List od samej siebie
Koperta była pomarańczowa. Jaskrawa, wręcz śmiesznie jaskrawa jak mandarynka w styczniowym śniegu. Leżała w skrzynce na listy pośród rachunków za czynsz i ulotek z promocjami w Biedronce, i Wanda wyciągnęła ją jako ostatnią.
Na przedniej stronie jej charakter pisma. Jej adres. Jej imię: Wanda Marianna Domagałowa.
Odwróciła kopertę. Adres nadawcy również jej. I imię i nazwisko nadawcy też.
Wanda stała wtedy na pierwszym piętrze w blokowej klatce, z siatką z Biedronki w lewej ręce, i nie rozumiała. Kto mógł sobie z niej tak zakpić? Przyjrzała się pismu. Litera t z długą przekreślną, charakterystyczna pętla przy r tak pisała tylko ona, od czasów liceum. Odkąd polonistka, pani Krystyna Wach, postawiła jej czwórkę za zeszyt i powiedziała: Domagałowa, twoje pismo wygląda jak u dorosłej kobiety. To, na marginesie, jest zaleta.
I Wanda nie zmieniła pisma. Po dwudziestu pięciu latach te same t i r.
Weszła na dziewiąte piętro, otworzyła drzwi, postawiła siatkę na stole w kuchni. Kopertę położyła obok.
Mieszkanie było małe, ale Wanda była do tego przyzwyczajona kawalerka na Ursynowie, okna wychodzące na zachód. W korytarzu haczyk na jedyny płaszcz, półka na buty, lustro, w które co rano spoglądała i powtarzała w myślach: Dobrze. Da radę. Gotowość. Nie ładna, nie wypoczęta gotowa do pracy. Wystarczało.
Każdego wieczoru pokój zalewał pomarańczowy blask zachód słońca, gęsty jak rozgrzany miód. To była jedyna zaleta tego mieszkania, pomijając dziesięć minut spacerem do metra. I teraz, o szóstej wieczorem, światło pełzło po ścianie, dochodziło do półki z książkami, do kubka z poranną, zimną już herbatą, do zdjęcia mamy w drewnianej ramce.
Wanda usiadła przy stole. Przetarła ramiona. Znów miała je wysoko, napięte, niemal jakby spodziewała się uderzenia. Ta postawa weszła jej w krew po latach zebrań w pracy i nerwowych telefonów od szefostwa. Jej ciało reagowało szybciej niż ona sama.
Spojrzała na kopertę.
Pomarańczowa. Sztywny papier. Ani jednej zmarszczki jakby ktoś niósł ją ze szczególną troską. Przesunęła palcem po swoim nazwisku.
To nie był żart. Znała swoje pismo lepiej niż własną twarz.
Zdecydowanym ruchem oderwała pasek u góry i zajrzała do środka. Zwykła kartka A4, zgięta w pół i coś jeszcze, płaskiego, błyszczącego.
Wyjęła kartkę. Rozłożyła.
Cześć. To Ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Masz teraz trzydzieści siedem lat, siedzisz w kuchni po drugiej w nocy i czujesz się bardzo źle. Czwartą noc z rzędu nie możesz spać. Myślisz, iż nie dasz rady w pracy, ze sobą, w tym mieście, które dusi cię z każdej strony.
Piszę do ciebie, bo ktoś musi. Jutro zadzwoni przyjaciółka, pojutrze mama, ale teraz jest druga w nocy i nie ma nikogo. Jesteś tylko ty.
Chcę ci powiedzieć:
Poprosiłaś, żeby ci przypomnieć poradziłaś sobie wtedy, poradź sobie teraz.
Kochaj siebie. Zasługujesz.
Skoro to czytasz, znaczy, iż minął rok. Wytrwałaś. Czyli nie pisałam na próżno.
Wanda opuściła kartkę na stół.
Miała sucho w gardle. Nie ze wzruszenia z rozpoznania. To była ona. Każde słowo jej. Intonacja, błąd w przecinku po teraz, choćby zwyczaj zaczynania akapitu od chcę ci powiedzieć.
