Leniwy anioł
Iga powoli wycofywała się, wpatrzona w ogromnego psa, który siedział spokojnie, blokując środek osiedlowej alejki.
Dobry piesek, dobry szeptała niemal bezgłośnie, unikając gwałtownych ruchów.
Pies wyglądał imponująco masywne ciało pokrywała gęsta, długa sierść, miejscami splątana w kołtuny. Czarne, czujne oczy nie opuszczały jej ani na moment, a uszy drgały, wychwytując każdy szmer. Strach ściskał jej wnętrzności. Trzęsła się do kolan, choć starała się trzymać fason. Iga od zawsze lękała się psów choćby tych maleńkich, które mieszkańcy bloków wyprowadzali w różowych ubrankach. Ten lęk wrył się w nią w dzieciństwie.
Miała cztery lata, kiedy rodzie zawieźli ją do babci na wieś pod Siedlcami. Tuż za płotem mieszkał sąsiad, który hodował psy. Mała Iga była bezgranicznie interesująca świata musiała dotknąć, powąchać, zobaczyć każdą znajdę. Nic więc dziwnego, iż kiedy na ich podwórko wbiegł szczeniak, Iga od razu podniosła go z trawy i ruszyła do domu. Nie zdążyła przejść choćby trzech kroków, gdy drogę zagrodziła jej wielka suka matka psiaka. Pochyliła się nad Igą, szczerząc kły i warcząc groźnie. Nie skoczyła, nie ugryzła, ale wystarczyło to jedno spotkanie. Został jej w pamięci nieopisany lęk, poczucie niemocy i szok, który przeszył ciało na wskroś.
Od tego dnia minęło wiele lat, ale strach nie ustępował. I oto przed nią wyrósł prawdziwy kolos, zagradzający drogę. Iga postanowiła nie ryzykować: lepiej obejść niż prowokować los. Obróciła się powoli i ruszyła w przeciwną stronę, starając się zachować spokój. Co kilka sekund jednak spoglądała przez ramię pies szedł za nią. Nie zbliżał się, zachowywał dystans, ale wytrwale podążał jej śladem.
No patrz bystry, mruknęła cicho, zerkając na swojego nieoczekiwanego opiekuna. Wygląda, jakby rozumiał, iż się boję. Tylko dlaczego za mną podąża? Gdzie jest właściciel? myśli krążyły w głowie, ale odpowiedzi brakowało.
Gdy wreszcie zobaczyła blok przy ulicy Jagiełły, niemal biegiem wbiegła na klatkę schodową. Przysunęła kartę do domofonu, otworzyła drzwi i odwróciła się. Pies siedział na chodniku i patrzył na zamykające się drzwi, dokładnie śledząc Igę przenikliwym wzrokiem.
W przedpokoju delikatnie odstawiła torbę, zdjęła buty i na chwilę zamarła, nasłuchując. Cisza. Tylko daleki szum miasta wpadał zza szczelnych okien. Zerknęła do salonu i podeszła do okna.
Za szkłem wciąż widoczny był znajomy, włochaty kształt. Pies wyczuwał, iż jest obserwowany lekko uniósł łeb, zamachał leniwie ogonem, po czym powoli ruszył w stronę pobliskiego parku. Iga odetchnęła z ulgą. Dziś wreszcie sobie poszedł.
From tego dnia pojawianie się psa stało się niemal codziennym rytuałem. Każdego wieczora, wracając z pracy, Iga zauważała jego sylwetkę w cieniu drzew lub za rogiem sklepu spożywczego. Podążał za nią aż pod klatkę początkowo zachowując dystans kilkunastu metrów, potem było już coraz bliżej. Najpierw pięć metrów, potem trzy, aż wreszcie szedł tuż przy jej boku.
Wciąż odczuwała napięcie, ale panika powoli ustępowała. Każdy jego ruch nie wywoływał już takiego paraliżu; teraz Iga tylko z lekką czujnością zerkała w jego stronę. Jej ciało pamiętało dziecięcy lęk, ale do świadomości zaczynało docierać, iż pies nie ma złych zamiarów. Po prostu szedł obok. Cicho, bez narzucania się.
Po jakimś czasie Iga zaczęła zauważać w jego ruchach spokój i opanowanie. Uszy, wcześniej czujnie uniesione, coraz częściej były rozluźnione, a czarne oczy nie straszyły już nieznaną dzikością.
Któregoś popołudnia uświadomiła sobie, iż jego obecność jest wręcz kojąca. Wtedy postanowiła nadać mu imię. Nie trwało to długo pies był duży, majestatyczny, a w jego milczącym towarzystwie było coś z pogranicza magii.
