Mam na imię Jerzy. Sześćdziesiąt dziewięć lat, w marcu siedemdziesiąt. Moja żona Halina ma sześćdziesiąt siedem i jesteśmy razem od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku. Czterdzieści jeden lat w październiku skończyliśmy. Całe dorosłe życie w jednym mieszkaniu na osiedlu Słoneczne, niedaleko lasu, w bloku z wielkiej płyty, gdzie winda ma charakter i zjeżdża z opóźnieniem.
Zawsze mieliśmy inne rytmy. Ja nocny marek, ona ranny ptaszek. Ale przez dziesięciolecia jakoś się te nasze rytmy zazębiały. Ona wstawała pierwsza. Ja nastawiałem budzik, żeby chociaż napić się z nią kawy, zanim wpadła w dzień. Wieczorem siadaliśmy razem, ona z robótką albo prasowaniem, ja z gazetą albo pilotem.
A potem poszedłem na emeryturę.
Nie chodziło o to, iż nagle miałem więcej czasu. Chodziło o coś innego, co zobaczyłem dopiero po roku, może po roku i kilku miesiącach.
Halina zaczęła kłaść się wcześniej. Najpierw koło jedenastej. Potem przed dziesiątą. W końcu zdarzało się, iż o dziewiątej trzydzieści znikała w sypialni, a ja siedziałem przed telewizorem i oglądałem mecz. Reprezentacja, Liga Mistrzów, cokolwiek leciało.
Myślałem: zmęczona jest. Ma prawo być zmęczona. Gotuje, sprząta, dogląda działki, jeździ na targ po warzywa. Czasem przysypiała przecież przy filmie jeszcze kiedy pracowała.
Aż pewnego czwartku wszedłem po ładowarkę do sypialni. Telefon mi padał, ładowarka została po jej stronie łóżka. Halina leżała pod kołdrą, z małą lampką zapaloną, i czytała. Okulary na nosie, w rękach jakaś książka w granatowej okładce.
— Myślałem, iż śpisz — powiedziałem.
— Nie.
Tyle. Jedno słowo, ani uśmiechu, ani spojrzenia znad książki. Sięgnąłem po ładowarkę, wróciłem do pokoju, gola ktoś strzelił, już choćby nie pamiętam kto.
I tak się to powtarzało. Wchodziłem po coś do sypialni — po aspirynę, po chusteczki, po okulary, które zostawiłem na szafce nocnej — a ona nie spała. Czasem rozwiązywała krzyżówki. Czasem wpatrywała się w sufit. Przewracała kartkę tak powoli, jakby liczyła strony na dziesięć razy. Nie miała oczu zmęczonych ani tego ciężkiego oddechu, który ma człowiek, który już prawie śpi.
W końcu zrozumiałem, iż ona nie chodzi wcześniej do łóżka, bo chce spać. Ona wychodzi z pokoju.
W sobotę nie wytrzymałem. Poczekałem, aż skończy się połowa meczu, ściszyłem dźwięk. Halina siedziała obok mnie na kanapie, z herbatą w kubku, i przeglądała jakiś stary zeszyt z przepisami. Nie patrzyła w telewizor, to akurat widziałem.
— Halu — powiedziałem. — Mogę cię o coś zapytać? Tylko się nie gniewaj.
Zamknęła zeszyt. Palcem przytrzymała stronę, jakby bała się, iż zgubi miejsce.
— Czemu ty chodzisz teraz tak wcześnie spać? — spytałem. — Przecież nie śpisz. Widzę, iż nie śpisz.
Milczała chwilę. Potem zdjęła okulary, odłożyła je na stolik, obok kubka.
— Bo mi się nie chce siedzieć co wieczór i oglądać tego, co ty chcesz oglądać — powiedziała.
Zamurowało mnie.
— Ale my mamy dwa telewizory — powiedziałem. — Możesz iść do sypialni i oglądać, co chcesz. Co ci przeszkadza?
— Bo jak się rozejdziemy, to już się do siebie nie odzywamy — powiedziała.
I wtedy się zaczęło.
Powiedziała, iż od kiedy jestem na emeryturze, nasze życie zrobiło się bardzo małe. Że mój dzień to kawa, gazeta, telewizor, sklep, telewizor. Że kiedyś rozmawialiśmy przy kolacji o pracy, o ludziach, o rzeczach, które nas wkurzały albo cieszyły. A teraz siedzimy obok siebie jak dwoje obcych w poczekalni u dentysty, tylko iż bez rejestracji.
— My już od miesięcy nie porozmawialiśmy dłużej niż kwadrans — powiedziała.
— Przesadzasz — powiedziałem.
— Tak? To przypomnij sobie, o czym rozmawialiśmy wczoraj.
