Lenka podśpiewywała z radości, i nie ma się co dziwić!
Wreszcie miała własne mieszkanie swoje własne cztery ściany, bez wrednej właścicielki, która nie dość, iż gasiła światło o jedenastej jak w zegarku, to jeszcze stała nad duszą i pod gasząc garnek, gdy tylko woda zaczynała wrzeć.
Fena i prostownicy do włosów? Nie ma mowy, bo jeszcze cię prądem trzepnie.
Kąpieli w wannie absolutnie zakazane, tylko szybki prysznic, raz dziennie do wyboru: rano czy wieczorem. Tak czy siak, pani Stanisława czuwała pod drzwiami łazienki, stukając w nie kategorycznie, żeby kran odkręcać ciszej.
Przez rok Lenka żyła pod batutą pani Stanisławy, która uznała się za mentorkę naszej bohaterki, i jak tylko Lenka stuknęła osiemnastka, wybłagała rodziców, żeby mogła zamieszkać w akademiku.
Ale to dopiero była szkoła przetrwania! Pluskwy i karaluchy drobiazg. Ale jak ktoś ukradł jej patelnię z smażącymi się ziemniakami na oczach innych, a ona tylko na chwilę się odwróciła to już było przegięcie.
Sąsiadki przyprowadzające chłopaków to dopiero był cyrk.
Wytrzymała równo rok, ale gdy tata odwiedził ją i zobaczył bałagan zaprawdę epickich rozmiarów, natychmiast zabrał ją z akademika. I jeszcze przez pięć lat Lenka mieszkała u babci Stefanii.
Babcia Stefania była świetna, trochę postrzelona, ale kochana.
Po studiach Lenka zaczęła pracę i wciąż mieszkała u babci Stefanii, odkładając każdy grosz na wkład własny, bo marzyła o kupnie własnego, choćby malutkiego mieszkania.
Podczas gdy inne dziewczyny szalały po randkach i wydawały wypłaty na modne ciuchy i torebki, Lenka pracowała i skrzętnie odkładała oszczędności.
Nawet babcia powtarzała: Dziecko, weź się zrelaksuj czasem!, ale uparta Lenka dążyła do celu.
I pewnego dnia do Leny przyjechali rodzice. Tata, cały w nerwach, oznajmił, iż postanowili razem z mamą i ciocią Anią jej pomóc.
Ciocia Ania dalsza kuzynka taty, nigdy nie założyła własnej rodziny, przez całe życie uczyła w szkole i miała charakterek jak z kosmosu, zdołała pokłócić się już chyba z całą rodziną. Jedynego, kogo słuchała choć odrobinę, to był tata Leny.
A mamę Lenki po prostu uwielbiała obie były nauczycielkami.
Pewnego razu ciocia poprosiła tatę Leny, żeby pomógł jej załatwić miejsce w domu seniora bo ileż można się samemu szarpać.
Tata z mamą obejrzeli dom opieki, który sobie ciocia Ania upatrzyła, a potem rzucili hasło, żeby urządzić jej pokój u siebie przecież i tak córka mieszka w innym mieście, a w domu pusto.
Mimo sędziwego wieku ciocia Ania miała łeb jak sklep i powiedziała wprost, żeby sumienie ich nie gryzło, bo doskonale wie, iż jej charakterek jest nie do zniesienia. Że jeszcze im ten dobry obraz siebie popsuje.
Ale rodzice zarządzili, iż koniec marudzenia tak będzie wszystkim wygodniej: mają kota, papugę Gienka, które bez końca trzeba gdzieś oddawać na czas wyjazdów.
A przy babci Ani zwierzaki mają opiekę, a rodzice mogą ruszyć w Polskę na luzie.
Nie muszą też jeździć z żarciem ani z benzyną stołują się wszyscy razem, a jak tata jedzie na ryby, to mama nie będzie się nudzić.
Ciocia Ania trochę kręciła nosem, ale w końcu się zgodziła miło jednak, iż nie zostanie zupełnie sama na świecie.
Parę lat pożyła z kochanymi ludźmi, nacieszyła się rodziną, po czym po cichutku odeszła, zostawiając cały majątek w spadku dla taty Leny.
Lence osobiście przekazała naszyjnik po prababci przez lata chowała go jak skarb, choćby gdy nie było za co chleba kupić, nie sprzedała.
Lenka z euforią i czułością przyjęła rodzinny klejnot, często na niego z czułością patrzyła, wspominając serdeczną cioteczkę.
