Lenka śpiewała z radości, no bo jak inaczej!

newskey24.com 1 tydzień temu

Lenka śpiewała z euforii a jakże! Przecież w końcu miała własne mieszkanie, swoje własne cztery ściany, bez tej złośliwej właścicielki, która o jedenastej gasiła światło, stała nad głową i zakręcała gaz pod gotującym się garnkiem. Nie pozwalała używać suszarki ani prostownicy do włosów, bo jeszcze coś się stanie. Kąpać się w wannie nie wolno, tylko szybki prysznic, raz dziennie do wyboru rano albo wieczorem, a i tak pani Helena czuwała przy drzwiach i pukała, żeby ściszyć wodę.

Przez rok Lenka żyła pod surowymi rządami Heleny, która uważała się niemal za jej mentorkę i opiekunkę. Gdy tylko Lenka skończyła osiemnaście lat, uprosiła rodziców, żeby pozwolili jej zamieszkać w akademiku. Ale i tam nie było łatwo pluskwy i karaluchy, to mały problem, gorzej, jak ktoś ukradł jej patelnię z podsmażanymi ziemniakami, kiedy tylko na chwilę się odwróciła. Najgorzej jednak było z sąsiadkami, które ciągle sprowadzały chłopaków. Wytrzymała rok i po tym, jak ojciec zobaczył ten bałagan podczas wizyty w akademiku, nie pozwolił jej już tam wrócić. Kolejne pięć lat Lenka spędziła na stancji u babci Dusi dobrej, choć nieco dziwacznej staruszki.

A potem, po ukończonych studiach, znalazła pracę, dalej mieszkała u babci Dusi, odkładając każdą złotówkę na wymarzone własne M, choćby najmniejsze, ale tylko swoje. Kiedy inne dziewczyny latały na randki i wydawały pieniądze na modne ubrania i torebki, Lenka pracowała i oszczędzała. choćby babcia Dusza czasem doradzała jej, żeby w końcu odpoczęła i nie przemęczała się tak, ale Lenka była uparcie wierna swojemu planowi.

Pewnego dnia przyjechali rodzice i ojciec, wyraźnie przejęty, oznajmił, iż razem z mamą i babcią Lusią postanowili Lence pomóc. Babcia Lusia, daleka krewna ojca, całe życie przepracowała jako nauczycielka i choćby do osiemdziesiątki piątki nie przestała uczyć; była surowa i pokłóciła się z większością rodziny. Jedynym, kogo czasem słuchała, był ojciec Lenki. Mamę Lenki szczerze lubiła ona też była nauczycielką.

Kiedyś babcia Lusia poprosiła ojca Lenki, żeby pomógł jej zapisać się do domu spokojnej starości. Pojechali z mamą na miejsce i bez słowa przygotowali dla babci pokój u siebie w domu. Przecież córka mieszkała w innym mieście, a babcia, mimo podeszłego wieku, zachowała jasny umysł i powiedziała, żeby nie mieli skrupułów doskonale wie, iż ma paskudny charakter i może zburzyć te dobre wspomnienia, które przez lata zbudowała.

Rodzice stwierdzili jednak, iż tak będzie najlepiej. Przynajmniej będą spokojni i ich kot, i papuga Stefan nie będą musieli szukać opieki, gdy wyjeżdżają. Babcia Lusia też się zgodziła, zadowolona, iż nie jest zupełnie sama na świecie. Mieszkała z nimi kilka lat, otoczona troską, aż w końcu spokojnie odeszła, zapisując cały majątek na ojca Lenki. Dla samej Lenki zostawiła rodowe korale, które zawsze trzymała na czarną godzinę, ale nigdy ich nie sprzedała.

Lenka przyjęła korale z euforią i często je oglądała, wspominając dobrą babcię. Ojciec zaproponował, by sprzedać mieszkanie babci i kupić Lence lokal tam, gdzie chciała zamieszkać. Tak Lenka zamieszkała w swoim, dwupokojowym mieszkanku. Poprzednia właścicielka zapewniała, iż zostawia po sobie dobrą aurę, a Lenka z ochotą zabrała się za remont. Rodzice pomagali, często u niej przesiadywali, słuchali jej kolejnych pomysłów na wystrój, a ojciec cierpliwie je realizował.

