List do ojca
No ty, Janku, toś się popisał! Tego się po tobie nie spodziewałam! Krystyna splunęła na wszelkie maniery i otarła nos rękawem bluzki.
Tę odświętną bluzkę uszyła jej mama. Wyjęła skrywaną latami sztukę jedwabiu, popatrzyła, posmutniała trochę, żałując, iż taka śliczność nie będzie jej, a potem siadła do maszyny.
No tak, dziewczyna dorosła, potrzebuje stroju kto na nią spojrzy, jeżeli będzie byle jak ubrana?
“Lepiej by mama nie męczyła się tak… Co z tego?” pomyślała Kryśka, patrząc za swoim pierwszym uczuciem.
Ten ktoś właśnie odchodził od niej żwawym, żołnierskim krokiem i choćby się nie obejrzał.
Bolało tak, iż aż trudno oddychać.
Krystyna jeszcze raz pociągnęła nosem, ale zaraz przypomniała sobie o umalowanych rzęsach wbrew zakazowi mamy co oznaczało, iż łez lać nie wolno.
Jan, Jaś, Jasiu…
Ukochany, jedyny! Całe pół roku szczęścia liczyła. Od dnia, gdy się poznali, mijało właśnie dokładnie sześć miesięcy.
Zaledwie pół roku, a jak wiele się przez ten czas wydarzyło…
Janek jednak się obejrzał, ale Krystyna udała, iż tego nie widzi.
Bo i co? Przychodzi do niego z taką wiadomością, a on się odwraca, jakby go to nie dotyczyło! Niech sobie idzie! Marynarz lepiej na piecu siedzieć! Morze mu trzeba i wolności! Widzieliśmy już takich! Niech droga będzie mu jak stół! Co ona, dziecko? Sama urodzi i wychowa! I pytać o pozwolenie nie będzie! Za dużo honoru!
Krystyna była wściekła, ale w środku czuła, iż uraza drapie ją w sercu jak szlochliwy, cienki głosik.
Jak to możliwe? Przecież mówił, iż kocha, obiecywał wszystko, czego dusza zapragnie! Ślub miał być… A on się ulotnił, ledwie mu powiedziała o ciąży?
No, powiedziała…
Wyznała, iż marzy o czymś więcej niż przypadkowych spotkaniach w weekendy, a on odpowiedział, iż morze na niego czeka. I zmieniać swoich planów nie zamierza. Powiedział, iż jeżeli naprawdę kocha, to niech się pakuje i jedzie z nim.
A gdzie ona od matki pójdzie? I jeszcze z brzuchem? Na drugi koniec Polski, gdzie nie ma ani rodziny, ani znajomych, nikogo i nic?
Nie, tego nie będzie!
Krystyna podniosła się z ławki, poprawiła spódnicę i fryzurę. Włosy miała wprawdzie marne, ale trwała robiła cuda. Mama miała rację wygląd zmienia wiele. Janek zresztą, niepozorny z twarzy, a dziewczyny za nim szalały. Bo i mądry, i dowcipny, i poważnie porozmawia jak trzeba, nie gorzej niż jaki student. Choć nauki miał raptem do siódmej klasy! Ale pismo miał schludne…
Jej samej też z edukacją się nie powiodło. Skończyła technikum, dalej iść nie chciała, choć mama nalegała. Obraziła się, nie odzywały się do siebie miesiąc! Kiedy to było…
Ale Krystyna rozumiała, gdzie jej pożytek. Z dyplomu kilka miała na budowie zarabiała przyzwoicie, mamie przesyłała złotówki i jeszcze na siebie zostawało.
Mama się w końcu pogodziła, przytuliła do skrzydła. Taka jej rola. Tylko… Co powie, gdy dowie się, iż zostanie babcią? Czy będzie awantura?
No i była! Jakżeby inaczej!
Matka krzyczała tak, iż sąsiadki aż wybiegały na korytarz. Ale wyjaśnienia nie dostały rzucono, iż Krystyna ma kłopoty w pracy i wyproszono wszystkich. Rodzinne sprawy powinny pozostać rodzinne.
Jakżeś, córko, mogła? Czy ci nie mówiłam, żebyś się pilnowała przed ślubem?! Komu teraz będziesz potrzebna?! O, Jasio! Nie spodziewałam się po nim takiego świństwa! Taki dobry się wydawał! Żmija! Zatańczy jeszcze przez to wszystko! Powiedziałaś mu o dziecku, to i zniknął?