Wtedy tata rzucił pomysł: sprzedać mieszkanie po cioci Ani i kupić Lence swoje, w tym mieście, gdzie akurat dobrze się jej mieszka.
Tak oto Lenka została posiadaczką własnego, dwupokojowego mieszkania. Poprzednia właścicielka twierdziła, iż zostawia po sobie dobrą energię, więc Lenka z zapałem zabrała się za remont, a rodzice regularnie przyjeżdżali, pomagając i wspierając w kombinowaniu.
Lena wymyślała coraz to nowe aranżacje, tata z pokładami świętej cierpliwości wdrażał jej wszystkie napady twórcze.
Ostatecznie mieszkanie zamieniło się w przytulność do potęgi, mama postanowiła choćby zrobić rewolucję u siebie Lena oczywiście obiecała projekt.
I tak Lenka urządziła się w swoim nowym lokum, powoli polubiła obce kiedyś miasto.
W pracy poznała Kasię, gwałtownie złapały wspólny język, Kasia często wpadała do Lenki na kawę.
Pewnego dnia Lenka wspomniała, jak to jeszcze w dzieciństwie wymykała się z sąsiadką Jadzią na dach siedmiopiętrowca, żeby pod prl-owskim słońcem łapać odważnie opaleniznę.
Fajny numer śmiała się Kasia to może
Dziewczyny spojrzały na siebie i wybuchły śmiechem.
Byle nas tylko tam nie zamknęli, bo raz z Jadzią przesiedziałyśmy do wieczora. Nasz dozorca, pan Marian, trochę głuchy, zamknął drzwi od dachu na kłódkę i po sprawie. Krzyczałyśmy, nic nie słyszał, dopiero tata nas uwolnił, jakoś przeczuł sprawę i przyszedł wcześniej z pracy.
Ale się wtedy zestresowałyśmy!
Ale ci się dostało? współczuła Kasia.
Gdzie tam! Tata mnie w dzieciństwie rozpuszczał, to mama była ostra. Tata mnie krył, mama o połowie moich wybryków nie miała pojęcia.
Fart, ja w dzieciństwie zawsze miałam karniaka. Ale też nabroiłam. Ej, może by tak dogadać się z dozorcą, wziąć klucz i w spokoju się poopalać?
Dawaj, próbujmy.
Dozorca początkowo się ociągał a jak się wyda, to mnie powywieszają, a co z bezpieczeństwem, jak się któraś wypłasznie z dachu.
Jesteśmy dorosłe! zapewniały dziewczyny tylko się poopalamy, cicho wrócimy.
No dobra, ale zero wygłupów uległ pan Józek, złoty człowiek.
Tak więc pół niedzieli przewaliły się na dachu.
Zresztą później jeszcze parę razy pożyczały od pana Józka klucz.
Raz poczuły dziwny hałas przy drzwiach na dach słuch wytężony, ale cisza. Kiedy zwinęły się do domu, obeszły komin i zobaczyły elegancko ubraną, starszą panią, siedzącą pod rurą z kanapką w ręce.
A pani kto? zgodnie zapytały.
Ja? pani przetrawiła ostatni kęs Jestem… no, Zofia Borkowska.
Lenka aż się wyprostowała miała wrażenie, iż zna tę twarz.
To pani była właścicielką mojego mieszkania? spytała Lenka z niedowierzaniem.
Tak, to pani uśmiechnęła się Zofia, lekko zakłopotana rozumiecie, dziewczynki…
I nagle popłynęły łzy.
Samotnie wychowałam syna, Karolka. Mąż uciekł, klasyka, znalazł sobie inną. Wszystko dla mojego chłopca robiłam, on studiował, potem magisterka… Pracował dobrze, szefostwo chwaliło, ale przy kobietach miał pecha.
Pięć lat temu zaczął dłużej siedzieć w pracy. W końcu poznałam synową Anię.
Anka gwałtownie ogarnęła dom, sprzątała, prała, gotowała, dbała o Karolka jak nikt. Pomyślałam, mogę odpocząć, żyć dla siebie.
Karolek dawno kupił większe mieszkanie, ale mieszkał ze mną, wygodnie było.
Niedługo potem młodzi przeprowadzili się na swoje, a ja zaczęłam na nowo układać samotne życie.
Ale sielanka nie trwała długo.
Ania urodziła Kubusia, a ja zwariowałam na punkcie wnuka. Rok później przyszedł na świat Szymuś, a na trzeci rok Marysia.
