Babcia Danuta długo siedziała przy oknie, choć na zewnątrz nie bardzo było na co patrzeć. Za oknem wcześnie się ściemniało, latarnia pod blokiem mrugała raz po raz, jakby jej się nie chciało świecić. Na śniegu widać było pojedyncze ślady psów i ludzi, gdzieś w oddali przemykała z łopatą dozorczyni, potem wszystko znowu cichło.
Na parapecie leżały okulary w cienkich oprawkach i stary telefon z popękaną folią na ekranie. Czasem telefon lekko drżał, gdy wpadały zdjęcia i głosowe do rodzinnej grupy, ale dzisiaj milczał. W mieszkaniu panowała cisza. Zegar na ścianie tykał głośniej, niż by się chciało.
Wstała, przeszła do kuchni, zapaliła światło. Słaba żarówka rozlewała żółtą plamę na stole. Na stole stała miska z wystygłymi pierogami, przykryta talerzem. Ugotowała je wcześniej, tak na wszelki wypadek, może ktoś zajrzy. Ale nikt nie przyszedł.
Usiadła do stołu, sięgnęła po pieroga, ugryzła kawałek i od razu odłożyła. Ciasto przez dzień zrobiło się gumowate. Zjeść się da, ale przyjemności żadnej. Nalała sobie herbaty z emaliowanego, pamiętającego lepsze czasy czajnika, posłuchała, jak cieknie woda, i westchnęła ciężko, sama do siebie.
To westchnienie zabrzmiało jakby z niej coś odeszło i siadło obok na taborecie.
Co ja narzekam, pomyślała. Przecież wszyscy żyją, dzięki Bogu. Dach nad głową jest. A jednak
Fragmenty ostatnich rozmów krążyły jej po głowie. Głos córki, spięty jak struna:
Mamo, ja już z nim nie mogę. On znowu
I zięć, z lekkim sarkazmem:
Ona ci się żali, tak? Powiedz jej, iż życie nie zawsze idzie po jej myśli.
I wnuk, Michałek, który na pytanie babci, jak mu idzie w szkole, rzucał krótkie yhm. Te yhm bolały najbardziej. Dawniej mógł godzinami opowiadać o kolegach i lekcjach. Teraz dorósł, wiadomo. Ale jednak.
Nikt się przy niej nie kłócił, nikt nie trzaskał drzwiami. Tylko między słowami czuło się niewidzialny mur igiełki złośliwości, niedomówienia, żale, których nikt nie chciał się przyznać. Ona była gdzieś pomiędzy tu do córki, tam do zięcia, ostrożnie, żeby nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. Często myślała, iż sama jest winna, nie tak wychowała, nie tak podpowiadała, albo za dużo milczała.
Upiła łyk herbaty, skrzywiła się, bo się poparzyła, i nagle przypomniała sobie, jak kiedyś, gdy Michałek był mały, razem pisali list do Świętego Mikołaja. On pisał o klockach i żeby mama z tatą się nie kłócili. Wtedy śmiała się, głaskała go po głowie i zapewniała, iż Mikołaj wszystko słyszy.
Teraz poczuła wstyd za tamtą radość, jakby kiedyś go okłamała. Rodzice nigdy przestać się sprzeczać nie zdołali najwyżej kłócili się ciszej.
Odłożyła szklankę, przetarła stół choć i tak był czysty i przeszła do pokoju. Zapaliła lampkę na biurku. Światło padło na stary stolik, przy którym prawie już nie pisała. Wszystko teraz przez telefon wiadomo, emotki, nagrania. Ale długopis leżał w kubku z kredkami, obok leżał notes w kratkę.
Zawahała się, patrząc na te rzeczy, i wtedy przyszła jej do głowy myśl: A może by tak
Dziecinne, naiwne, ale zrobiło się jakoś cieplej. Napisać list. Prawdziwy, na kartce. Nie po prezent, tylko z prośbą. Nie do ludzi, którzy mają własne sprawy, tylko do kogoś, komu w teorii nie trzeba nic wyjaśniać.
Uśmiechnęła się do siebie. Zwariowała staruszka, chce list do Mikołaja pisać. Ale ręka już sięgała po notes.
