dziecko. Najgorsze były jego żale o Ani. — Zrobiła się jakaś nerwowa — narzekał Tomek. — Zła cały czas. Może do lekarza powinna pójść? Hormony sprawdzić? — Może po prostu się zmęczyła? — zasugerowała Barbara. — Czym się zmęczyć?! Przecież oboje pracujemy. Ale dom to obowiązek kobiety. — Obowiązek?! — wybuchła Barbara. — Kto ci to powiedział?! Tomek był zszokowany. Mama nigdy na niego nie krzyczała. Czwartego dnia Barbara nie wytrzymała. Tomek siedział na kanapie, przewijał telefon i narzekał na nudę. W kuchni brudne naczynia, na podłodze skarpetki, w sypialni niepościelone łóżko. — Mamo — jęknął — co będzie na kolację? Barbara stała przy garnku z zupą. Jak zawsze. Jak przez trzydzieści lat. I nagle zrozumiała: dość. — Tomek — powiedziała, wyłączając gaz — musimy porozmawiać. — No słucham — nie odrywając wzroku od telefonu. — Odłóż telefon. I popatrz na mnie. W jej głosie było coś, co sprawiło, iż posłuchał. — Synku — zaczęła cicho — wiesz, dlaczego Ania od ciebie odeszła? — Przesadziła przez chwilę. Emocjonalna kobieta. Odpocznie i wróci. — Nie wróci. — Jak to nie wróci?! — Bo ma dość niańczenia dużego chłopca. Tomek zerwał się z kanapy: — Mamo! O co chodzi?! Jaki chłopiec? Pracuję, pieniądze przynoszę! — I co z tego? — Barbara wyprostowała się. — A w domu co? Ręce ci uschły? Oczy oślepły? Tomek pobladł. — Jak możesz tak mówić?! Przecież jestem twoim synem! — Właśnie dlatego! — Barbara usiadła, ręce jej się trzęsły. — Mamo, jesteś chora? — wystraszył się Tomek. — Chora! — zaśmiała się gorzko. — Chora na miłość. Na ślepą matczyną miłość. Myślałam, iż cię chronię. A stworzyłam egoistę! Dorosłego faceta, co bez kobiety nie potrafi żyć! Który uważa, iż świat mu się należy! — Ale… — zaczął Tomek. — Ale nic! — przerwała mu. — Myślisz, iż Ania ma być twoją drugą mamą? Pranie, sprzątanie, gotowanie? Za co? — Przecież pracuję. — Ona też! A do tego prowadzi dom! A ty? Leżysz na kanapie i czekasz na obsługę! W oczach Tomka pojawiły się łzy. — Mamo, ale wszyscy tak żyją. — Nie wszyscy! — krzyknęła Barbara. — Normalni mężczyźni pomagają żonom! Myją naczynia, gotują, wychowują dzieci! A ty? choćby nie wiesz, gdzie leży proszek do prania! Tomek siedział z twarzą w dłoniach. — Ania miała rację — powiedziała cicho Barbara. — Ma dość bycia twoją mamą. Ja też mam dość. — Jak to dość? — Tak to. — Barbara sięgnęła po torbę. — Wracam do siebie. A ty zostajesz. Sam. Spróbuj być dorosły. — Mamo, jak to?! Jak to sam? A kto będzie gotował? A sprzątał? — Ty! — wrzasnęła matka. — Ty będziesz! Jak każdy normalny dorosły! — Ale ja nie umiem! — Nauczysz się! Albo zostaniesz samotnym niedojrzałym nieudacznikiem! Barbara założyła płaszcz. — Nie odchodź! — błagał Tomek. — Co ja sam zrobię? — To, co powinieneś robić dwadzieścia lat temu — odpowiedziała. — Żyć samodzielnie. I wyszła. A Tomek został sam w brudnym mieszkaniu. Po raz pierwszy w życiu — zupełnie sam. Sam z rzeczywistością. Siedział na kanapie do północy. W brzuchu burczało. W zlewie śmierdziały naczynia. Na podłodze leżały skarpetki. — Kurczę — wymamrotał i po raz pierwszy od trzydziestu lat sam umył naczynia. Marnie mu szło. Talerze się ślizgały, ręce szczypały od płynu. Ale jakoś wyszło. Potem spróbował zrobić jajecznicę. Spalił. Następnym razem wyszło zjadliwie. A rano dotarło do niego: mama ma rację. Minął tydzień. Tomek codziennie uczył się żyć samodzielnie. Prać, gotować, sprzątać. Chodzić do sklepu i liczyć ceny. Planować dzień, by ze wszystkim zdążyć. Okazało się — to praca. Wtedy zrozumiał, jak czuła się Ania. — Aniu? — zadzwonił w sobotę. — Słucham — chłodny głos. — Miałaś rację — powiedział od razu. — Zachowywałem się jak duże dziecko. Ania milczała. — Tydzień żyję sam. I już rozumiem — zawahał się — jak trudno ci było. Przepraszam. Długo milczała. — Wiesz — powiedziała w końcu — twoja mama zadzwoniła do mnie wczoraj. Przeprosiła, iż źle cię wychowała. Ania wróciła po miesiącu. Wróciła do posprzątanego mieszkania i męża, który sam zrobił kolację i powitał ją kwiatami. — Witamy w domu — powiedział. A Barbara Andrzejewska dzwoniła raz w tygodniu. Dopytywała, ale w gości się nie wpraszała. A wieczorem, gdy Tomek zmywał po kolacji, a Ania parzyła herbatę, powiedziała: — Wiesz, podoba mi się nasze nowe życie. — Mi też — odpowiedział, wycierając ręce w ręcznik. — Szkoda, iż tak długo do niego dojrzewaliśmy. — Ale się udało — uśmiechnęła się Ania. I to była prawda.

naszkraj.online 1 godzina temu
Mam już dosyć niańczenia się z twoim synkiem oświadczyła synowa i wyjechała nad Bałtyk. Zbigniew był synem Janiny Kowalskiej. Chłopak pracowity, porządny. Ale jego żona dziwna jakaś. Czasami kręciła nosem na gotowanie, innym razem nie chciała sprzątać. Ostatnio to już zupełnie, jakby ją ktoś zamienił zupełnie wariatka. Tylko wczoraj znowu narobiła krzyku. Zbyszek mówi do […]
Idź do oryginalnego materiału