List niedostarczony
Babcia Halina długo siedziała przy oknie. Na podwórku gwałtownie zapadał zmrok, a stary latarnik pod blokiem gasł i zapalał się leniwie. Po śniegu ciągnęły się rzadkie ślady psów i ludzi, gdzieś w oddali dozorczyni poprawiała łopatą chodnik i znów zalegała cisza.
Na parapecie leżały okulary w cienkich oprawkach i stary telefon z popękanym ekranem. Czasem lekko wibrował, gdy w rodzinnym czacie pojawiały się zdjęcia lub nagrania, ale dziś milczał. Cisza rozlewała się po mieszkaniu. Zegar na ścianie tykał głośniej, niż by chciała.
Podniosła się, poszła do kuchni i zapaliła światło. Żarówka pod sufitem rozlewała bladożółtą poświatę. Na stole stała miska z ostygłymi pierogami przykryta talerzem. Ugotowała je z myślą, jakby ktoś miał wpaść. Nie wpadł.
Usiadła, wzięła pieroga, ugryzła i odłożyła ciasto przez cały dzień stwardniało. Można było zjeść, ale bez radości. Zalała sobie herbatę z emaliowanego czajnika, wsłuchując się w bulgot wlewanej wody. Sama nie wiedząc kiedy, westchnęła na głos.
Westchnienie było ciężkie, jakby coś z duszy zsunęło się i usiadło obok.
Czego ja narzekam pomyślała. Wszyscy żyją, dzięki Bogu. Dach nad głową jest. Ale jednak…
Jednak w głowie pojawiały się strzępy ostatnich rozmów. Głos córki, napinający przestrzeń jak struna:
Mamo, ja nie mogę z nim już tak dłużej. On znowu
I zięć, trochę kpiący:
Ona ci się żali, tak? Powiedz jej, iż w życiu nie wszystko jest pod jej dyktando.
I wnuk Kuba, kiedyś tak gadatliwy teraz rzucał w słuchawkę krótkie no, kiedy pytała, jak w szkole. Te no bolało najbardziej. Dawniej mógł godzinami opowiadać o klasie, kolegach. Dorósł, jasne. Ale jednak…
Nie kłócili się przy niej głośno, nie trzaskali drzwiami. Ale pomiędzy słowami stała jakaś niewidzialna ściana: drobne złośliwości, niedopowiedzenia, urazy, z których nikt się nie zwierzał. Halina czuła się jak między dwoma brzegami, raz do córki, raz do zięcia, starając się niczego nie wygadać, ani nie przemilczeć nie w porę. Czasem myślała, iż to jej wina: źle wychowała, źle doradziła, źle przemilczała.
Upiła łyk herbaty, poparzyła się i nagle przypomniała sobie, jak kiedyś, gdy Kuba był mały, pisali razem list do Świętego Mikołaja. On kreślił krzywymi literkami: Proszę, przynieś mi klocki i żeby mama z tatą nie kłócili się. Wtedy się śmiała, głaskała go po głowie i zapewniała, iż Mikołaj wszystko usłyszy.
Teraz zrobiło jej się trochę wstyd, jakby wtedy okłamała dziecko. Mama z tatą nie przestali się spierać. Co najwyżej robią to ciszej.
Odłożyła szklankę, przetarła stół na mokro, choć był czysty, po czym poszła do pokoju i zapaliła lampkę na biurku. Na jego blacie leżały długopis i notes w kratkę, rzadko już używane większość rzeczy zapisywała w telefonie: wiadomości, emotikony, głosówki. Ale długopis czekał, w kubku z ołówkami.
Stała chwilę, patrząc na nie i nagle pomyślała: a gdyby tak…
Myśl była dziwna, dziecinna, ale od tego zrobiło jej się cieplej na sercu. Napisać list. Prawdziwy, na papierze. Nie po prezent. Po prostu poprosić. Nie bliskich, którzy mają swoje rachunki, tylko kogoś, kto niczego nie musi.
Prychnęła pod nosem. Stara babcia, a pisze do bajkowego staruszka. Ale ręka sama sięgnęła po notes.
Usiadła, poprawiła okulary na nosie, wzięła długopis. Na pierwszej stronie były stare notatki przewróciła kartkę, znalazła czystą. Chwilę wahała się, a potem napisała: Drogi Święty Mikołaju.
Zadrżała, wstydząc się, jakby ktoś patrzył przez ramię. Obejrzała się na pusty pokój, równo zasłane łóżko, zamkniętą szafę. Nikogo.