Z czasem mama stwierdziła, iż u nich w domu też trzeba zrobić remont, a Lenka obiecała wymyślić projekt. Tak właśnie zadomowiła się w swoim mieszkanku, polubiła nieznane początkowo miasto. W pracy zaprzyjaźniła się z Kasią, która bywała u niej często. Lenka raz opowiedziała, jak jako dziecko uciekała na dach siedmiopiętrowego bloku razem z sąsiadką i przyjaciółką Justynką, by tam się opalać.

Ale faza! śmiała się Kasia. A może i my…
Dziewczyny wymieniły spojrzenia i parsknęły śmiechem.

Byle tylko nas nie zamknęli na dachu, bo raz z Justynką tak utknęłyśmy aż do wieczora opowiadała Lenka. Był taki woźny, pan Józef, przygłuchawy trochę. Zachciało mu się zamknąć wejście, a my krzyczałyśmy i nic, powiesił kłódkę i poszedł. Całe szczęście, iż tata wrócił z pracy wcześniej, coś go tknęło, przyszedł i nas uwolnił. Natrzęsłyśmy się wtedy, iż hej!

Ale bardzo się wam oberwało? zapytała ze współczuciem Kasia.

Skąd tam wzruszyła ramionami Lenka. Tata mnie zawsze rozpieszczał, mama była bardziej wymagająca. On mnie bronił przed nią, o wielu moich wybrykach choćby nie wiedziała.

Miałaś szczęście! U mnie bywało gorzej, bo też byłam łobuziarą. A może by tak pogadać z panem dozorcom, wziąć klucze i spokojnie się poopalać?

Świetny pomysł.

Dozorca pan Ryszard na początku kręcił nosem, iż to niezgodne z przepisami, a poza tym bezpieczeństwo! Co, jeżeli coś by się stało? Dziewczyny przekonywały, iż są dorosłe, tylko chcą wypocząć, nikomu nie zrobią problemu. Pan Ryszard w końcu się zgodził byle tylko zachowywały się grzecznie.

I tak spędziły pół niedzieli na dachu. Jeszcze kilka razy pożyczały klucz od pana Ryszarda. Pewnego dnia coś zaszurało przy drzwiach, wystraszyły się. Zbierając się do powrotu usłyszały ciche kroki i zobaczyły elegancko ubraną, zadbaną starszą panią, siedzącą przy kominie z kanapką w ręku.

A kim pani jest? zapytały obie.

Ja? zmieszała się kobieta, przełknęła kęs. Nazywam się Irena Bogdanowska.

Lenka wytrzeszczyła oczy rozpoznała ją.

Pani Pani była poprzednią właścicielką mieszkania? zapytała niepewnie.

Ach, to ty, ta miła dziewczyna, która ode mnie kupiła mieszkanie odpowiedziała Irena Bogdanowska, zarumieniona. Widzicie, dziewczyny łzy nagle napłynęły jej do oczu.

Opowiedziała cudowną, choć smutną historię:
Wychowywałam syna, Krzysia, sama. Mąż odszedł do innej banał. Syn był delikatny, wszystko robiłam dla niego, nigdy nie wyszłam powtórnie za mąż. Krzyś był bardzo zdolny, skończył politechnikę, potem magisterkę W pracy go cenili, awansował, ale z dziewczynami nie układało się najlepiej.

Pięć lat temu przedstawił mi komuś Anię. Miła dziewczyna, gwałtownie zadomowiła się u nas, prała, gotowała, dbała o Krzysia. Myślałam, iż wreszcie będę mogła żyć sama dla siebie mieszkał już z rudą, ale gwałtownie wrócił do mnie. Z czasem przeprowadzili się na swoje.

Sielanka trwała krótko. Ania urodziła Michałka, rozpieszczałam wnuczka jak tylko mogłam, potem przyszedł na świat Kubuś, a potem Kasia. Po narodzinach Kasi młodzi przekonali mnie, żebym sprzedała mieszkanie, bo i tak u nich mieszkam i pomagam, a po co lokal ma się marnować.