Usiadła, wygładziła okulary na nosie, wzięła długopis. Pierwsza strona była zapisana, przewróciła kartkę. Zastanowiła się chwilę i napisała: Drogi Święty Mikołaju.
Ręka jej zadrżała. Było jej głupio, jakby ktoś zaglądał przez ramię. Obejrzała się na pusty pokój, równo zasłane łóżko, zamkniętą szafę. Nikogo.
No i dobrze szepnęła i pisała dalej:
Wiem, iż jesteś dla dzieci, a ja już stara. Nie proszę o futro, telewizor czy inne rzeczy. Mam już wszystko, co mi się należy. Proszę Cię tylko o jedno: żeby w naszej rodzinie był spokój.
Żeby córka z zięciem się nie kłócili, żeby wnuk nie milczał jak obcy. Żebyśmy mogli siedzieć razem przy stole i nie bali się, iż ktoś coś powie nie tak. Wiem, iż ludzie sami sobie winni, iż Ty w sumie nie masz na to wpływu. Ale może możesz pomóc, choć troszkę. Pewnie nie mam prawa prosić, ale jednak proszę. Spraw, żebyśmy się umieli nawzajem słuchać.
Z poważaniem, babcia Danuta.
Przeczytała to, zapiski wydawały jej się dziecinne i krzywe jak bohomazy. Ale nie poprawiła nic. Poczuła ulgę, jakby powierzyła komuś własny ciężar.
Papier szelescił pod palcami. Złożyła list na pół, potem jeszcze raz. Siedziała z tym złożonym świstkiem w dłoniach, nie wiedząc, co teraz. Wyrzucić przez okno? Do skrzynki? Dziwne.
Wstała, poszła po torebkę. Przypomniała sobie, iż jutro idzie do sklepu i na pocztę, rachunki za czynsz do zapłacenia. Dorzucę do skrzynki ze świątecznymi listami do Mikołaja, pomyślała. Teraz podobno wszędzie takie puszki. Od razu lepiej nie ona jedna.
Schowała list do kieszonki obok dowodu i rachunków, zgasiła światło. W pokoju dalej tykał zegar. Położyła się, długo przewracała w pościeli, wsłuchując się w ciszę, aż w końcu usnęła.
Rano wyszła wcześniej niż zwykle, żeby zdążyć przed południem. Pod nogami skrzypiał śnieg, było ślisko. Przed klatką sąsiadka wyprowadzała jamnika, skinęły sobie głową, wymieniły kilka słów. Danuta ruszyła dalej, ściskając mocno pasek torebki.
Na poczcie było tłoczno. Kolejka do okienka, gdzie przyjmują rachunki. Stanęła na końcu, wyjęła rachunki i złożony list. Skrzynki do listów do Mikołaja nie było. Tylko zwykłe, niebieskie skrzynki wisiały na ścianie, a w witrynie koperty i znaczki.
Zgłupiała. No i co teraz, wymyśliła sobie. Mogłaby po prostu wyrzucić list do kosza, ale nie pozwoliła sobie na to. Schowała go z powrotem do torebki, zapłaciła rachunki, wyszła z poczty.
Obok był mały stragan z zabawkami i ozdobami. Na nim karton z naklejką Listy do św. Mikołaja. Karton był już pusty, a sprzedawczyni właśnie odklejała taśmę.
Już po wszystkim powiedziała, widząc wzrok Danuty. Wczoraj był ostatni dzień. Już nie zdążą wysłać.
Danuta skinęła głową, choć nigdzie się przecież nie spieszyła. Podziękowała, choć nie było za co, i poszła do domu. List został w torebce, jak mały ciepły kamyczek, którego nie sposób się pozbyć.
W domu zdjęła buty, powiesiła płaszcz, postawiła torebkę na stołku. Telefon w kieszeni płaszcza cicho zadzwonił. Spojrzała: wiadomość od córki.
Mamo, hej. Przyjedziemy do Ciebie w weekend, dobrze? Michałek pytał o jakieś książki, mówił, iż masz stare podręczniki.
Poczuła w środku ścisk, a potem ulgę. To znaczy, iż przyjadą. Może nie pozostało tak źle. Odpisała: Oczywiście, czekam na Was.
Rozpakowała zakupy, wstawiła rosół. List został w kieszeni torebki, zapomniany.