Ale nie pamiętała.
Nie pamiętała, iż to napisała. Nie pamiętała pomarańczowej koperty, nie pamiętała wyboru papieru. Cały rok ani jednej myśli.
Wtedy dostrzegła fotografię.
Wysunęła się z koperty, spadła na stół stroną do dołu. Wanda odwróciła ją.
Na zdjęciu była kobieta. Twarz szarawa, pod oczami cienie szerokie na dwa palce, usta spierzchnięte, zaciśnięte w cienką linię. Włosy związane w niedbały koczek z lewej strony pasmo opadło na policzek. Sweter szary, powyciągany na łokciach, ten sam, który Wanda wyrzuciła latem.
Znała ten sweter. I znała tę twarz.
To była ona sama. Marcowa. Z poprzedniego roku.
A na dole zdjęcia, drobnym pismem, manualnie: Stałaś się silniejsza. Spójrz na mnie zobaczysz, skąd przyszłaś.
Położyła zdjęcie obok listu. Zachodnie światło skoczyło na stół, połyskując na zdjęciu. Twarz na zdjęciu zrobiła się cieplejsza ale nie pogodniejsza.
Wtedy przypomniała sobie.
***
Marzec dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Druga w nocy. Ta sama kuchnia, ten sam stół, tylko na stole laptop, od którego bolały ją oczy.
Wanda miała na sobie T-shirt i spodnie od piżamy, bose stopy, zimne od kafelków, i wertowała strony. Nie portale społecznościowe. Nie wiadomości. Szukała czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Może znaku. Może powodu, żeby rano wstać.
Tamtego marca nie wstawała z łóżka przez trzy dni z rzędu. To nie było lenistwo. To było coś ciężkiego, lepka cień o nieokreślonym imieniu. Jakby ktoś położył jej na klatkę betonową płytę i poszedł.
Rozwód był trzy lata wcześniej. Adrian odszedł w dwudziestym trzecim do koleżanki z pracy, do Martyny z księgowości, do kobiety, która częściej się śmiała i mniej pytała. Wanda wtedy nie płakała. Spakowała jego rzeczy w dwie walizki, postawiła przy drzwiach. Powiedziała: Weź. Wziął.
A potem przez półtora roku pracowała. Bez wytchnienia, bez urlopu. Specjalistka do spraw zakupów w firmie budowlanej WawelBud czyli telefony do dostawców od ósmej rano, tabelki do dziesiątej wieczór, a między tym narady, na których szef, Dyrektor Krupiński, powtarzał: Rynek się kurczy. Optymalizujemy. Kto nie daje rady sam jest sobie winien.
I Wanda dawała radę. Dźwigała, znosiła, nie narzekała.
Jesienią dwudziestego czwartego ciało powiedziało dość. Pierwszy poszedł sen. Potem apetyt. Wreszcie chęć wychodzenia z mieszkania. Do stycznia zasypiała tylko z telewizorem w tle, jadła raz dziennie i rozmawiała głównie telefonicznie z mamą i to raczej z obowiązku.
Mama się domyślała. Grażyna Domagała dzwoniła co wieczór, pytała: Wandziu, jadłaś dzisiaj? Wanda odpowiadała: Tak, mamo. Zupę. Zupy nie gotowała od listopada.
Tej nocy marcowej, dwudziestego piątego Wanda wpisała w wyszukiwarkę list do siebie w przyszłości. Nie wiedziała po co. Zobaczyła gdzieś reklamę i sobie przypomniała. Pierwszy wynik strona Kapsuła czasu. Można napisać list, wybrać termin od miesiąca do dziesięciu lat i opłacić wysyłkę. Papierowy list, prawdziwa koperta, prawdziwa poczta.