Krystyna zamyśliła się. Powiedzieć mamie całą prawdę? Zamęczy i nie wybaczy. Ale tak… Od niej kilka zależy, a Janek będzie już daleko.
Tak, mamo. Tak właśnie było.
Oj, dziecko moje, jakże teraz będziemy żyły?
A jak?! Co my, dzieci? Damy radę, mamo! Jak nie zostawisz mnie na samą, pomożesz na początku nie będę się bała rodzić.
Gdzieżbym miała cię zostawić?! Co ty wygadujesz?! Jaka matka porzuci dziecko, gdy potrzebuje pomocy!
Krystyna na chwilę zamknęła oczy i odetchnęła.
No więc tak, Jasiu! Poradzimy sobie bez ciebie! Płyń, skoro morze ci bliższe od własnego dziecka!
Z biegiem czasu Krystyna zapomniała szczegóły tamtej rozmowy z Jankiem. W głowie zostało tylko, iż przekazała mu wieść o dziecku i dostała w zamian drwiący gest obojętności. Złość i rozżalenie uwiły ciepłe gniazdko w jej duszy, czasem jednak ściskały serce i szeptały:
Spójrz no tylko! Córcia cała jak ojciec! Ten sam zawadiaka! Plącze się, mąci, nerwy szarpie! Powiedz jej, powiedz! Niech nie pyta, gdzie tatuś jej nieudany! Usiekł na swój Bałtyk i znikł! I ona także ucieknie od ciebie, jak podrośnie. Bo nie potrafi kochać i nie nauczy się! Jabłko nie pada daleko od jabłoni…
Może dlatego Lenka, córka Krystyny, rosła z przekonaniem, iż jedyną osobą, która naprawdę ją kocha, jest babcia, i to nie zawsze. Przytuli, pocieszy, ale jak tylko sąsiadki się zaśmieją, od razu odsuwa dziecko:
Idź no do matki! Niech cię ona żałuje, moje nieszczęście… Za jakie grzechy, Panie Boże, ten los? Czymśmy zawiniły?
Do trzeciego roku życia Lena była przekonana, iż “nieszczęście” i “kara” to jej imiona. Miała też jedno dobre Leniuszka. Tak mówiła mama w rzadkich chwilach spokoju. Wtedy Lence trafiały się okruszki czułości.
Chodź, córeczko! Uładźmy ci warkocze! Piękne masz włosy… Nie po mnie… Gęste takie! Po ojcu on też miał ciemne i bujne, jak skrzydło kruka! A oczy błękit jak nasze Mazury… Ty cała po nim… Piękna jesteś, ale szczęścia nie zaznasz, jak własnych uszu nie zobaczysz!
Czemu? pytała Lena, już ze ściśniętą miną, gotowa do płaczu.
Bo tak!
Matczyny głos się łamał i Lena wiedziała: nie ma sensu pytać dalej, lepiej pójść do babci, wtulić się w pachnący kotletami i barszczem fartuch i popłakać trochę najpierw nad sobą, potem nad mamą, a w końcu i nad babcią. Przecież to wstyd matki, a dźwiga go babcia.
Co to za wstyd, dlaczego trzeba go dźwigać Lena dowiedziała się dużo później. Ledwie skończyła dziesięć lat, gdy matka nagle rozkwitła, wypiękniała i wyjechała do miasta zacząć nowe życie.
Lena została z babcią.
Nie żeby bardzo tęskniła za matką. Ta nieraz zostawiała Lenę na tygodnie, wyjeżdżając do Warszawy do pracy, powtarzając, iż “sierotę” trzeba komuś utrzymać. Ale potem zawsze wracała zadowolona, przywoziła torby prezentów i nowe ubrania, śmiała się z chudości i wzrostu Leny, potem narzekała babci:
Mamo, czemu ona taka chuda? Ludzie pomyślą, iż nie karmimy!
A to twoja córka w ogóle jeść nie chce! I tak, i owak próbowałam, kawałek chleba złapie i już syta. Gdybyś była bliżej, dziecko by jadło jak należy! A ja? Zwierzęta, pole i jeszcze dziecko! Zamiast ganić, lepiej wracaj i sama się zajmij Lenką!
Po co niańczyć? Już duża! matka machała ręką. Lepiej patrz, co ci przywiozłam!