W sobotę wieczorem rozległy się kroki na klatce, trzasnęły drzwi. Danuta spojrzała przez wizjer, zobaczyła znajome sylwetki. Córka z torbą, zięć z pudełkiem, Michałek z plecakiem na jednym ramieniu. Wyrósł prawie na całą framugę, chudy, włosy spod czapki.
Cześć, babciu powiedział wchodząc i niezręcznie pocałował ją w policzek.
Wchodźcie, wchodźcie, mam dla was kapcie zakrzątnęła się, robiąc miejsce.
W korytarzu zrobiło się ciasno i głośno. Pachniało śniegiem, ciastem i czymś słodkim z torby córki. Zięć mruknął, iż znowu nie posprzątane na klatce, Michałek zdejmował adidas, uderzając plecakiem o wieszak.
Mamo, my tylko na chwilę powiedziała córka, stawiając torbę na podłodze. Jutro jedziemy do teściów, pamiętasz?
Pamiętam, pamiętam skinęła głową Danuta. Chodźcie do kuchni, rosół już gotowy.
W kuchni usiedli trochę niezręcznie. Zięć bliżej okna, córka przy nim, Michałek naprzeciwko Danuty. Rosół nalewali w milczeniu, tylko łyżki brzęczały o talerze. Potem rozmowa zaczęła się kręcić wokół pracy, korków, cen. Słowa płynęły równo, bez emocji, ale pod nimi była jakaś niewidoczna warstwa niepokoju.
Michał, pytałeś o książki do historii przypomniała córka.
A, tak jakby się ocknął. Babciu, masz coś o wojnie? Nauczyciel mówił, żeby doczytać dodatkowo.
Mam cały zestaw, zaraz pokażę ucieszyła się Danuta.
Poszli razem do pokoju. Danuta zapaliła lampkę, wspięła się na palce do górnej półki i zaczęła zdejmować książki w podniszczonych okładkach.
Tu masz o powstaniu, tu wspomnienia, a tu o partyzantach. Co wolisz?
Sam nie wiem, byle nie nudne.
Stał obok, lekko pochylony, i Danuta zobaczyła w nim tego małego chłopca, który kiedyś siedział jej na kolanach i dopytywał o wszystko. Teraz milczał, ale w oczach coś rozbłysło.
Weź tę podała mu książkę z wyblakłą okładką. Sama lubiłam.
Przejrzał strony.
Dzięki, babciu.
Pogadali jeszcze chwilę o szkole, o nauczycielu, który czasem przegina. Danuta słuchała, dopytywała. Cieszyła się, iż rozmawia, iż mówi więcej niż yhm.
Po chwili córka zajrzała do pokoju:
Michał, szykuj się, za pół godziny wychodzimy.
Jasne włożył książkę do plecaka i wyszedł do przedpokoju.
Kiedy wychodzili, znowu było tłoczno. Torby, kurtki, zadzwoń, nie zapomnij, później ci wyślę. Danuta odprowadziła ich do drzwi, poczekała aż zamkną się drzwi windy i wróciła do pustego mieszkania.
Cisza ogarnęła ją od razu. Uporządkowała kuchnię. Torebka wciąż stała na stołku, a w niej schowany list. Instynktownie wsunęła rękę do środka, dotknęła zgiętego papieru. Przez chwilę zapragnęła wyrzucić go lub podrzeć, ale tylko mocniej schowała do środka i zamknęła kieszeń.
Nie wiedziała, iż w przedpokoju, gdy przynosiła książki, Michałek przypadkiem kopnął torebkę i zauważył biały róg wystający z kieszonki. Poprawił, odczytał napis Drogi Święty Mikołaju, ale nie wyjął listu dorośli byli obok, pośpiech, zamieszanie. Ale ten napis zapadł w pamięć.
Wieczorem, już w domu, przypomniał sobie o nim, wyjmując książki z plecaka. Najpierw wydało mu się to śmieszne dorosła kobieta pisze do Mikołaja! Potem trochę dziwne, a potem zrobiło mu się smutno.
Następnego dnia pojechał z rodzicami do krewnych, jadł sałatki, słuchał dorosłych, przeglądał telefon. Ale gdzieś na obrzeżach myśli ciągle majaczył ten biały papier.