Wybrała kopertę pomarańczową. Bo szarości w życiu jej wystarczało. Własnoręcznie napisała tekst, zrobiła zdjęcie, załadowała skan na stronę. Potem zrobiła sobie selfie tam, przy tym kuchennym stole, w blasku laptopa. Załączyła zdjęcie. Zapłaciła siedemnaście złotych. Wybrała czas: dwanaście miesięcy.
Zamknęła komputer. Poszła spać. Roku nie pamiętała.
Bo po tamtym marcu życie ruszyło. Nie od razu, nie gładko szarpnięciami, jak stary dźwig w bloku. Ale ruszyło.
W kwietniu zapisała się do psychologa. Pierwszy raz w życiu. Kobieta z krótkimi włosami, gabinet na Ochocie, pięćdziesiąt minut tygodniowo. Na trzecim spotkaniu popłakała się i nie mogła przestać dwadzieścia minut. Na szóstym pierwszy raz od miesięcy zaśmiała się szczerze.
W czerwcu awans. Starsza specjalistka ds. zakupów. Krupiński po naradzie podszedł i powiedział: Domagałowa, pani jako jedyna nie narzeka i robi robotę. To się zauważa. Wanda pokiwała głową, wróciła na miejsce, usiadła i ramiona same podniosły się do uszu, jak zawsze. euforia i strach weszły razem.
Jesienią było lżej. Znowu gotowała zupę. Znowu w niedziele wychodziła do parku przy metrze, z książką i termosem. Pierwsza dzwoniła do mamy, nie czekając, aż to mama zadzwoni.
O liście zapomniała. Do cna. Jak o polisie, schowanej na dnie szuflady wiesz, iż jest, ale o niej nie myślisz.
Aż do dzisiaj.
Wanda siedziała przy stole, z listem w jednej ręce i fotografią w drugiej, i wpatrywała się w kobietę sprzed roku. Szarą twarz, cienie pod oczami, sweter, który wydała. I głos w głowie ten stary, znany szepnął: No i co? Znowu ci źle. Nic się nie zmieniło.
***
Ten głos pojawił się dawno. Wanda nie pamiętała kiedy po rozwodzie czy wcześniej. Nie krzyczał. Nie obrażał. Mówił cicho, rozsądnie, niemal troskliwie. I to bolało najbardziej.
Awans? Przypadek. Krupiński nie znalazł nikogo lepszego.
Myślisz, iż sobie radzisz? Spójrz na siebie. Ramiona przy uszach, sen po kilka godzin, na śniadanie tylko kawa i niepokój.
I ciebie zwolnią. W kwietniu. Lub w maju. To tylko kwestia czasu.
Wanda słuchała. Nie dlatego, iż wierzyła po prostu nie potrafiła nie słuchać. Głos był jej częścią, jak odruch podnoszenia ramion, jak r z pętelką. Był z nią tak długo, iż już nie wiedziała, gdzie kończy się ona, a gdzie zaczyna głos.
Następnego ranka dziewiętnastego marca Wanda wstała o szóstej. Prysznic, kawa, tusz do rzęs. Jak zwykle.
W pracy było nerwowo. W biurze WawelBud na Alejach Jerozolimskich szóste piętro, open space, trzydzieści trzy biurka od trzech tygodni wisiała ciężka cisza. Nie ta robocza, tylko pełna wyczekiwania. W lutym ogłosili zwolnienia. Pierwsza fala przeszła odeszło pięć osób z logistyki. Teraz wszyscy czekali na kolejną.
Wanda wyszła z windy, minęła recepcję. Recepcjonistka Basia uśmiechnęła się do niej krótko, uprzejmie, ale nerwowo. Basia też czekała. Wszyscy czekali.
Wanda usiadła przy biurku, powiesiła torebkę na oparciu krzesła, włączyła laptop. Hasło sześć cyfr, data urodzin mamy wpisała z zamkniętymi oczami. Otworzyła pocztę. Sto czternaście nieprzeczytanych. Zaczęła sortować. Dostawca z Lublina prosił o przesunięcie terminu. Magazyn pisał o brakach zbrojeń. Księgowość wymagała rozliczenia do piątku. Zwykły dzień. Gdyby nie cisza, można by uwierzyć, iż nic się nie dzieje.