No i dobrze szepnęła i pisała dalej:
Wiem, iż jesteś dla dzieci, a ja już jestem stara. Ale nie poproszę o kożuch, telewizor czy inne rzeczy. Mam to, co trzeba. Chciałabym tylko jedno: niech będzie u nas w domu spokój.
Żeby córka z mężem się nie kłócili, Kuba nie milczał jak obcy. Żebyśmy mogli siedzieć razem przy stole bez strachu, iż ktoś coś powie nie tak. Wiem, iż ludzie sami są sobie winni i ty tu nie masz nic do rzeczy. Ale może możesz jakoś pomóc? Może trochę. Chyba nie mam prawa o to Cię prosić, ale i tak proszę. jeżeli możesz, spraw, abyśmy się słyszeli.
Z poważaniem, babcia Halina.
Przeczytała powoli wszystko, co napisała. Słowa wydały jej się naiwne, koślawe. Ale nie wykreślała. Poczuła, jakby coś z siebie zdjęła.
Papier szelescił w palcach, gdy starannie złożyła list na pół, potem jeszcze raz. Chwilę trzymała go w rękach, nie wiedząc, co dalej. Wyrzucić przez okno? Wrzucić do skrzynki? Głupie.
Poszła po torebkę akurat jutro miała iść do sklepu i na pocztę, zapłacić opłaty. To wrzucę do skrzynki dla listów do Mikołaja zdecydowała. Teraz wszędzie takie są pomyślała, robiąc się odrobinę mniej zakłopotana. Czyli nie tylko ona.
Schowała list do kieszonki w torbie, obok dowodu i rachunków, zgasiła światło. Zegar cykał. Długo nie mogła zasnąć w tej ciszy.
Rano wyszła wcześniej niż zwykle. Na zewnątrz było ślisko, śnieg skrzypiał. Przy wyjściu spotkała sąsiadkę z jamnikiem, wymieniły parę zdań o pogodzie, o zdrowiu i Halina ruszyła dalej, mocno trzymając pasek torebki.
Poczta jak zwykle pełna ludzi, kolejka do okienka z opłatami dłużyła się. Wyjęła z torebki rachunki, złożony list. Skrzynki z Listami do Świętego Mikołaja nie było. Tylko zwykłe na korespondencję i wystawa z kopertami.
Zgłupiała. No i wymyśliłam pomyślała. Do kosza wyrzucić? Jakoś ręka nie chciała. Schowała z powrotem, zapłaciła za prąd i gaz, wyszła z poczty.
Przy kiosku z zabawkami wisiała duża kartonowa skrzynka z napisem Listy do Świętego Mikołaja. Ale była pusta, a sprzedawczyni właśnie zdejmowała taśmę.
Już po wszystkim uśmiechnęła się do Haliny. Wczoraj był ostatni dzień. Teraz już za późno, nie zdążą.
Halina podziękowała machinalnie, choć nie było za co, i wróciła do domu. List tkwił w kieszeni torby, mały, miękki i palący w pamięci, ale nie do wyrzucenia.
W domu rozebrała się w korytarzu, zawiesiła płaszcz, położyła torbę na stołek z zamiarem rozpakowania zakupów. Telefon zabrzęczał w kieszeni płaszcza wiadomość od córki.
Mamo, cześć. Wpadniemy do Ciebie w weekend, dobrze? Kuba coś o historii pytał, mówił, iż masz stare książki.
Poczuła ścisk serca, który w tej samej chwili się rozluźnił. Przyjadą. Czyli nie wszystko jest takie złe. Odpisała szybko: Oczywiście, zapraszam. Czekam na Was.
Potem rozłożyła zakupy, nastawiła bulion. List został w kieszeni torby, zapomniany.
W sobotę wieczorem na klatce zadudniły kroki, trzasnęły drzwi. Halina spojrzała przez wizjer znajome sylwetki: córka z siatką, zięć z kartonem, Kuba z plecakiem na jednym ramieniu. Wystrzelił w górę prawie do ościeżnicy, już wyrośnięty, chudy, spod czapki wystawały mu włosy.
Cześć, babciu powiedział i nieśmiało pocałował ją w policzek, wchodząc pierwszy.
Wchodźcie, rozbierajcie się, kapcie dałam pod ścianą.
W korytarzu od razu zrobiło się ciasno i głośno. Pachniało ulicą, śniegiem i czymś słodkim z siatki córki. Zięć burknął, iż znów w klatce brudno, Kuba zdejmował buty, zawadzając plecakiem o wieszak.