Po kilku dniach, wracając ze szkoły, napisał babci: Babciu, wpadnę do Ciebie, dobrze? Potrzebuję jeszcze coś z historii. Odpisała od razu: Oczywiście, zapraszam.
Przyszedł po lekcjach, z plecakiem, w słuchawkach. W klatce unosił się zapach kapusty i detergentów. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby czekała przy domofonie.
Wchodź, Michałku, rozbierz się, usmażyłam naleśników powiedziała, idąc do kuchni.
Zostawił kurtkę, plecak postawił na stołku obok torebki. Torebka była lekko otwarta, z kieszonki wystawał zagięty papier. Poczół ścisk, którego nie mógł wyjaśnić.
Gdy babcia krzątała się w kuchni z talerzem naleśników, on udając, iż poprawia sznurowadło, wyjął kartkę. Serce mu mocniej zabiło. Wiedział, iż trochę oszukuje, ale nie mógł się powstrzymać.
Schował list do kieszeni bluzy i przeszedł do kuchni.
O, naleśniki! Super.
Jedli, rozmawiali o szkole, pogodzie, zbliżających się feriach. Babcia co chwila dopytywała, czy mu nie zimno, czy buty całe. On zbywał, żartował.
Chwilę po tym przeszli do pokoju, rozglądał się po książkach, po czym wyszedł wcześnie, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Dopiero w domu wyjął list, zamknął drzwi, usiadł na łóżku. Kartka była zgięta, lekko pomięta. Zobaczył charakter pisma babci staranny, z ozdobnymi zawijaskami.
Czytał. Najpierw skrępowany, jakby zaglądał komuś w głąb duszy. Potem zrobiło mu się jeszcze nieprzyjemniej na słowach żeby wnuk nie milczał jak obcy.
Przeczytał ponownie, poczuł w gardle gulę. Przypomniał sobie, ile razy ostatnio odpowiadał jej zdawkowo, zbywał. Bo nie miał siły, ochoty, bo zawsze coś. Ale dla niej to był może znak, że
Przeczytał do końca. Prośba o spokój, o wspólny stół, o to, by się słyszeć. I ogarnęło go takie współczucie dla babci, iż miał ochotę pobiec do niej, przytulić i zapewnić, iż będzie dobrze. Z drugiej strony zawstydziło go własne uniesienie.
Położył list na łóżku. I co teraz? Może powiedzieć mamie, tacie? Pewnie by się obrazili. Oddać babci? Zorientuje się, iż czytał. To dopiero niezręczność.
Leżał ze wzrokiem utkwionym w sufit. W głowie brzmiały powtarzające się słowa: żeby wnuk nie milczał jak obcy, żebyśmy mogli siedzieć razem przy stole. Prośba nie do Mikołaja, ale do niego.
Przy kolacji kilka razy łapał się na tym, iż chciał zacząć: Mamo, a babcia, ale zawsze coś przerywało. Ojciec pytał o oceny, matka narzekała na szefową. W końcu zamilkł i dojadł, nie patrząc na nich.
W nocy nie mógł usnąć. List leżał w szufladzie. Myśl o nim nie dawała spokoju.
Nazajutrz opowiedział koledze w szkole o liście babci do Mikołaja. Kolega się roześmiał:
Ale jaja. Mój dziadek tylko w ZUS wierzy.
To nie jest śmieszne powiedział Michałek i sam się zdziwił własnemu tonowi.
Kolega machnął ręką. Michał poczuł się jeszcze bardziej samotny z tym swoim problemem.
Wieczorem wziął telefon do ręki, chciał zadzwonić do babci, ale rozłączył bez sygnału. Patrzył na grupę rodzinną zdjęcie sałatki, dowcip o korkach, zaproszenie na firmową wigilię. Wszystko lekkie, powierzchowne. O listach ani słowa.
Napisał Mamo, może byśmy u babci Danuty zrobili Sylwestra?, po czym wykasował. Wyobraził sobie reakcję matki: Zwaryjowałeś? Umówieni jesteśmy z teściami. I sprzeczkę, i znów ścianę.
Usiadł przy biurku, rozłożył list, znowu przeczytał ostatnie zdania. I wtedy wpadł na nieśmiałą, ale pomału rodzącą się w nim myśl.
Nie musi być święto. Wystarczy zwykła kolacja. Po prostu tak.
Poszedł do matki, kiedy była zajęta laptopem.