Chciałem odpowiedzieć. Otworzyłem usta. I nic. Zupełnie nic, pustka, jakbym próbował sobie przypomnieć numer konta sprzed dwudziestu lat. Wiedziałem, iż coś mówiła, coś tam odburknąłem. Ale o czym, za nic.
— No właśnie — powiedziała.
Zapytałem ją, czy jest mną zmęczona. Bo to by było najprostsze.
— Nie tobą — powiedziała. — Tym, jak żyjemy.
I to zabolało bardziej.
Kilka dni chodziłem wściekły. Jak to? Czterdzieści jeden lat. Przecież nam się układa, nie awanturujemy się, wszystko na swoim miejscu, obiady są, czysto jest, rachunki zapłacone, dzieci zdrowe. Czego jej, do cholery, brakuje? Nagle się okazuje, iż to, co ja uważałem za małżeńską ustatkowaną starość, dla niej jest nudą.
Ale potem zacząłem próbować sobie przypominać. I nie umiałem. Nie umiałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz się z niej śmiałem, iż na tym naszym balkonie paliła papierosa ukradkiem i myślała, iż nie wiem. Kiedy ostatni raz mi o czymś opowiedziała od początku do końca, z jakąś pasją, z jakimś denerwowaniem się, z jakimś śmiechem.
Zapytałem ją o to wieczorem, przy kolacji, którą zjedliśmy przy stole, nie przed telewizorem.
— To mi powiedz teraz — powiedziałem. — Co się u ciebie dzieje?
Popatrzyła na mnie, jakby sprawdzała, czy to nie żart.
I zaczęła mówić. O koleżance z biblioteki, o ciotce, o książce, o tym, iż na targu jajka podrożały do dwunastu złotych za dziesięć sztuk, o sąsiadce z dołu, o jakimś koncercie w filharmonii, na który chciała iść, ale nie chciała iść sama. Mówiła i mówiła, a ja siedziałem i naprawdę słuchałem. I pierwszy raz od dawna pomyślałem, iż ona ma ładny głos, jak się czymś przejmie.
Halina też przyznała, iż zrobiła tak, jak nie powinna. Że wycofywała się w ciszy, zamiast powiedzieć od razu. Ale nie chciała robić mi wymówek, bo po czterdziestu latach to już nie jest takie proste, powiedzieć komuś, iż się za nim tęskni w tym samym mieszkaniu.
Zaczęliśmy od drobiazgów. W każdy wtorek i piątek po kolacji telewizor idzie spać pierwszy. I wtedy rozmawiamy. Czasem gramy w karty, czasem wychodzimy na spacer do lasu, choćby po ciemku, a choćby zwłaszcza po ciemku, bo wtedy mniej widać i więcej słychać. Czasem każde idzie w swoją stronę: ja na działkę, ona do klubu czytelniczego na Lipowej. I wiecie, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Zaczęliśmy za sobą tęsknić. Za tymi właśnie wieczorami, których ja nie zagospodarowałem telewizorem, a ona rezygnacją.
W marcu wróciła do łóżka przed dziesiątą. Akurat byłem w sypialni, bo szukałem okularów. Spojrzała na mnie, a ja na nią.
— Hala, wszystko w porządku? — zapytałem.
Roześmiała się i naciągnęła kołdrę pod brodę.
— Dziś naprawdę jestem śpiąca — powiedziała.
I zasnęła w ciągu pięciu minut, tak po prostu, bez książki, bez krzyżówek.
To z pozoru mała historia. Nie było zdrady, nie było wyprowadzki, nie było wielkiej awantury z walizkami na schodach. Ale zrozumiałem jedną rzecz: jak łatwo jest pomylić brak kłótni z byciem razem. Małżeństwo nie musi się rozpaść. Wystarczy, iż dwie osoby za długo nie patrzą na siebie, a potem mijają się w przedpokoju jak lokatorzy.
Miesiąc temu Halina powiedziała mi, iż poszła do biblioteki i oddała ten zeszyt z przepisami, który wtedy trzymała w rękach. Oddała go, bo powiedziała, iż już jej niepotrzebny. Zapisała się za to na kurs decoupage przy osiedlowym domu kultury. I wiecie, co ja na to?
Kupiłem jej wielką skórzaną teczkę na farby i pędzle, za sto osiemdziesiąt złotych, zamykaną na metalowy zamek. Leży teraz na tej samej półce, na której przerwała wtedy rozmowę. Obok ładowarki do mojego telefonu.
Wracam do domu w środy i czwartki, w te dni, kiedy telewizor jest głupi, a las pachnie wilgocią. W zeszłym tygodniu usiedliśmy na ławce przy karmniku i Halina powiedziała, iż sikorki przylatują tu codziennie o siódmej pięć. Nie patrzyłem na zegarek, nie sprawdzałem. Po prostu jej wierzyłem.