Smok, powiedziała pierwszy raz na głos.
Ku jej zaskoczeniu pies zareagował natychmiast. Gdy kolejnego dnia zawołała: Smok!, natychmiast obrócił łeb, jakby rozpoznawał własne imię. Iga aż się uśmiechnęła tak zgodny był ich dialog.
Pracowała jako menedżerka w niewielkiej agencji reklamowej w centrum Warszawy. Jej dni wypełniała gonitwa: poranne odprawy, spotkania z klientami, konsultacje projektów, niekończące się poprawki i setki maili. Wieczorami z trudem docierała do domu, marząc tylko o kubku gorącej herbaty i odpoczynku przed serialem.
Ale jej trasa z biura na osiedle przestała być nudnym obowiązkiem. Smok zamienił wieczorne spacery w coś wyjątkowego. Nie szczekał, nie zaczepiał, nie domagał się uwagi po prostu szedł obok, doskonale wyczuwając, jak ważna jest ta subtelna obecność u jej boku.
Czasem Iga zwalniała krok, pozwalając mu zbliżyć się jeszcze bardziej. Bywało, iż zbierała w sobie odwagę, zatrzymywała się i patrzyła na niego ukradkiem. Smok odwzajemniał spojrzenie spokojny, otwarty i bez presji, jakby mówił jej: zaufanie buduje się powoli, krok po kroku. Z każdą taką chwilą jej dawny lęk topniał, a w sercu pojawiało się nowe uczucie ostrożne, lekko niepewne, ale coraz cieplejsze.
Pewnego wrześniowego wieczoru, gdy słońce schowało się już za dachami Żoliborza, Iga dłużej została w pracy. Dzień był wyjątkowo ciężki: musiała poprawiać prezentację dla ważnego klienta, odpisywać na zaległe maile i uzgadniać kolejne szczegóły kampanii. Kiedy wreszcie zamknęła komputer, na zegarze była prawie dwudziesta.
Szybkim krokiem szła osiedlową uliczką. Przechodnie mijali ją bez słowa, w powietrzu czuć było chłód i zapach jesiennych liści. Ale coś ją niepokoiło Smok dziś nie czekał. Zwykle wychylał się zza rogu, wyłaniał z krzaków lub podbiegał spod sklepu. Jego obecność stała się wręcz pożądana bez niego droga wydawała się dziwnie pusta i nieprzyjazna.
Może coś mu się stało? myślała Iga z rosnącym niepokojem. Może się rozchorował? A może właściciel już go odnalazł?
Starała się odpędzić czarne myśli i mimo wszystko szukała go wzrokiem przy każdym zakręcie. gwałtownie zapadał zmrok, a cienie drzew kładły się coraz gęściej na chodnikach. Iga nie lubiła tej pory każda sylwetka wydawała się wroga, każdy szelest przyprawiał o dreszcze. W takich chwilach Smok wydawał się jej niezastąpioną osłoną.
Gdy była już na rogu Opaczewskiej, z ciemnego zaułka dobiegł zuchwały, męski głos:
Cześć, ślicznotko. Może się poznamy?
Tylko tego brakowało pomyślała, czując uścisk w gardle. Przyspieszyła instynktownie, starając się nie zdradzać strachu, choć serce waliło jej jak oszalałe.
Gdzie się tak spieszysz? mężczyzna ruszył za nią.
Gdy próbowała odejść szybciej, nagle poczuła mocny uścisk na ramieniu. Uścisk był brutalny i bolesny.
Halo, mówię do ciebie! Nie lubię, gdy mnie ignorują, syknął obcy, stając tuż przy niej.
Próbowała się wyrwać, ale jego palce zacisnęły się jeszcze mocniej. Panika spod ciemnych chmur ogarnęła Igę, ale spróbowała zachować zimną krew.
Proszę, puść mnie, albo zawołam o pomoc! głos jej zadrżał, ale próbował brzmieć zdecydowanie.
Uścisk tylko się wzmocnił.
Spróbuj, odparł drwiąco. Bardzo gwałtownie cię uciszę.
W nikłym świetle pobliskiej latarni zobaczyła błysk metalu. Ostrze noża błysnęło tuż przy jej nadgarstku. Iga poczuła, jak żałuje każdej minuty spóźnienia w pracy. Gdyby wyszła wcześniej Teraz stała na pustej ulicy i była całkowicie sama.