Mamo zaczął stojąc w drzwiach a może byśmy tak do babci razem, na kolację? Tak po prostu, nie na szybko. Mogę coś pomóc ugotować.
Patrzyła na niego podejrzliwie.
Ty? Gotować? To interesujące Ale nie mamy czasu. Tata późno wraca, ja sprawozdanie
Może w sobotę? uparł się. I tak ciągle w domu siedzimy.
Westchnęła i opadła na oparcie.
Michał, zgadam się z tatą. Ale nie obiecuję.
Wyszedł, czując, iż uszy mu płoną. To był pierwszy krok.
Wieczorem słyszał, jak rodzice w kuchni rozmawiali.
Sam o to poprosił mówiła mama. Wyobraź sobie.
A co my tam zrobimy? Znów rozmowy o ciśnieniu, emeryturze
Jest jej tam samotnie odpowiedziała cicho mama i chyba Michałowi nie jest to obojętne.
Dłuższą chwilę było słychać milczenie, potem ciężkie westchnienie ojca.
No dobrze. W sobotę pojedziemy.
To była mała wygrana bitwa. Ale jeszcze trzeba było porozmawiać z babcią.
Nazajutrz zadzwonił:
Babciu, hej. W sobotę wpadniemy do Ciebie tak na spokojnie. Mogę przyjechać wcześniej, pomóc w kuchni.
Przez moment panowała cisza.
Oczywiście, przyjeżdżaj powiedziała. A co będziemy gotować?
Co chcesz. Mogę sałatkę pokroić albo ziemniaki.
Sałatki jeszcze nie kroiłeś zaśmiała się. Nauczymy.
W sobotę pojawił się z torbami zakupów.
Oj, dużo tego! zdziwiła się babcia. Nakarmimy wojsko?
Lepiej za dużo niż za mało.
Razem obierali ziemniaki, kroili warzywa. Danuta poprawiała mu palce nad nożem:
Uważaj, nie machaj tak, bo się skaleczysz.
Wiem, daj spokój burknął, ale słuchał.
Na kuchni pachniało smażonym mięsem, radio grało po cichu. Za oknem zapadał zmierzch, ludzie pędzili do swoich spraw.
Babciu odezwał się nagle, nie odrywając wzroku od deski wierzysz w Świętego Mikołaja?
Drgnęła tak, iż łyżka uderzyła o patelnię. Zapanowała cisza, choćby radio ucichło.
Czemu pytasz? zapytała ostrożnie.
Wzruszył ramionami.
Tak po prostu. Na lekcji się sprzeczaliśmy.
Zamieszała mięso, wyłączyła gaz.
W dzieciństwie wierzyłam. Potem nie wiem. Może jest, tylko nie taki, jak w bajkach.
No tak, coś w tym jest.
Zamilkli na chwilę. Potem wrócili do gotowania. Wewnątrz Michała kipiało. Nie wspomniał o liście, ale wiedział, iż i tak coś między nimi się zmieniło.
Wieczorem przyszli rodzice. Ojciec trochę zmęczony, ale mniej gderliwy. Mama przyniosła sernik.
Ale zastawione! spojrzał ojciec. Można armię wykarmić.
Wasz syn pomagał uśmiechnęła się Danuta.
Naprawdę? No chłopie, szacunek.
Przecież nie zemdlałem rzucił Michał.
Usiedli do stołu, na początku spięci. Każdy ważył słowa by nie urazić. Jedzenie jednak ociepliło atmosferę. Zaczęli opowiadać śmieszne historie z dzieciństwa córki, ojciec relacjonował zabawny przypadek z pracy. Danuta śmiała się, przykrywając usta.
Michał patrzył na nich i myślał o liście. Czuł, iż pomiędzy słowami trwa jeszcze inny dialog ten o którym pisała babcia, o słuchaniu drugiego człowieka naprawdę.
W pewnej chwili mama nalewając herbatę powiedziała:
Mamo, przepraszam, iż tak rzadko wpadamy. Wszystko na biegu.
Powiedziała to prosto, bez tłumaczenia. Danuta opuściła wzrok, przetarła rant filiżanki palcem.
Rozumiem cicho odpowiedziała. Macie własne życie. Nie mam żalu.