Mamo, nie możemy zostać długo powiedziała córka, stawiając siatkę. Jutro musimy do jego rodziców, sama pamiętasz.
No tak, pamiętam. Zapraszam do kuchni, ugotowałam zupę.
Na kuchni rozlokowali się nieskładnie. Zięć najbliżej okna, córka obok, Kuba naprzeciw Haliny. Naliczały się zupy, rozmawiali bez emocji, łyżki brzęczały w talerzach. Potem rozmowa sama przeszła na pracę, korki, ceny. Słowa płynęły, pod nimi czuć było napięcie jak pod spokojną taflą prąd.
Kuba, pytałeś coś z historii zagadnęła córka, gdy talerze były puste.
Aha, no tak Kuba jakby się ocknął. Babciu, masz coś o wojnie, jakieś książki? Nauczyciel mówił, iż można dodatkowe rzeczy poszukać.
Mam, mam, na półce całą serię. Chodź, pokażę.
Poszli razem do pokoju. Halina zapaliła lampkę, sięgnęła do górnej półki po powycierane książki.
Patrz, tu o Powstaniu Warszawskim, tu pamiętniki, tu o partyzantach Czego dokładnie szukasz?
Nie wiem wzruszył ramionami. Coś, żeby się fajnie czytało.
Stał obok, głowa schylona, Halina zobaczyła w nim tego małego chłopca, którego trzymała kiedyś na kolanach. Teraz milczał, ale w oczach pojawił się błysk.
Weź tę podała książkę z wyblakłą okładką. Sama nieraz czytałam, dobrze napisana.
Wziął i przejrzał kilka stron.
Dzięki, babciu.
Pogadał jeszcze trochę o szkole i normalnym, ale wymagającym nauczycielu historii. Halina słuchała, kiwała głową, pytała dalej. Dobrze jej było po prostu dlatego, iż mówił.
Za chwilę córka zajrzała do pokoju:
Kuba, jedziemy za pół godziny, pakuj się.
Jasne wrzucił książkę do plecaka i wyszedł.
Gdy wychodzili, znów zrobiło się ciasno. Siatki, kurtki, szaliki, słowa zadzwoń, nie zapomnij, podeślę Ci potem.
Halina została sama. W kuchni zaczęła sprzątać. Torebka wciąż stała na stołku pod ścianą a w niej list. Machinalnie włożyła rękę do kieszeni, wyczuła złożoną kartkę. Przez chwilę chciała ją wyjąć i podrzeć, ale tylko głębiej schowała i zamknęła zamek.
Nie wiedziała, iż Kuba, zdejmując plecak w przedpokoju, przypadkiem potrącił torbę nogą, przez co list wysunął się z kieszonki. Poprawił go, zobaczył tytuł Drogi Święty Mikołaju i zamarł.
Nie wyjął wtedy kartki. Dorośli byli tuż obok, wszystko się kręciło i mieszało. Ale napisaną linię zapamiętał.
Wieczorem, w domu, przypomniał sobie o niej, wyciągając książkę z plecaka. Myśl, iż babcia dorosła kobieta pisze list do Świętego Mikołaja, wydała mu się najpierw śmieszna, potem dziwna, na końcu trochę bolesna.
Nazajutrz pojechał z rodzicami do innych krewnych, jadł sałatki, słuchał dorosłych, przeglądał telefon. Ale gdzieś na dnie świadomości bielała mu przed oczami ta kartka.
Po paru dniach po szkole napisał babci sms: Babciu, mogę wpaść? Potrzebuję jeszcze czegoś do historii. Odpowiedziała od razu: Jasne, wpadaj.
Przyszedł zaraz po lekcjach, z plecakiem, w słuchawkach. Na klatce pachniało gotowaną kapustą i płynem do podłóg. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast jakby czekała przy dzwonku.
Wchodź, Kubusiu, zdejmij kurtkę. Upiekłam naleśniki.
Zostawił kurtkę, plecak na tym samym stołku z torbą. Tym razem list znów wystawał z kieszonki. Poczuł ścisk w żołądku.
Gdy babcia krzątała się po kuchni, układając naleśniki na talerz, Kuba, niby poprawiając sznurowadło, wyciągnął kartkę. Zadrżał, serce zaczęło bić mocniej. Wiedział, iż to nie do końca w porządku, ale nie powstrzymał się.