I po Marysi młodzi przekonali mnie, żebym sprzedała swoje mieszkanie i zamieszkała z nimi. I tak już u nas jesteś, pomagasz, twoje mieszkanie się marnuje.
I tak trafiłam do, nie bójmy się słów, domowego piekiełka.
Anka wróciła do pracy, a dzieci… wiadomo, zostawili mi pod opiekę.
Ale ja nagle poważnie się rozchorowałam wysokie ciśnienie, lekarze nakazali odpoczynek. Ale gdzie ten spokój, gdy w domu trójka rozbrykanych brzdąców?
Anka chciała sama wychowywać dzieci, ja miałam tylko gotować, podawać, przebierać jak się pobrudzą i czytać bajki przed spaniem. Utrzymywać względny porządek i jeszcze czekać z obiadem na młodych po pracy.
Ale o karaniu czy uczeniu czegokolwiek dzieci nie było mowy.
Po położeniu całej ferajny spać i krótkiej bajkach, miałam co najwyżej chwilę dla siebie.
Mamo, ruch to zdrowie powtarzał Karolek, jak skarżyłam się na zmęczenie. Ty to wszystko tak dobrze robisz! Dzięki temu możemy więcej zarobić, a dzieci są zadbane. Zresztą, kto się dziś jeszcze chwali, iż żyje pod jednym dachem kilkupokoleniowym? Skarb!
Na początku lata młodzi wyjechali nad morze, zostawiając mnie samą z dzieciakami. Myślałam, iż nie przeżyję!
Lubię wnuki, kocham, ale jestem już zmęczona.
Powiedziałam Karolkowi, iż jadę na weekend do przyjaciółki na działkę, a w rzeczywistości szlajałam się po mieście, chodziłam po muzeach i wystawach.
A gdzie pani spała?! pytały dziewczyny zszokowane.
Pani Zofia uśmiechnęła się.
To lato, więc adekwatnie nie spałam. Siadałam czasem na ławce nad Wisłą.
Dziś weszłam do mojego domu, drzwi na dach były otwarte, a Karolek kiedyś lubił się tam chować. Przemknęła mi myśl, żeby tam zostać do rana.
Ależ horror dziewczyny oburzone.
Lenka z Kasią nakłoniły Zofię, żeby przyszła do nich na herbatę.
O, Lenka, ale tu pięknie! Wszystko tak ładnie przerobione. Ech, żałuję, iż wtedy posłuchałam Karolka i Ani. Ale nie bierzcie tego do siebie…
Wie pani co? Niech pani do mnie przychodzi mówi Lenka.
Nie no, nie wypada.
Wypada!
Czekajcie wtrąca Kasia a pani sprzedała mieszkanie? Gdzie są pieniądze? Wybaczcie bezpośredniość.
Kasia jest dobrą prawniczką wyjaśnia Lenka proszę się nie przejmować.
Oczywiście oddałam dzieciom. Karolek zapewniał, iż połowę mi założy na lokacie, a połowę weźmie dla siebie.
Pani za te pieniądze kupi małą kawalerkę kombinuje Kasia na głos.
My pomożemy w remoncie! dokłada Lenka.
Ale jak… Ja…
Niech pani się nie martwi, wszystko załatwimy.
Po miesiącu pani Zofia miała już swoją własną kawalerkę, i to w starym, ukochanym bloku.
Co tam Kasia naopowiadała Karolkowi w jego pracy, tego nie wie nikt, ale sporo się potem tłumaczył. Že mama, mogłaś od razu powiedzieć, iż ci ciężko, przecież jesteśmy rodziną.
Anka w ogóle się obraziła i przez długie tygodnie z teściową nie rozmawiała.
Wnuki ustaliły tygodniowy grafik nocowania u babci po kolei. Z czasem i Anka przywykła, dzieci posłali do przedszkola, gdzie szczęśliwie chodziły.
A Zofia z Lenką odwiedzały się nawzajem, czasem razem chodziły po muzeach i wystawach.
Ja na pewno za żadne skarby nie dam się namówić na wspólne mieszkanie na stare lata śmiała się Kasia jeszcze tego brakowało, żebym spała po parkach i na dachach.
I dobrze! przytakiwała Lenka.
Dzień dobry, moi drodzy!
Dziękuję, iż jesteście ze mną!
Przytulam Was mocno!