Myśli kłębiły się niczym ptaki w klatce. Co robić? Szarpać się? Ale ruch może sprowokować cios. Próbować przemówić mu do rozumu? Po sposobie, w jaki mówił i się zataczał, było oczywiste, iż pił i nie jest skory do rozmów. Panika ściskała jej gardło, ale ze wszystkich sił próbowała się nie poddać rozpaczy.
Wtem ciszę rozdarło donośne, groźne szczekanie. Mężczyzna gwałtownie się odwrócił, a jego uścisk natychmiast zelżał. Jeszcze chwila i już leżał na asfalcie nad nim górowała sierść i masa Smoka.
Odsuń się, psie! wrzasnął spanikowany napastnik, próbując wyciągnąć rękę, którą Smok trzymał mocno w pysku.
Nóż wypadł z jego dłoni i potoczył się w krzaki. Iga błyskawicznie odkopnęła go jeszcze dalej, na trawnik.
Puść, Smok, nie wypuść go, ale nie zrób mu krzywdy ja zadzwonię po policję, drżącym głosem wybąkała Iga. Może to nie pierwsza taka sytuacja
Pies natychmiast rozluźnił uścisk, ale nie cofnął się ani na krok. Siadł obok sprawcy, śledząc każdy jego ruch. Gdy tamten próbował wstać czy się podnieść, Smok pokazywał zęby i cicho warczał. Był jak stróż, gotowy bronić do końca.
Po kilku minutach pojawiła się policja. Sprawca został gwałtownie zakuty w kajdanki i odprowadzony do radiowozu. Dopiero wtedy Smok powoli podszedł do Igi, która opadła na krawężnik, tuląc kolana do piersi i nie mogąc się podnieść.
Pies podszedł, bezszelestnie położył wielki łeb na jej kolanach i westchnął głęboko. W tym geście było tyle czułości, iż Iga wreszcie pozwoliła sobie na łzy. Łkała cicho, obejmując dłońmi miękką, nieco poplątaną sierść.
Dziękuję, wyszeptała, wtulając twarz w jego futro. Gdyby nie ty
Z tamtego wieczoru wszystko się zmieniło. Iga nie wyobrażała już sobie życia bez Smoka. Zabierała go do mieszkania odtąd zamieszkał z nią, witając ją codziennie w drzwiach, jeszcze zanim zdążyła zdjąć płaszcz. Stał się nie tylko domowym pupilem, ale prawdziwym ochroniarzem milczącym strażnikiem, który zawsze wiedział, kiedy potrzebna jest jego obecność.
Mimo iż czasem wciąż podskakiwała nerwowo na nagłe odgłosy, nie czuła się już samotna. U jej boku był ktoś, kto udowodnił, iż stanie w jej obronie bez zastanowienia.
********************
Pierwsze dni Smoka w mieszkaniu były pełne niepokoju. Przekroczył próg niepewnie, uszy miał położone, nos podniesiony wysoko. Nowe zapachy pasty do podłóg, materiałów, jedzenia mieszały się w jego głowie, zmuszając do ostrożności.
Wąchał każdy kąt, zaglądał pod drzwi i łóżko, skręcał do łazienki i kuchni, czasem przystawał, nasłuchując, czy czegoś nie przegapił. Iga nie popędzała go i nie zmuszała do zajęcia miejsca na nowym legowisku. Była obok, mówiła cicho, pozwalała mu oswoić się z przestrzenią.
W końcu pies znalazł bezpieczny kąt przy wejściu, a potem przeniósł się bliżej okna w salonie. Tam mógł obserwować, co się dzieje na parkingu, obserwować dzieci w piaskownicy, samochody, grę cieni na asfalcie. To go wyciszało.
Iga postarała się, by czuł się dobrze. Kupiła nowe legowisko, dużą miskę na wodę i jedzenie, trochę zabawek piłeczkę, gryzak, pluszowego misia. Początkowo Smok był nieufny, ale z czasem coraz śmielej bawił się zabawkami, przyglądał się, jak turlają się po panelach.
Coraz częściej leżał przy oknie, wyczekując Igi. Gdy wracała, słyszał ją na klatce i już czekał u drzwi, merdając ogonem.
Wieczorami razem wychodzili do parku. Iga szła spokojnie alejką, a Smok szedł tuż przy jej nodze czasem zatrzymał się przy krzaku, słuchał śpiewu ptaków. Te chwile zaczęły być dla niej wartościowe. Zorientowała się, iż przestała się go bać. Przeciwnie jego obecność dawała jej poczucie bezpieczeństwa.