O jedenastej Krupiński zwołał spotkanie.
Wszedł do salki niski, postawny, podgolony na jeża, z przyzwyczajeniem do klikania długopisem. Usiadł. Spojrzał na osiemnastkę ludzi.
Krótko rzucił. Majewska z projektowego odchodzi. Za porozumieniem stron. Oficjalnie to jej decyzja. Wszyscy wiemy jak jest.
Majewska, Julia dwadzieścia dziewięć lat, dział projektowy, trzeci rok w firmie. Wanda ją znała nie blisko, ale dość, by pamiętać, jak Julia przynosiła na dział ciasto od babci i zostawiała z karteczką Częstujcie się, z kapustą! I jak tamtego grudnia, na firmowej wigilii, wyznała Wandzie przy papierosie, iż boi się zwolnienia bardziej niż czegokolwiek. Mam kredyt na mieszkanie mówiła. I kota. Kota nie zwolnią.
I jeszcze dodał Krupiński stukając długopisem w kwietniu kolejny etap. Optymalizacja trwa. Kto zostanie, zdecydujemy po wynikach kwartału.
Wanda siedziała wyprostowana, ramiona pod same uszy, palce splecione pod stołem. I głos wewnętrzny szepnął spokojnie: Widzisz? Mówiłem. Zostało ci do kwietnia.
Po spotkaniu wyszła na korytarz. Oparła się przy automacie z wodą. Zamknęła oczy na trzy sekundy.
W głowie dwa głosy. Jeden cichy: Poradziłaś sobie wtedy poradzisz i teraz. Z listu. Z tej pomarańczowej koperty. Z marca zeszłego roku.
I drugi, głośniejszy: Przypadek. Kartka ze strony za siedemnaście złotych. Po co się łudzić? Julię nie oszczędzili dostała porozumienie stron, jutro siądzie do szukania pracy z kotem na kolanach.
Wanda otworzyła oczy. Nalała sobie wodę. Wypiła.
I wróciła do pracy. Otworzyła tabelę z dostawcami. Pracowała dalej. W tym była dobra. Pytanie tylko, czy to wystarczy.
Wieczorem, przed siódmą, siedziała w kuchni nad miseczką kaszy gryczanej i kotletem. Zadzwonił telefon. Mama.
Wandziu, cześć głos Grażyny był ciepły, nieco chropowaty, bo jeszcze wiosenne przeziębienie nie puściło. Jak się masz?
Dobrze, mamo. W pracy gorąco.
Jadłaś już coś?
Właśnie jem. Kasza gryczana.
Dobrze.
Pauza. Wanda wiedziała, iż mama czuje więcej niż słyszy. Grażyna Domagała spędziła sześćdziesiąt cztery lata na tym świecie, w tym trzydzieści w dziecięcej bibliotece, słysząc to, czego nie mówią dzieci. Praktykę tę stosowała też wobec córki.
Wanda, masz taki ściśnięty głos.
Jestem zmęczona, mamo.
Tak samo mówiłaś rok temu: Zmęczona jestem. A potem wyszło, iż trzy dni nie wychodziłaś z mieszkania.
Wanda zamknęła oczy.
Mamo, naprawdę jestem tylko zmęczona. Nie jak wtedy. Praca po prostu napięta.
Wiesz, iż jestem zawsze powiedziała Grażyna. Przyjadę w sobotę, mogę zupę przywieźć. Taką prawdziwą, nie z torebki.
Wanda uśmiechnęła się pierwszy raz tego dnia.
Nie trzeba, mamo. Póki co radzę sobie.
