Do naszej redakcji napisał młody mieszkaniec Warszawy. Opisuje sytuację, która jego zdaniem dotyczy coraz większej liczby osób rozpoczynających dorosłe życie w stolicy. Publikujemy jego list jako głos w dyskusji.
Słoneczny dzień w centrum Warszawy. Na pierwszym planie Pałac Kultury i Nauki. W oddali wieżowce stolicy. Fot. Warszawa w Pigułce.„Mam 29 lat. Pracuję na pełny etat, nie siedzę na utrzymaniu rodziców, nie oczekuję od państwa, iż ktoś da mi mieszkanie za darmo. Chciałbym tylko zrozumieć, w którym momencie normalne życie stało się czymś, na co mnie nie stać.
Kiedy dostaję wypłatę, przez chwilę wydaje mi się, iż zarabiam całkiem normalne pieniądze. Potem płacę za mieszkanie, rachunki, telefon, transport i jedzenie. I nagle okazuje się, iż znowu adekwatnie nic nie zostało.
Nie mówię o drogich restauracjach, markowych ubraniach czy wakacjach kilka razy w roku. Mówię o zwyczajnym życiu.
Chciałbym mieć własne mieszkanie. Nie apartament w centrum. Nie 100 metrów. Zwykłe 40 czy 50 metrów, gdzie można postawić stół, mieć sypialnię i kiedyś pomyśleć o dziecku.
Patrzę na ceny i zaczynam się śmiać, bo chyba łatwiej się śmiać, niż załamać.
Mam odkładać na wkład własny. Tylko z czego?
Jeżeli będę mocniej oszczędzał, mogę odłożyć kilkaset albo trochę ponad 1000 zł miesięcznie. A mieszkania kosztują setki tysięcy złotych. Kiedy mam uzbierać odpowiednią kwotę? Za 10 lat? A wtedy ile będzie kosztowało mieszkanie?
Rodzice ciągle powtarzają mi, iż oni też zaczynali od zera. Tylko kiedy słucham, ile kosztowały ich mieszkania i porównuję to z dzisiejszymi cenami, mam wrażenie, iż żyjemy w dwóch różnych światach.
Najbardziej boli mnie jednak coś innego.
Całe dzieciństwo słyszałem: ucz się. Idź na studia. Zdobądź dobry zawód. Pracuj. Bądź odpowiedzialny. Wtedy wszystko sobie poukładasz.
Zrobiłem dokładnie to, co mi mówiono.
I gdzie jest ta stabilizacja?
Nie chcę luksusów. Chciałbym przestać liczyć, czy mogę sobie pozwolić na wyjście ze znajomymi pod koniec miesiąca. Chciałbym kupić mieszkanie bez podpisywania umowy, która będzie wisiała nade mną przez większość dorosłego życia.
Chciałbym pojechać raz w roku na wakacje i nie mieć później wyrzutów sumienia, iż te pieniądze powinienem był odłożyć.
Chciałbym wreszcie przestać czuć, iż stoję w miejscu.
Czasami patrzę na ludzi starszych ode mnie o 20 czy 30 lat. Mają mieszkania, które kupili dawno temu. Niektórzy mają po dwa. A ja zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę miał jedno.
I naprawdę zaczynam zadawać sobie pytanie: po co ja adekwatnie tak pracuję?
Żeby zapłacić komuś za wynajem, zrobić zakupy, opłacić rachunki i następnego miesiąca zacząć wszystko od początku?
Nie wiem, czy tylko ja tak się czuję. Może ze mną jest coś nie tak. Może za mało zarabiam. Może powinienem pracować po 12 godzin dziennie. Może powinienem wyjechać z Warszawy.
Tylko czy naprawdę normalne życie powinno wymagać aż tyle?
Mam 29 lat i zamiast myśleć o rodzinie, własnym mieszkaniu i przyszłości, zastanawiam się, czy za kilka lat przez cały czas będę wynajmował pokój albo małe mieszkanie i patrzył, jak połowa wypłaty znika pierwszego dnia miesiąca.
Nie chcę być bogaty.
Chciałbym po prostu poczuć, iż pracując, jestem w stanie zbudować sobie życie”.
A Wy co odpowiedzielibyście autorowi tego listu? Czy młodego, pracującego człowieka rzeczywiście coraz trudniej stać na samodzielne życie w Warszawie? Czy zakup własnego mieszkania bez pomocy rodziny pozostało realnym celem? A może młodzi mają dziś większe możliwości niż poprzednie pokolenia, tylko inaczej patrzą na swoje potrzeby?












![Przed, tuż po czy lata po zabiegu bariatrycznym? Zadbaj o trwałe efekty [Cykl webinarów]](https://insulinoopornosc.com/wp-content/uploads/2026/08/webinat-abc-bariatrii.jpeg)