I na co mi te prezenty? E, córeczko, lepiej byś była z nami! Tęskni serce… Tęsknię…
Matka posępniała, a Lena uciekała w kąt, wiedząc, iż wybuchnie awantura.
Tęskno ci? A mi nie?! Jeszcze młoda i ładna jestem, a po co? Żyję jak wdowa! Ty jeszcze mnie dobijasz! Wtedy wcale się żyć nie chce! Choć ty mnie zrozum mamo… Sama taką kulę u nogi sobie sprawiłam… Gdybym wiedziała, czy bym go kiedy puściła?
Teraz to po co żałować? Narobiło się, to teraz trzeba żyć, nie gryźć łokci!
Mamo!
Co?! Dziecko zrobiłaś to wychowuj! Jak nie chcesz napisz ojcu! Może zabierze córkę?
Żebym JA mu oddała Lenę?! Nigdy w życiu! On choćby nie chciał o niej słyszeć! A teraz ma dostać gotowe? Nigdy! Nie po to się lata na budowie zaharowuję, żeby on przyszedł i odebrał gotowe!
A nie chcesz nie narzekaj! Wszystko słyszy! Myślisz, nie boli jej? Wie, iż ojciec drań, a matka ledwo zipie?
Niech się obraża! Życie to nie sama słodycz! Biją nieraz tak, iż się wyjść nie chce! Dość! Temat zamknięty! I nie pisz do Janka, bo cię znam!
Babcia trzymała słowo, do czasu.
Lenka przygotowywała się do matury, gdy z miasta przyszła wiadomość. Matka Leny urodziła chłopca, a tydzień później odeszła z tego świata, nie tłumacząc już nikomu niczego.
Tajemnica narodzin Leny pozostałaby zamknięta na zawsze, gdyby nie jej upór.
Po śmierci matki babcia spakowała się i wyjechała, zostawiając płaczącą Lenę samą i nakazując pilnować domu.
Teraz nie czas na płacz, dziecko… szepnęła babcia Lenie, zaciskając mocniej czarną chustę. Jak będziemy dalej żyły? Z czego? Nie mam pojęcia…
Babulku, pójdę do roboty!
Pośpiesz się z tym. Trzeba się najpierw z maluszkiem uporać. Ojciec zabrał i na tym koniec nie chce się nim zająć. A ja… czy dam radę, Lenko?
A co innego mamy zrobić? Ja bez matki praktycznie rosłam! A chłopca oddać do domu dziecka? To nie w porządku!
Wiem… Ale boję się, Leno. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam…
Babcia wyjechała, a Lena przeszukała cały dom, wiedząc, iż już nie mają sensu żadne matczyne zakazy.
Musiała odnaleźć ojca, bez jego pomocy z babcią nie dadzą rady…
Wiedziała, co ma robić. Od dziecka rysowała listy do ojca, chowając je przed mamą i babcią. Obrazkami opowiadała mu o nowym kocie czy o tym, jak babcia uczyła ją lepić pierogi. Kiedyś babcia znalazła jej zeszyty, ale nic nie powiedziała. Spróbowała jeszcze raz porozmawiać z matką Leny, ale zrezygnowała, widząc, iż się nie przebije przez mur żalu i złości.
Potem obrazki zastąpiły koślawe litery, a Lena zaczęła zapisywać w listach swoje życie z troskami i radościami, rozczarowaniami i zwycięstwami.
Teraz przyszła kolej na ten najważniejszy list. List, który naprawdę wyśle…
Adres znalazła przypadkiem. Stary, wytarty kopert, który mama schowała tak dobrze, iż gdyby Lena nie strąciła ze ściany ramki ze zdjęciem mamy, nigdy by go nie odnalazła. Rama wypadła jej z rąk, kiedy zdejmowała ją ze ściany. Szkło rozprysło się w kawałki, Lena aż się rozpłakała z żalu. “Mama miała rację mam dwie lewe ręce…” pomyślała.
Krańcem oka wypatrzyła kawałek białej koperty ukrytej pod zdjęciem. Pociągnęła za nią, zobaczyła adres i nagle ogarnęło ją rozżalenie.
Mamo! Czemu tak mi uczyniłaś? Co ci takiego zrobiłam?