Był jej najwierniejszym towarzyszem. Po trudnych dniach siadała na kanapie, a Smok kładł łeb na jej kolanach. Obejmowała go, czując wdzięczność, której nigdy nie miała okazji okazać człowiekowi.
Jednego ranka zauważyła, iż Smok jest apatyczny. Zamiast radośnie podbiec do drzwi, wstał ciężko z legowiska i opadł przy misce. Nie napił się choćby wody tylko westchnął, odwrócił się i wrócił na swoje miejsce.
Iga uklękła przy nim, delikatnie pogładziła go po karku. Sierść była matowa, oczy zmęczone, ociężałe ruchy.
Co się dzieje, kochany? zapytała z troską, głaszcząc psa.
Smok tylko cicho zawarczał i wtulił nos w łapę. Iga wzięła telefon i zadzwoniła do weterynarza.
Lekarz przyjechał popołudniu. Obejrzał psa, posłuchał, potrzymał za uszy.
Ma lekkie zakażenie. To prawdopodobnie skutek dawnego żywienia się na ulicy. Nie jest groźnie, ale trzeba go leczyć, orzekł.
Co mam zrobić? niemal błagalnie zapytała Iga.
Daj mu specjalną karmę. Tabletki dwa razy dziennie. Pilnuj, żeby pił dużo wody. Za tydzień powinien dojść do siebie.
Iga skrupulatnie trzymała się zaleceń. Podgrzewała mu jedzenie, ukrywała leki w kawałkach sera, ciągle przypominała, iż musi się napić. Smok, jakby rozumiał jej starania, często lizał ją po dłoni po karmieniu, patrzył bystro w oczy. Mówił tym spojrzeniem: Dziękuję, ufam ci.
Wkrótce pies się rozruszał. Znowu interesował się piłką, a po kilku dniach znów radośnie witał Igę w progu i rzucał się na swój ulubiony koc. Widząc, jak wracają mu siły, Iga z euforią patrzyła na swojego przyjaciela. Po raz pierwszy od dawna miała poczucie, iż dom jest naprawdę pełny.
Z biegiem czasu życie ułożyło się w rytm. Iga nauczyła się, co można podawać psu, a co mu szkodzi. Z domu nigdy nie wychodziła bez wodopojki czy ulubionej przekąski Smoka. Weekendy to były długie wycieczki do Lasku na Kole, gdzie pies gonił za patykiem, bawił się z innymi czworonogami i co chwilę zerkał, czy Iga patrzy.
Pewnego dnia uznała, iż przydałoby się trochę szkolenia. Zapisała się z nim na kurs posłuszeństwa. Smok okazał się pojętny gwałtownie nauczył się komendy siad, leżeć, do mnie. Trener chwalił jego czujność i lojalność, a Iga była dumna, powtarzając w domu z nim kolejne triki.
Wszystko układało się harmonijnie, aż pewnego jesiennego wieczora przy wejściu do bloku czekał na nią nieznajomy mężczyzna.
Stał oparty o mur, patrząc prosto na nią. Gdy Iga zbliżyła się, skinął głową.
Dobry wieczór, powiedział łagodnie. Pani chyba Iga?
Iga zatrzymała się, podejrzliwa.
Tak. A pan?
Nazywam się Aleksander. Jestem właścicielem tego psa.
Czas się zatrzymał. Słowa mężczyzny zawisły w powietrzu.
To pana pies? Dlaczego więc był na ulicy?
Aleksander westchnął.
Pracowałem za granicą, na kontrakcie. Zostawiłem psa pod opieką. Myślałem, iż będzie miał dobrą opiekę, ale znajomy nie radził sobie. Wypuścił psa na podwórze. Nie mogłem wrócić od razu. Kiedy wróciłem, szukałem go miesiącami, a dziś widziałem go z panią. Był szczęśliwy jak nigdy.
Iga słuchała w milczeniu.
I co teraz? Chce go pan zabrać?
Aleksander zawahał się, po czym pokręcił głową.
Myślę, iż lepiej będzie, jeżeli zostanie z panią. Widać, iż czuje się u pani cudownie. Po prostu chciałem się upewnić, iż jest mu dobrze i podziękować.
Iga odetchnęła i kiwnęła głową z wdzięcznością.
Dziękuję za szczerość. Obiecuję, iż już nigdy go nie zostawię.
Aleksander spojrzał na nią z cichym podziwem, po czym odszedł. Iga patrzyła za nim jeszcze przez moment, a potem weszła na klatkę. Z mieszkania dobiegało już radosne szczekanie. Smok czekał na swoją panią, a ona wiedziała nie jest już nigdy sama.