Schował list do kieszeni bluzy, gwałtownie się podniósł i poszedł do kuchni.
Naleśniki! rzucił jakby od niechcenia. Super.
Jedli, rozmawiali o szkole, pogodzie, zbliżających się feriach. Babcia co chwila pytała, czy mu nie zimno, czy buty się nie rozleciały. Zbywał żartami.
Później poszli do pokoju, Kuba obejrzał książkę, którą brał ostatnio i, żeby nie wzbudzać podejrzeń, wyszedł jak zwykle.
Dopiero w swoim pokoju wyjął list. Usiadł na łóżku, kartka leżała na kolanach. Była lekko pogięta, rogi zagięte, pismo staranne, z zawijasami.
Najpierw zrobiło mu się dziwnie, jakby podglądał cudzy sekret. Potem, gdy dotarł do słów żeby wnuk nie milczał jak obcy, w gardle mu się ścisło. Przypomniał sobie, jak ostatnio odpowiadał babci półsłówkami, zbywał jej telefony. Nie dlatego, iż nie lubił tylko ciągle był zmęczony, rozkojarzony, zajęty. A ona odbierała to
Doczytał do końca. O pokoju, o wspólnym stole, o tym, żeby umieć się usłyszeć. Zrobiło mu się żal babci tak bardzo, iż miał ochotę natychmiast do niej pojechać, przytulić i zapewnić, iż wszystko będzie lepiej. Ale zrobiło mu się wstyd za własny patos.
Położył się na plecach, patrząc w sufit. List leżał obok, białą plamą na granatowej narzucie.
No i co teraz? myślał. Powiedzieć mamie? Ojcu? Zaczną: co za głupoty, po co ona to pisała. Albo się obrażą. Albo pokłócą jeszcze bardziej. Oddać list babci, udawać, iż przypadkiem znalazłem? Wiedziałaby, iż czytał. Będzie jej głupio. Jemu też.
Przytulił się do poduszki bokiem. W myślach brzmiały słowa: żeby wnuk nie milczał jak obcy, żebyśmy mogli siedzieć przy jednym stole. To była prośba nie do Mikołaja, tylko do niego.
Przy kolacji kilka razy zaczynał: Mamo, a babcia – ale zawsze coś przerywało. Ojciec pytał o oceny, matka narzekała na pracę. W końcu zamilkł i zjadł makaron.
W nocy długo nie mógł zasnąć. List był w szufladzie biurka, starannie złożony. Wiedza, iż tam leży, nie dawała spokoju.
Następnego dnia na przerwie opowiedział koledze, iż znalazł list babci do Mikołaja. Kolega się zaśmiał:
Dobre! Mój dziadek tylko w ZUS wierzy.
Niesmieszne prychnął Kuba, zaskakując samego siebie.
Kolega wzruszył ramionami, zmienił temat. Kuba został sam ze swoim ciężarem.
Wieczorem wybrał numer babci, ale rozłączył przed sygnałem. Przejrzał rodzinny czat: zdjęcie sałatki, żart o korkach, zaproszenie na wigilię firmową. Wszystko powierzchowne, żadnych listów.
Wpisał: Mamo, a może Wigilia u babci Haliny? i skasował tekst, nie wysyłając. Wyobraził sobie: Zwłaszcza, iż już byliśmy umówieni z twoimi dziadkami i wielką kłótnię.
Wyjął list, przeczytał jeszcze raz, zatrzymując wzrok na fragmencie o wspólnym stole. Wtedy przyszło mu do głowy coś prostego i zarazem odrobinę zabawnego.
Nie Wigilia. Po prostu kolacja. Bez okazji. A adekwatnie z okazji.
Zajrzał do mamy, gdy siedziała przy laptopie.
Mamo a może byśmy do babci poszli razem tak po prostu, na rodzinną kolację? Ja mógłbym pomóc w kuchni
Spojrzała na niego z rozbawieniem:
Ty? Kolacja? Pomocny jesteś nagle Ale nie mamy czasu. Tata późno wraca, ja mam raport.
To może w sobotę? W weekend i tak siedzimy w domu.
Westchnęła, odchyliła się w fotelu.
Kuba, nie wiem. Twój ojciec zawsze marudzi, iż potrzebuje spokoju. I wiesz zaczęła, ale widząc jego zawziętość, zamilkła.
Babci smutno samej. Sama mówiłaś wyrwało mu się. Raz byśmy posiedzieli na spokojnie.
Spojrzała na niego uważniej, jakby widziała coś nowego.
