Legenda, która nie chciała być legendą

twojacena.pl 6 dni temu

Pierwszy raz usłyszałam o nim w autobusie linii 47, gdzieś między Zaspą a Wrzeszczem. Jakaś starsza kobieta pokazywała sąsiadce wyświetlacz telefonu i powtarzała: „Zobacz, wczoraj skończyłby czterdzieści osiem lat. Czterdzieści osiem, rozumiesz?”

Nie wiedziałam, o kim mówi. Ale ten ton — tak mówi się o kimś, kto odszedł za wcześnie, a jednak został. Jakby śmierć nie miała odwagi zabrać go do końca.

Nazywał się Marek Strzałkowski i był wokalistą zespołu Bursztyn. Nie należał do tych, którzy wypełniają stadiony. Jego płyty kupowało się w małych sklepach muzycznych, takich, gdzie sprzedawca sam polecał: „To weź, posłuchaj wieczorem”. Grał rock z domieszką bluesa, teksty pisał po polsku, bez udawania. Kiedyś w wywiadzie powiedział, iż nie pisze piosenek — tylko notuje życie.

Pojechał na święta z żoną i córką w jedno miejsce. Nie na narty, nie do ciepłych krajów. Chcieli spędzić tydzień nad morzem, z dala od miasta. Wynajęli mały dom na Półwyspie Helskim, tuż przy plaży. To miały być spokojne dni: spacery po wydmach, kakao w termosie, wieczorne granie na gitarze.

Nie wrócili.

Fala przyszła o siódmej rano, kiedy nikt nie patrzył w stronę wody.

Pamiętam, jak telewizja śniadaniowa pokazała zdjęcia z Jastarni. Reporter stał na tle przewróconych płotów i mówił, iż zaginęło kilkoro turystów. Wśród nich — mężczyzna z żoną i małą dziewczynką.

Trzy dni później podano nazwiska.

Nie znałam go osobiście. Ale znałam jego piosenki. Miałam płytę „Cień na wydmie” — nagrałam ją z kasety na płytę, kiedy jeszcze nie było streamingu, a w odtwarzaczu samochodowym zacinała się co trzecia ścieżka. Lubiłam jedną piosenkę o tym, jak człowiek wraca po latach do miasta, w którym się urodził, i nie rozpoznaje własnej ulicy.

Teraz ta ulica nie rozpoznaje jego.

Rocznice mijają w Polsce szybko. Najpierw Białystok uczcił go koncertem charytatywnym, potem ksiądz w Sopocie odprawił mszę. W końcu cisza. Ludzie wrócili do pracy, a radio przestało grać jego utwory na żądanie, bo regulamin nie przewiduje piosenek sprzed dekady.

Ale matka Marka — pani Wanda — nigdy nie przestała przychodzić. Mieszkała w gdyńskim bloku z widokiem na port, hodowała na balkonie lawendę i odmawiała przyjęcia jakiejkolwiek pomocy. „Mój syn nie chciałby zamieszania” — mówiła, kiedy zaproponowano jej nagranie wspomnień dla archiwum lokalnej rozgłośni.

Widziałam ją kiedyś w Urzędzie Miasta. Stała przy okienku numer osiem, trzymała teczkę z dokumentami. Urzędniczka zapytała: „Pani w sprawie?” Pani Wanda podała przez ladę jeden papier — akt zgonu syna.

— Potrzebuję potwierdzenia, iż adres jest nieaktualny.

Urzędniczka nie zrozumiała.

— Jaki adres?

— Mój adres. Chcę przestać dostawać jego korespondencję.

Dziewczyna przy okienku wzięła dokument, przeczytała dwa razy, odłożyła na biurko. „To nie jest coś, co my wydajemy” — powiedziała cicho.

Pani Wanda nie naciskała. Schowała akt zgonu do teczki i wyszła.

Zatrzymała się na schodach, przy automacie z kawą. Stała tak cztery minuty. Nie płakała. Nie dzwoniła nigdzie. Poprawiła szalik — taki z podwójnym splotem, zielony w brązowy pasek — i ruszyła w stronę przystanku.

Pomyślałam, iż to wszystko. Koniec tej historii.

Ale to nie był koniec.

Wróciłam na komendę, bo pracuję jako prowadząca biuro rzeczy znalezionych. Tak, to brzmi jak żart, ale takie miejsce istnieje — w Gdańsku, przy ulicy Długie Ogrody, w budynku z odrapaną klatką, gdzie wiecznie śmierdzi pastą do podłogi. Leżą tam zgubione portfele, klucze, rowery, a od dziesięciu lat — także jedna gitarowa kostka. Przyklejona do spodu szuflady w sejfie.

Tę kostkę przyniósł dyżurny z nadmorskiego komisariatu. „Poproszono, żeby przechować” — powiedział i wrzucił ją do koperty bąbelkowej. Na kopercie napisał flamastrem: „Niejasne. Nie otwierać.”

Leżała nietknięta, aż w końcu trafiła do mnie.