Długo jeszcze wysiadywała na podłodze, wylewając z siebie wszystko, co tłumiła, prosząc matkę o przebaczenie za nie wiadomo co…
Lżej się jednak nie zrobiło.
Wybacz, mamo, ale cię nie posłucham. Nie chciałaś, żebym kontaktowała się z ojcem, wiem… Ale on jest mi bardzo potrzebny! Babcia mówi, iż nie będzie żyć wiecznie… Wiem, iż się złościsz, ale ona ma rację… Same sobie nie damy rady. jeżeli on naprawdę jest taki draniem, jak mówiłaś, przynajmniej się przekonam i nie będę już liczyć na niego. A jeżeli nie? Przepraszam, mamo, ale nie bardzo ci wierzę. Zawsze powtarzałaś, iż tata to zły człowiek, a sama… Dlaczego mnie urodziłaś, skoro nie chciałaś mnie kochać? Po co taka pusta odwaga? Wiem, co mi powiesz! Że jestem niewdzięczna… Niech tak będzie! Tylko, czy ty wiesz, jak boli, kiedy się czuje, iż się jest niekochanym? Kiedy słyszysz, iż jesteś podobna do kogoś, kogo nie znasz i nie widziałaś nigdy w życiu?! Skąd mam wiedzieć, jaki był? Nie miej mi za złe! Chcę spojrzeć mu w oczy. Usłyszeć, co mi powie!
Nawet jej przez myśl nie przeszło, iż ten, kto kiedyś wysłał mamie list, mógł się przeprowadzić.
Nie myślała już o niczym, po prostu działała.
Wieczorem, po długich godzinach rozterek, Lena napisała trzy linijki, w których było wszystko żal do rodziców, błaganie o pomoc, nieśmiała nadzieja, iż ojciec ją usłyszy.
Rano wysłała list po drodze do szkoły. Wróciwszy do domu, zastała babcię z malutkim, płaczącym niemowlakiem.
O, Lenka… To jest Leszek, twój brat… babcia pociągnęła nosem i odwróciła się do łóżka, gdzie przewijała wnuka, a Lena świdrowała wzrokiem malca.
Babulku, czemu jest taki malutki?
Normalny. Ty byłaś jeszcze mniejsza.
Naprawdę?
Ano tak. Potem wyrosłaś. I on wyrośnie też, zobaczysz.
A tata… Leszka?
Obiecał, iż pomoże, ale zabierać nie chce. Nie ma czasu.
To i tak coś… Lena tak idealnie powtórzyła intonację babci, iż ta musiała się uśmiechnąć.
Ach, Lenka… Damy sobie radę z nim?
Jak nie my, to kto? Spokojnie, babciu! Jak wszystkie matki i siostry, damy radę! Krysia Zając ma ich dziewięcioro i nie narzeka! Obiecała przynieść pieluchy i śpioszki po bliźniakach. Mówiła, iż część jeszcze nowa. Dzieci rosną, nie zdążysz tego wszystkiego ubrać! To prawda, babciu?
Że dzieci rosną szybko? Oj, prawda… Jak chwasty. Ledwie tuliłam twoją mamę, a już jej nie ma…
Ej, babciu, nie płacz! Bo ja też ryczeć zacznę! I ten tu zaraz podchwyci! Co mu trzeba? Wilgotny?
Pewnie głodny. Patrz tylko, już czas karmienia! O rety! Zaraz go nakarmię!
Babcia odpowiedziała i wręczyła Leszka w ręce Leny.
Potrzymaj, nie bój się! Masz dobre ręce, dziecko, dasz radę! Oby i on taki był!
Lena zamarła.
Na jej rękach leżał mały cud dowód, iż już nigdy nie będzie sama. Tyle lat marzyła, iż pojawi się ktoś, komu będzie potrzebna, tak jak powietrze, komu ona będzie życie dawać. Babcia i mama się nie liczyły miały własne, niezrozumiałe zasady.
Wyjdziesz za mąż, to nas zostawisz! rzucała matka na pytania Leny, jak wszystko będzie, gdy dorośnie.
A Lena chciała, żeby było jak u Krysi Zając gwarno, ciepło, trzy pokolenia pod jednym dachem.
Krysia mieszkała z rodzicami i teściami, nazywając wszystkich “mamo, tato”. Dom trzymała twardą ręką, wiedząc, iż szczęście dzieci to jej obowiązek. Mąż ją wspierał, więc wszelkie konflikty gasił w zarodku, grożąc palcem:
No, porządek! upominał. Rodzina to podstawa!