Rozmawiały jeszcze dziesięć minut o ciśnieniu mamy, o sąsiadce Helenie, która przyniosła kota, a ten drze się nocami, o wiośnie, która w Puławach czuć już wyraźnie: na balkonie mamy zakwitła doniczka fiołków i Grażyna wysłała córce zdjęcie. Patrz napisała wiosna przyszła, a ty w tej Warszawie i nosa z mieszkania nie wytykasz. Kąciki ust Wandy uniosły się. Zwyczajna rozmowa. I dzięki tej zwyczajności poczuła ulgę.
Mama nigdy nie naciskała. Nie pytała, masz już kogoś? ani kiedy wnuki? Trzy dekady w bibliotece nauczyły ją, iż milczenie bywa cenniejsze niż rada. Po prostu była obok. Dwieście kilometrów i jeden telefon dalej.
Wanda odłożyła słuchawkę. Posprzątała, zerknęła na list na rogu stołu obok pomarańczowej koperty i zdjęcia.
Stałaś się silniejsza. Spójrz na mnie zobaczysz, skąd przyszłaś.
Wzięła zdjęcie. Podniosła do twarzy. Kobieta patrzyła w obiektyw jakby chciała prosić o pomoc, nie wiedząc kogo.
O dziewiątej zadzwoniła Halina.
Halina przyjaciółka ze szkoły, dwadzieścia dwa lata znajomości, głos zawsze niski, zachrypnięty od śmiechu, choćby gdy nie było jej do śmiechu.
Wandeczko. Co tam?
A co ma być?
Opowiadaj! Wiem, iż macie zwolnienia. Basia z twojego biura pisała na czacie absolwentów, iż u was Sajgon.
Wanda westchnęła.
No tak. Dziś znów kogoś pożegnali. Krupiński zapowiedział, iż w kwietniu kolejna tura.
A ty?
Jeszcze nie. Ale to jeszcze jest kluczowe.
Wanda, pamiętasz, jak dzwoniłaś do mnie rok temu? W nocy? Mówiłaś, iż nie dasz rady. Że koniec. Pamiętasz?
Pamiętała niejasno, jak przez wodę. Dzwoniła do Haliny nad ranem, a ona odebrała po drugim sygnale.
Pamiętam.
I co? Przetrwałaś. Jesteś. Pracujesz. Awansowałaś. Gotujesz gryczaną kaszę i odbierasz ode mnie telefon. To nie jest koniec. To życie.
Cisza.
Wanda, słyszysz mnie?
Słyszę.
To przestań już siebie użalać.
Halina paplała jeszcze dziesięć minut o swojej pracy (sprzedawała kuchnie do zabudowy i nienawidziła klientów zmieniających kolor frontów po trzech tygodniach), o kocie Rysiu, który podrapał nową sofę, o tym, iż w sobotę koniecznie trzeba się spotkać na butelkę wina.
Wanda słuchała. I myślała: Halina powiedziała to samo, co w liście. Niemal tymi słowami. Jakby po roku mama, przyjaciółka i ona z przeszłości zgodnie powtarzały jedno: jesteś tu, przetrwałaś, skończ się karcić.
Odłożyła słuchawkę. Była dziesiąta.
W mieszkaniu panowała cisza. Nie duszna, niezręczna zwyczajna. Lodówka brzęczała. Za oknem szumiał nocny autobus. Ktoś piętro niżej śmiał się dziecinnym świstem.
Wanda poszła do łazienki. Włączyła światło. Spojrzała w lustro.
Twarz. Jej twarz. Trzydzieści osiem lat, włosy kasztanowe do ramion, lekko falujące od wilgoci. Skóra nie szara. Zwyczajna. Z lekko różowym policzkiem od herbaty. Pod oczami lekkie cienie, ale nie te z fotografii. Pracownicze, codzienne.
Wróciła do kuchni. Wzięła zdjęcie. Postawiła je obok lustra.
Dwie twarze.
Jedna w lustrze. Żywa, ciepła, nieco zmęczona.
Druga na fotografii. Szarawa, ze spierzchniętymi ustami i oczami, które proszą o pomoc.
Rok między nimi.