Raz na jakiś czas ktoś dzwonił z pytaniem o rzeczy z tamtej zimy. Dziennikarze, dokumentaliści, studentka z Łodzi, która pisała pracę magisterską o muzyce po katastrofie. Wszystkim mówiłam to samo: nic nie mamy.

Nie kłamałam. Kostka nie była dowodem. Była pamiątką.

Aż w zeszłym tygodniu do biura przyszła kobieta w skórzanej kurtce z lat dziewięćdziesiątych. Miała krótkie włosy, okulary w cienkich oprawkach. Położyła na ladzie zeszyt.

— Chcę to zostawić.

— To biuro rzeczy znalezionych, nie biblioteka.

— To jest do zeszytu rzeczy, które nie chcą zaginąć.

Otworzyłam.

W środku było siedem piosenek. Nieznanych. Napisanych manualnie, niebieskim długopisem, z datami od sierpnia do listopada. Pośrodku stron — zakreślone jedno zdanie: „Morze oddaje, czego nie zabrało.”

Podniosłam wzrok.

Kobieta powiedziała, iż nazywa się Ewa Chylińska i iż przez krótko pracowała z Markiem nad płytą w gdyńskim studiu. Mieli nagrać demo na wiosnę. Kiedy on zginął, zespół się rozpadł, nagrania nigdy nie powstały.

— Ale teksty zostały — dodała. — Odnaleziona pamięć. Proszę to wziąć.

I wyszła, zanim cokolwiek powiedziałam.

Wieczorem czytałam te teksty przy biurku. Niektóre były szkicami, inni już gotowe, jakby czekały tylko na muzykę. Jedna piosenka miała refren o otwartym oknie na piątym piętrze. Druga — o liście do córki, który nigdy nie zostanie wysłany.

Trzecia o tym, jak człowiek wraca do domu i staje w korytarzu, bo boi się zapalić światło. Bo wie, iż nikt nie przyjdzie, choć kurz na butach mówi, iż był tu wcześniej niż powinien.

Skończyłam czytać o drugiej w nocy.

A rano zadzwoniłam do jednej z gdyńskich stacji muzycznych.

Nie jako urzędniczka. Jako osoba, która przechowuje rzeczy.

Powiedziałam, iż mam zeszyt z niepublikowanymi utworami Marka Strzałkowskiego — i iż nie chcę z tym robić cyrku. Że nie chcę aukcji, skanów w internecie ani piosenek przerobionych na podkłady pod instagramowe rolki.

Poprosiłam tylko o jedno: aby w rocznicę znalezienia — dwudziestego trzeciego marca, w jego urodziny — zagrali te piosenki. Raz. W całości, bez przerw na reklamy. Bez zapowiedzi. Bez zdjęcia na okładkę.

Powiedzieli, iż to niemożliwe. Prawo, tantiemy, redakcja.

Ale kobieta, z którą rozmawiałam, zapytała: „A co dokładnie tam jest?”

Opowiedziałam.

Usłyszałam, jak po drugiej stronie odsuwa krzesło.

— Przygotuję zgodę do zarządu — powiedziała.

I tak w niedzielny poranek, o godzinie szóstej czterdzieści cztery, lokalna rozgłośnia wyemitowała siedem piosenek, których nikt wcześniej nie słyszał. Nie było wokalu, bo nie zdążono go nagrać. Były tylko akordy grane przez kogoś z zespołu i tekst czytany przez matkę Marka.

Pani Wanda zgodziła się przeczytać wszystkie. Zrobiła to w studiu przy Długiej. Siedziała w słuchawkach, przed mikrofonem, z zeszytem na kolanach. Poprosiła o jedną przerwę na herbatę — i o to, żeby światło w studiu było przygaszone.

— Żebym nie widziała, kiedy mi głos zadrży — powiedziała.

I przeczytała.

Całe miasto słuchało. Niektórzy zatrzymywali auta na poboczu. Taksówkarz na wysokości Oliwy wyłączył silnik i siedział w milczeniu. Piekarnia na Śródmieściu nie otworzyła o czasie, bo kierowniczka stała z ręką na radioodbiorniku.

Nikt tego nie zorganizował. Nie było zbiórki, fajerwerków, transparentów.

Było radio, wiatr od morza i siedem piosenek.

Po emisji zeszyt przekazano pani Wandzie. Nie wracała do biura. Nie udzieliła wywiadu. Widziano ją jedynie na cmentarzu w Sopocie, gdzie stoi podwójny nagrobek bez daty końca po prawej stronie — jakby ktoś czekał na dalszy ciąg.

Marek Strzałkowski skończyłby dzisiaj czterdzieści osiem lat.

Nie umiem powiedzieć, czy jego piosenki były dobre. Nie znam się na muzyce. Ale wiem, iż w niedzielę o szóstej czterdzieści cztery, kiedy w radiu wybrzmiał pierwszy wers, jakaś pani w autobusie linii 47 powiedziała do sąsiadki:

— Zobacz. Wrócił.

Idź do oryginalnego materiału