Lena zanotowała to sobie w głowie. Tak właśnie trzeba żyć. Rodzina to najważniejsze.
Szkoda, iż jej bliskich była tylko ona, mama i babcia. Teraz, wreszcie, pojawił się ktoś jeszcze…
Młodszy braciszek, który ciumkał ustami, marszczył nosek i zaraz miał się rozpłakać, był maleńki zaledwie dwa tygodnie, a Lena już rozumiała, iż będzie on jej wszystkim i ona dla niego.
Opiekować się Leszkiem nauczyła się szybko. Raz tylko wpadła zadyszana Krysia. gwałtownie przewinęła Leszka, obejrzała jego chude nóżki:
No siemanko, żołnierzu! Krzycz, krzycz! Ćwicz płuca! Słuchaj, Lena, nie bój się każda da radę! Pokażę ci, jak myć i przewijać, a potem już sama dasz radę. A babcia gdzie?
Rano wyjechała załatwiać sprawy w mieście. Wszystko mi pokazała, ale wolę mieć pewność…
A czego się boisz? Babcia świetna! Krysia zmarszczyła się.
Sama mówi, iż zapomniała już, jak się to z dziećmi robi. Ty pamiętasz wszystko…
No jasne! roześmiała się Krysia, której bliźniaki skończyły rok. Niby były wczoraj!
Wolę twoją naukę. Boję się, Krysia! On taki malutki…
Dasz radę, Lena! Krysia zawinęła Leszka w pieluchę Tak kiedyś to i dwójkę byś miała w twoim wieku. Poradzisz sobie!
Lena uczyła się wszystkiego patrząc na ręce Krysi, ale w głębi duszy czuła, iż nie jest gotowa na bycie “matką”. Przecież pieluchy i butelki to nie wszystko… Trzeba umieć kochać…
Tego brata Lena pokochała całą sobą. Ze szkoły leciała do domu bo tam czekali! Pierwszy, bezząbny uśmiech Leszka nie dla babci, a właśnie dla Leny. I jej imię nauczył się wymawiać jako pierwsze.
Lena! wrzeszczał pulchny chłopiec, chwiejąc się przez podwórko do wracającej siostry.
Jestem, mój kochany! Chodź tu!
Ciepłe rączki obejmowały jej szyję, Lena miękła, obsypując brudne policzki pocałunkami.
Gdzie znowu biegałeś? Cała buzia brudna! Chodź się umyć!
Dla siostry Leszek był gotów na wszystko, choćby znosić mycie. Babcia śmiała się, patrząc, jak Lena gania Leszka wokół domu:
Wąż! Prawdziwy wąż! Trzymaj go mocno, Lena, bo sobie nos rozbije!
W codziennych troskach Lena zupełnie zapomniała o liście do ojca. Odpowiedź nie nadeszła, uznała więc, iż cisza też jest odpowiedzią. Skoro milczy znaczy nie potrzebuje jej.
Żal jeszcze trochę poskrobał serce, ale gwałtownie ucichł Lena nie miała na to czasu. Cały jej świat kręcił się wokół Leszka.
Babcia ciągle zagadywała o studiach, ale Lena nie chciała słuchać.
Babulku, przecież to niemożliwe! Jak pójdę do miasta na studia, co z wami? Nigdy was nie zostawię!
Babcia nie ustępowała, Lena się denerwowała. Pracy w mleczarni czy u Krysi w sklepie by jej nie brakło, a babcia chciała dla niej innego życia.
Właśnie wtedy, w środku tych kłótni, pojawił się ten, w którego Lena już nie wierzyła.
Wracała z Leszkiem od Krysi onego wieczoru. Brat, wymęczony zabawą z bliźniakami, ledwie szedł, ale dzielnie trzymał się siostry, wiedząc, iż z Leną żartów nie ma jak mówi spać to spać.
Przy bramce pociągnął ją za spódnicę:
Lena! Na ręce!
Lena podniosła brata, śmiejąc się mimo zmęczenia.
Weszła na podwórko i stanęła jak wryta. Na werandzie kręcił się ktoś obcy. Stał na stołku, kręcił przy żarówce, która nie świeciła od lat.
No i masz, śliwko moja! zawołał w końcu zadowolony, bo światło się zapaliło, po czym zeskoczył ze stołka.