Dobrze. Porozmawiam z tatą, ale niczego nie obiecuję.
Pokiwał głową i wyszedł. To pierwszy jego niewygodny ruch nieduży, ale dla niego ważny.
Wieczorem podłapał, jak rodzice rozmawiali w kuchni:
Sam poprosił zdumiona mówiła mama. Wyobraź sobie, nie ja, on.
Ale co my tam będziemy robić westchnął ojciec. Znowu gadki o lekarzach i emeryturze.
Jej tam samotnie cicho odpowiedziała mama. I dla Kuby chyba nie jest wszystko jedno.
Po chwili ojciec westchnął:
No dobrze. W sobotę pojedziemy.
Kuba czuł, iż wygrał drobną bitwę. Ale przed nim była druga z babcią.
Następnego dnia zadzwonił sam:
Babciu, dzień dobry. My przyjdziemy w sobotę wszyscy. Na kolację. Chyba choćby przyszłabym wcześniej, pomóc w gotowaniu.
Po drugiej stronie cisza, a potem:
Oczywiście, przyjdź. A co gotujemy?
Co chcesz. Mogę obrać ziemniaki. Albo kroić sałatkę.
Sałatkę, to jeszcze nie kroiłeś zaśmiała się. Nauczysz się.
W sobotę przyszedł z mamą z dwoma siatkami zakupów.
Co to za hurtownia? żartowała babcia. Całą kompanię będziemy karmić?
Zobaczysz, zawsze lepiej jak zostanie mruknął.
Razem obierali ziemniaki, kroili warzywa. Halina patrzyła, jak Kuba trzyma nóż, czasem poprawiała:
Uważaj, palce podwijaj, bo się potniesz.
Przecież nic mi nie będzie burknął, ale słuchał.
W kuchni pachniało cebulą i smażonym mięsem. Radio grało cicho w tle. Na dworze powoli ciemniało, rzadka postać przebiegła przez śnieg między blokami.
Babciu powiedział nagle, nie przestając kroić ogórków. Wierzysz w Świętego Mikołaja?
Tak drgnęła, iż łyżeczka szczęknęła o patelnię. Przez chwilę w kuchni zrobiło się cicho, choćby radio przycichło.
Skąd to pytanie? zapytała ostrożnie, nie odwracając się.
Wzruszył ramionami:
No tak jakoś. W szkole się kłóciliśmy.
Przemieszała mięso, wyłączyła kuchenkę i odwróciła się do niego. W jej oczach błysnęło coś niepewnego.
Kiedyś wierzyłam. Potem nie wiem. Może on jest, ale nie taki jak w reklamach. A dlaczego pytasz?
Tak po prostu rzucił szybko. Fajne by było, jakby był.
Pomilczeli chwilę. Ona wróciła do garnka, on do krojenia. W środku wszystko mu się trzęsło. Nie przyznał się, iż znalazł list. Ale rozmowa coś przesunęła jakby oboje już wiedzieli, o co naprawdę chodzi, ale nie musieli tego mówić głośno.
Pod wieczór przyszli rodzice. Ojciec trochę zmęczony, ale pogodniejszy niż zwykle. Mama przyniosła szarlotkę.
O matko mruknął ojciec, patrząc na stół. Jak dla całej szkoły.
Wszystko Kuba pomagał powiedziała Halina ze śmiechem.
Ty? Serio? spojrzał na Kubę. Nie poznaję cię.
To tylko ziemniaki burknął, ale dumny.
Usiedli do stołu. Na początku było trochę sztywno. Każdy ważył słowa, jakby bał się urazić innych. Ale jedzenie, jak to często bywa, przełamało lody. Zaczęli wspominać śmieszne historie z dzieciństwa mamy, jak kiedyś zgubiła się w sklepie. Ojciec opowiadał o kolegach z pracy. Halina śmiała się, czasem zakrywając usta dłonią.
Kuba patrzył i myślał o liście. Wiedział, iż poza słowami, śmiechem i przerwami toczy się też inna rozmowa ta, którą opisała babcia. Słuchać się wzajemnie.
Przy herbacie mama nagle powiedziała:
Mamo, przepraszam, iż tak rzadko przyjeżdżamy. Wiecznie bieganina.
Powiedziała to nie jak wymówkę, ale wyznanie. Halina spuściła wzrok, dotknęła palcem brzegu spodka.
Rozumiem odpowiedziała cicho. Macie swoje życie. Nie mam pretensji.