I tak trafiłam jak sama to określam do małego piekiełka. Ania postanowiła wrócić do pracy, a trójka dzieci została na mojej głowie. I nagle wyskoczyły mi problemy ze zdrowiem, ciśnienie mnie powaliło. Lekarze zalecili spokój, ale gdzie tam spokój z trójką urwisów! Ania chciała tylko, żebym gotowała, karmiła, przebierała, czytała bajki, sprzątała i przygotowywała obiad na powrót syna i synowej. Uczyć czegoś, wychowywać nie.

Jak już wszystkich położyłam spać, miałam odrobinę własnego czasu. Mamo, ruch to zdrowie powtarzał Krzyś, kiedy skarżyłam się na zmęczenie. Dzieci pod opieką ukochanej babci, jemy twoje smakołyki! Możemy więcej pracować. Przecież tworzymy prawdziwą rodzinę, czy wielu może się tym pochwalić?

Na początku lata dzieciaki pojechali nad morze, zostawiając mi wnuki. Myslałam, iż nie przeżyję Kocham ich wszystkich, ale już nie mam siły. Wymyśliłam, iż jadę do koleżanki na działkę, a w rzeczywistości spacerowałam po mieście, chodziłam do muzeów, galerii. A gdzie pani nocowała? spytały dziewczyny.

A gdzie tam spałam uśmiechnęła się kobieta. Lato jest. Przesiaduję na ławce przy Wiśle, czasem nad Bugiem, a dziś przyszłam pod mój… już nie mój dom. Weszłam na dach, bo Krzyś jako mały lubił się tu przede mną chować. Na chwilę przyszło mi do głowy, by przesiedzieć całą noc na tym dachu…

To straszne! oburzyły się dziewczyny.

Namówiły panią Irenę, aby przyszła do Lenki do domu. Była zachwycona przemianą, jaką Lenka zrobiła w mieszkaniu. Ach, jaka szkoda, iż posłuchałam wtedy Krzysia i Ani westchnęła.

Pani Ireno, niech pani przychodzi do mnie, będzie pani miała swoje miejsce! zaproponowała Lenka.
Nie, kochanie, nie wypada
Ależ wszystko się da urządzić! przekonywała Lenka.
Nawiasem mówiąc odezwała się Kasia, a za mieszkanie była niezła suma. Przepraszam, iż pytam

Kasia to dobry prawnik dodała Lenka. Proszę śmiało opowiedzieć.
Wszystko dałam dzieciom przyznała Irena Bogdanowska. Krzyś powiedział, iż połowę odłoży dla mnie, połowę dla siebie
Proszę się nie martwić, za to można kupić kawalerkę zamyśliła się Kasia.

A my pomożemy przy remoncie zapewniła Lenka.
Ale jak to
Proszę nam zaufać.

Już po miesiącu pani Irena wprowadziła się do nowej kawalerki w tym samym bloku. Co dokładnie Kasia powiedziała Krzysiowi w pracy, nikt już nie wie, ale syn długo mamrotał coś o rodzinie i tym, iż trzeba było z nim porozmawiać wcześniej. Ania obraziła się i przestała kontaktować ze swoją teściową. Z czasem wnuki zaczęły same ustalać, kiedy będą mogły nocować u babci, dzieci poszły do przedszkola, a Ania się uspokoiła.

Lenka z panią Ireną odwiedzały się nawzajem, chodziły na wystawy, do muzeów. Ja to sobie nigdy nie dam odebrać własnych czterech kątów śmiała się Kasia. Będę mieszkać u siebie, choćby nie wiem co. Na stare lata nie dam się wyciągnąć z domu, bo jeszcze będę musiała spać na ławce pod kościołem albo po dachach biegać!

I masz rację przytakiwała Lenka.

Dzień dobry, kochani! Dziękuję wam z całego serca, iż jesteście ze mną! Ściskam was mocno!

Idź do oryginalnego materiału