Dopiero wtedy zauważył Lenę i Leszka, trzymającego się mocno siostry.
Córciu…
Jan zrobił krok, drugi, i nie zważając na nieśmiały opór Leny, objął ją i Leszka razem.
Moja kochana…
Lena zastała łzy w oczach nieznajomego.
Przebacz, dziecko! Nie wiedziałem, iż istniejecie! Wasz, tak? Jan wskazał Leszka, który patrzył na niego wielkimi oczami, nie wiedząc, co myśleć. Dasz dziadkowi? Chodź, przytul się!
Wtedy Lena zrozumiała, kto to.
To nie mój syn… To znaczy… Nie mój! Braciszek. Mamin… Leszek.
Ach, to tak… Jan przytulił chłopca. Leszek nie tylko nie protestował, a wręcz przytulał się, ocierając buzią o brodę.
Kłuje!
Już dobrze! Ogolę się! Chodźcie do domu, komary u was jak smoki!
Rzeka niedaleko, tato…
Pamiętam…
Babcia spojrzała na Lenę takim wzrokiem, iż ta wiedziała, iż starsi już się dogadali. jeżeli tak, to jej nie wolno się boczyć.
Jakie znaczenie ma to, co było między rodzicami, zanim przyszła na świat? Teraz jej dom się powiększył. I tego nie wypada nie docenić.
Patrzyła, jak Leszek kręci się przy nodze ojca i już wiedziała od dzisiaj tak będzie dalej. W ich domu pojawił się mężczyzna. I to dobrze…
Później Lena dowie się, iż list wcale nie zaginął na poczcie. Dotrł na wskazany adres, tylko Jan już tam nie mieszkał. Młoda kobieta, która tam zamieszkała, odnalazła dawny kontakt Janka i przekazała mu list. Zanim przesłała go dalej, minęły miesiące, a Jan przez pewien czas był jeszcze na statku.
Otrzymałem twój list, córciu, i przyjechałem! Myślałem, iż zostałem sam na świecie! Pisałem do twojej mamy, nie raz. Prosiłem o powrót. Chciałem mieć rodzinę.
A ona?
Odpisała raz. Że wyszła za mąż i prosi, bym więcej nie pisał. Dałem spokój… Ach, gdybym wiedział… Przypłynąłbym do was wpław! Boże, za co mi to szczęście? Nie zasłużyłem. Pojedziesz ze mną? Mam mieszkanie w Gdyni. Duże, jasne! Z okna widać morze!
Tato, nie mogę…
Czemu?
Nie pojadę bez Leszka i babci! To byłoby nie w porządku!
I kto mówi, iż bez nich? Miejsce się znajdzie dla wszystkich. Ty musisz się uczyć! Babcia zajmie się Leszkiem, znajdziemy ci uczelnię.
A za co będziemy żyć? choćby babci ledwo starcza. Ojciec Leszka, obiecał, a alimentów nie płaci. Zapomniał o synu! Więcej go nie widzieliśmy od roku. Był raz, dziesięć minut i znikł.
Chcesz mnie urazić? Jan zmarszczył brwi, a Lena aż się roześmiała tak bardzo ojciec wtedy przypominał upartego Leszka. Co się śmiejesz? Ja facet czy nie?! Trzech kobiet i jednego chłopca nie utrzymam? Nie żartuj! Pakujcie się! Babcia mądra, zgodę już dała. Czekaliśmy tylko na twoją. Jest?
Jest, tato. Jest…
I Lena obejmie ojca, wdzięczna za ten dzień, w którym postanowiła napisać mu list. Pojedzie z nim nad Bałtyk, który, wbrew nazwie, spokojny wcale nie będzie.
Życie Leny nie będzie cichą zatoką starczy w nim burz i słońca na trzy takie morza. Ale dziewczyna już będzie wiedziała: ma swoją przystań, gdziekolwiek los ją poniesie.
W tej przystani zawsze będzie czekało ciepło, rodzina i zapach ulubionych, nieudanych mimo wszystkich babcinych starań kapuśniaków.
I będzie tam chłopak z rozczapierzonymi włosami, który przywita siostrę nastoletnim, dojrzałym już tonem:
Cześć! Tata mówił, iż wpadniesz! Lena, stęskniłem się!
I ja, kochany… I ja…