I głos w środku ten cichy, niby rozsądny znów próbował: To nic nie znaczy. Zdjęcia zawsze fałszują. Światło padło źle. Ty po prostu
Ale Wanda przerwała. Na głos. Po raz pierwszy od dawna na głos.
Nie.
Powiedziała do swojego odbicia. Kobieta w lustrze patrzyła z takim wyrazem, jakiego nie było na zdjęciu: spokojnym, skupionym, lekko zdziwionym.
Nie powtórzyła cicho. Już nie. Patrz podniosła zdjęcie do twarzy. Taka byłam. A teraz jestem taka.
Głos zamilkł.
Wanda stała boso w łazience, w starych spodniach i T-shircie, ze zdjęciem w ręku i pierwszy raz od roku spojrzała na siebie bez ocen.
Nie: dość dobrze?, nie: dam radę?, nie: a jeżeli wszystko runie?
Po prostu spojrzała.
I zobaczyła. Nie idealną kobietę, nie bohaterkę, nie silną i niezależną, jak z magazynów. Zwyczajną. Żywą. Z lekko podkrążonymi oczami i niesforną grzywką. Dłonie, które przez rok podpisały trzysta dwadzieścia protokołów przyjęcia i ani razu nie drgnęły. Ramiona, które unosiły się, ale dotąd nie upadły. Nie złamały się.
***
W nocy nie spała do drugiej. Ale nie z niepokoju. Z myśli.
Leżała w łóżku, w ciemności, przywołując na pamięć poprzedni rok. Nie wydarzenia, ale uczucia. Jak po raz pierwszy po dłuższym czasie ugotowała śniadanie i zjadła je do końca. Jak doszła do parku i usiadła na ławce, słońce grzało jej twarz i pozwoliła sobie siedzieć tak dwadzieścia minut po prostu siedzieć. Jak na terapii parsknęła śmiechem z własnego zwyczaju przepraszać, iż komuś zabiera czas.
Drobiazgi. Ale z nich złożył się ten rok.
A głos szeptał: To się nie liczy. Wszyscy tak mają. To nie sukces.
I Wanda pomyślała: a jeżeli on kłamie? Nie złośliwie. Bo już inaczej nie potrafi. Jak ktoś, kto spędził życie w pokoju bez okien i powtarza, iż słońca nie ma. Nie ze złej woli tylko z braku doświadczenia.
Wstała. Poszła do kuchni. Zapaliła lampkę.
Pomarańczowa koperta leżała na stole. Wanda odwróciła ją czystą stroną do góry. Sięgnęła po długopis ten sam, którym spisywała protokoły.
I zaczęła pisać.
Cześć. Znowu ja. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego szóstego. Masz trzydzieści osiem lat. W pracy niepewnie. W życiu nie wiadomo. Ale dajesz sobie radę.
Wiesz, rok temu pisałam do ciebie z ciemności. Takiej, w której nie widać ścian, i wydaje się, iż pokój nie ma końca ani wyjścia.
Dziś odebrałam tamten list. I wiesz co? Nie poznałam siebie na zdjęciu. Od razu nie. Trzy sekundy mi zajęło, by zrozumieć, iż ta szara kobieta to ja.
Trzy sekundy to cały rok.
Teraz piszę nie z bólu. Piszę z ciepła. Bo jeżeli to czytasz, minął kolejny rok. I znowu wytrzymałaś.
Kochaj siebie. Zasługujesz.
Twoja Wanda, marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego.
PS: jeżeli ramiona znów są przy uszach opuść. Właśnie teraz. Tak. Dobra robota.
Skończyła. Złożyła kartkę w czworo. Wsadziła do pomarańczowej koperty tej samej, którą rano wyjęła ze skrzynki. Odwróciła. Napisała swój adres.
Potem otworzyła laptop. Weszła na stronę Kapsuły czasu. Zamówiła wysyłkę na marzec 2027. Dodała skan listu. I po sekundzie wahania zrobiła sobie selfie. Tu, przy kuchennym stole, w blasku lampki.