Kuba poczuł ukłucie. Wiedział, iż babcia czuje żal, choć się nie przyznaje. Ale było w tym nie tyle oskarżenie, co próba nierobienia innym wyrzutów.
Ale odezwał się, zaskakując choćby siebie. Przecież możemy wpadać czasem. Nie tylko od święta.
Oboje rodzice spojrzeli na niego. Speszył się, ale dodał:
Jak dziś. Fajnie jest.
Ojciec się uśmiechnął:
Fajnie potwierdził. Naprawdę dobrze.
Mama pokiwała głową.
Tak sobie ustalmy powiedziała, w jej głosie było coś nowego, nie tyle zapewnienie, co gotowość spróbować.
Potem rozmowa zeszła na szkołę, plany Kuby, czy warto brać korepetycje. Halina uważnie słuchała, czasem włączała się, dopytywała, choć nie zawsze rozumiała, o co chodzi.
Gdy zaczęli się zbierać, w przedpokoju znowu zrobiło się ciasno. Kurtki, czapki, zadzwoń, ja ci potem przeleję.
Mamo, następnym razem też wpadniemy tak posiedzieć obiecała córka, zapinając płaszcz. Dam znać wcześniej, dobrze?
Oczywiście Halina tylko się uśmiechnęła. Będę czekać.
Kuba zwlekał w drzwiach pokoju. Podszedł do biurka, gdzie leżały notes i długopis. Listu nie było miał go przy sobie, złożony w kieszeni. Wiedział już, iż oddawać nie będzie. Zbyt dużo tam zostało powiedziane.
Babciu zaczął półgłosem, gdy rodzice już wyszli. Jakbyś czegoś chciała żebyśmy coś zmienili po prostu powiedz. Nie trzeba pisać do nikogo. Nam powiedz.
Popatrzyła na niego długo. Najpierw zaskoczenie, potem miękkość w spojrzeniu.
Dobrze odpowiedziała. Jak będę musiała, powiem.
Pokiwał głową i wybiegł do rodziców. Drzwi się zamknęły, windą pojechali w dół.
Halina została z ciszą. Poszła do kuchni, usiadła na stołku. Na stole stały talerze, kubki, okruchy po szarlotce, w powietrzu unosił się zapach mięsa i herbaty. Przetarła dłonią obrus, zbierając okruchy.
W środku czuła coś dziwnego. Nie euforię, nie szczęście, coś znacznie cichszego, jakby ktoś uchylił okno i wpuścił świeże powietrze. Wiedziała, iż nie rozwiązała konfliktu. Córka z zięciem jeszcze nie raz się pokłócą, Kuba będzie miał swoje sekrety. Ale dziś, przy tym stole, byli jakby trochę bliżej siebie.
Pomyślała o liście. Nie wiedziała, co się z nim stało. Leży w torbie? Może zgubiła? Może ktoś znalazł? Złapała się na myśli, iż to już nie takie ważne.
Podeszła do okna. Na podwórku dzieci lepiły bałwana, jeden chłopiec w czerwonej czapce śmiał się tak głośno, iż dźwięk niósł się aż na trzecie piętro.
Halina położyła czoło na zimnej szybie, uśmiechnęła się lekko. Jakby odpowiadając komuś na sygnał.
A w kieszeni Kuby, w ich mieszkaniu, spoczywał ten list. Czasem wyciągał go, czytał parę linijek i chował. Już nie jako prośbę do bajkowego Mikołaja, ale przypomnienie tego, czego tak naprawdę chce człowiek, który gotuje dla ciebie zupę i czeka na twój telefon.
Nie opowiadał nikomu o tym liście. Ale kiedy następnym razem mama powiedziała, iż jest zmęczona i nie pojedzie do babci, Kuba spokojnie odpowiedział:
To ja sam do niej wstąpię.
I poszedł. Nie w święto, bez okazji. Po prostu. To nie było żadne cudowne zdarzenie. Ot, drobny krok w stronę tego rodzinnego pokoju, o którym ktoś napisał kiedyś krótki list w kratkę.
Halina, otwierając mu drzwi, zdziwiła się, ale nie pytała.
Wchodź, Kubuś. Akurat nastawiłam czajnik.
I to wystarczyło, by w mieszkaniu znów zrobiło się trochę cieplej.
Czasem nasze prośby o bliskość nie muszą trafiać do bajkowych postaci. Wystarczy odważyć się powiedzieć najprościej i usłyszeć drugiego człowieka.