Michał poczuł ukłucie. Wiedział, iż jednak trochę żalu jest, choć nie przyzna się do tego. Ale nie było w tych słowach pretensji raczej chęć nie obciążać innych.
Jednak powiedział, zdumiony, iż się odezwał można przecież czasem Nie tylko od święta.
Rodzice spojrzeli na niego. Speszył się, ale dodał:
Tak jak dzisiaj. Przecież jest dobrze.
Ojciec uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia na serio.
Jest dobrze zgodził się. choćby bardzo.
Mama skinęła głową.
Postaramy się powiedziała i była w tym głosie gotowość, a nie obietnica bez pokrycia.
Znowu zaczęli rozmawiać o szkole, planach na przyszłość, kursach internetowych, których babcia nie rozumiała, ale nie chciała się wykluczać.
Gdy wychodzili, w przedpokoju znowu zrobiło się gwarno. Kurtki, rękawiczki, zadzwoń, nie zgub, później napiszę. Ojciec podniósł ciężki garnek, mama zmywała naczynia.
Mamo, kolejnym razem zabiorę ich wcześniej i też posiedzimy. Powiem z wyprzedzeniem, dobrze?
Bardzo dobrze odparła Danuta.
Michał został chwilę w pokoju. Podszedł do stolika, gdzie leżał notes. List miał w kieszeni nie oddał go babci i postanowił nie oddawać. Za dużo było w nim powiedziane, żeby teraz nic się z nim już nie wiązało.
Babciu odezwał się cicho, gdy rodzice byli już za drzwiami jeżeli chcesz, żebyśmy coś robili inaczej, po prostu powiedz nam. Bez pisania listów. Nam powiedz.
Popatrzyła na niego zdziwiona, potem z ciepłem.
Powiem, jak będzie trzeba odpowiedziała.
Kiwnął i wyszedł. Drzwi się zamknęły, winda ruszyła w dół.
Danuta została w cichym mieszkaniu. Weszła do kuchni, usiadła na stołku. Na stole leżały talerze, kubki, okruszki ciasta. W powietrzu trzymał się zapach domowego obiadu i herbaty. Przesunęła dłonią po obrusie, zgarnęła okruszki.
W piersi czuła dziwny spokój. Nie było to szczęście czy euforia, raczej coś delikatnego, jakby wpuścić świeże powietrze do dusznego pokoju. Kłótnie nie zniknęły; wiedziała, iż córka z zięciem będą się spierać, a Michałek będzie miał swoje sekrety. Ale dzisiaj za tym stołem wszyscy byli ciut bliżej.
Przypomniała sobie o liście. Nie wiedziała, czy leży jeszcze w torebce, czy Michałek go ma, czy zgubiła. Ale już nie było to takie ważne.
Podeszła do okna. Pod latarnią dzieci lepiły śnieżki. Jeden chłopiec w czerwonej czapce śmiał się tak głośno, iż echo odbijało się od trzeciego piętra.
Danuta oparła czoło o zimną szybę i uśmiechnęła się lekko, jakby odpowiadała na odległy, ale znajomy sygnał.
A w kieszeni Michałowej bluzy przez cały czas nosił się złożony list babci. Czasem wyjmował go i czytał po kilka linijek, po czym chował z powrotem. Nie już jako prośbę do Świętego Mikołaja, ale jako przypomnienie, czego naprawdę pragnie ktoś, kto gotuje ci rosół i czeka na telefon.
Nikomu nie powiedział o liście. Ale kiedy potem mama znowu stwierdziła, iż nie da rady jechać do babci, powiedział spokojnie:
To ja sam pójdę.
I poszedł. Nie z okazji święta, nie bo wypada, tylko tak po prostu. To nie było żadne cudowne zdarzenie. To był kolejny mały krok do tego domowego spokoju, o którym ktoś kiedyś napisał na kratkowanej kartce.
Danuta, widząc go w progu, nie dopytywała. Uśmiechnęła się tylko.
Chodź, Michałku. Właśnie wstawiłam czajnik.
I to wystarczyło, żeby w mieszkaniu znów zrobiło się cieplej.
Bo jak zrozumieli wszyscy czasem największym prezentem nie jest to, co wysyłamy w listach, tylko to, iż jesteśmy dla siebie na co dzień i naprawdę się słyszymy.