Twarz na ekranie była już inna. Nie szara. Nie pusta. Normalna. Trochę zmęczona, z cieniami pod oczami ale żywa. I wargi rozciągnięte, nie w uśmiech w spokój.
Zamieściła zdjęcie. Zapłaciła. Zamknęła laptop.
Podeszła do okna.
Nocna Warszawa świeciła poniżej, za szybą dziewiątego piętra. Latarnie, światła samochodów, żółte prostokąty cudzych okien. Cicho. Marzec, dwa stopnie, lekki wiatr.
Stała boso na zimnej podłodze i czuła, jak ramiona te od całego dnia przy uszach opadają w dół. Same. Bez wysiłku.
A głos w środku cichy, racjonalny, znajomy znów próbował coś podszepnąć.
Ale Wanda już nie słuchała.
Patrzyła na miasto i myślała o kobiecie, która za rok otworzy pomarańczową kopertę. Ta kobieta będzie starsza o dwanaście miesięcy. Może już na innej pracy. Może jeszcze tu. Może wyprowadzi się z Ursynowa, a może zostanie. Może kogoś spotka, może nie. To nie było ważne.
Ważne, iż w kopercie będzie zdjęcie z podpisem: Popatrz na mnie i zobacz, skąd wyszłaś.
I kobieta za rok spojrzy. I zobaczy.
Wanda uśmiechnęła się. Zgasiła światło. Poszła spać.
Za oknem marcowa noc, chłodna, pachnąca mokrym asfaltem.
W mieszkaniu cisza.
Na stole pomarańczowa koperta z nowym listem.
***
Rano obudziła się o siódmej. Bez budzika. Światło przyszło ze wschodu blade, srebrzyste, poranne. Nie to pomarańczowe, zachodnie, do którego przywykła. Inne. Nowe.
Wanda wstała. Poszła do kuchni. Wstawiła czajnik.
Koperta leżała na stole. Obok fotografia. Ta zeszłoroczna. I list.
Nie czytała go ponownie. Nie wpatrywała się w zdjęcie. Położyła oba, starannie i równo jak układa się rzeczy, które zamierza się zachować.
Potem wyjęła z szafki nad zlewem szklaną ramkę małą, 10×15, kiedyś kupioną na zdjęcie z wakacji. Nigdy nie wykorzystaną. Włożyła zeszłoroczną fotografię. Postawiła ją na półce z książkami.
Szarawa twarz. Cienie pod oczami. Krzywy koczek. Sweter z luźnymi rękawami.
Nie po to, by pamiętać ból. By pamiętać drogę.
Czajnik kliknął. Wanda nalała herbaty. Ujęła kubek obiema dłońmi zacisnęła palce na ciepłej ceramice. Podeszła do okna.
I zobaczyła w szybie swoje odbicie na tle porannego nieba. Bez makijażu, w domowych ubraniach, z kubkiem w ręku.
Głos w głowie zamilkł.
Wanda dopiła herbatę, ubrała się, wzięła torebkę. Wyszła z mieszkania.
Na progu przystanęła. Sprawdziła ramiona.
Opuszczone. Proste, spokojne. Nie napięte, nie zaciśnięte. Po prostu ramiona. Jej własne.
Wanda zamknęła drzwi i ruszyła do pracy.
A na kuchennym stole została pomarańczowa koperta. Z nowym listem, z nowym zdjęciem. Gotowa do wysyłki.
Za rok przyjdzie. Wanda znów otworzy. Spojrzy na siebie z dziś. I może znów się nie pozna. Bo w ciągu roku zmienia się wszystko.
Albo prawie wszystko.
Charakter pisma zostaje ten sam. Długa przekreślna przy t, pętla na r. Jak w szkole. Jak zawsze.
I w kopercie będzie zdanie najważniejsze, jedyne: Dałaś radę wtedy dasz radę teraz.
Tylko tym razem napisane nie z ciemności.
Z jasności.















