Lacjum to region, który większość turystów poznaje tylko przez pryzmat Rzymu.
Stoją w kolejce do Koloseum, wracają do domu i są przekonani, iż widzieli Włochy.
A to trochę tak, jakby uznać, iż ocean to tylko fala przy brzegu.
Bo wystarczy pół godziny od Rzymu, żeby zaczął się zupełnie inny świat: miasta wykute w tufowej skale, w których czas zatrzymał się w XIII wieku. Nekropolie etruskie starsze niż sam Rzym. Jeziora w kraterach wulkanów, gdzie woda jest tak czysta, iż aż trudno w to uwierzyć. I białe miasteczka nad morzem, które wyglądają jak greckie wyspy – tylko bez turystycznej maski.
Lacjum, po włosku Lazio, to Włochy surowe, autentyczne, piękne.
I czeka, aż je odkryjesz.
Gotowy na odrycie?
Giardino di Ninfa, Lacjum
I. Rzym – punkt zerowy świata
1. Rzym – serce, które od trzech tysięcy lat pompuje historię
Lacjum bez Rzymu jest jak pizza bez sera – teoretycznie możliwe, ale po co.
Bo Rzym nie jest tylko stolicą regionu. Jest jego pulsem. I bije nieprzerwanie od trzech tysięcy lat.
To stąd cesarze wyruszali do swoich willi. Tu papieże uciekali przed upałem i politycznymi intrygami, a arystokraci odpoczywali przy winie na wzgórzach Castelli Romani.
Z Rzymu rozchodziły się drogi konsularne – Via Appia, Via Flaminia – jak promienie. Niosły nie tylko handel i cywilizację, ale też legiony, władzę i ambicję imperium.
Ale Lacjum zaczyna się tam, gdzie kończy się cień Koloseum.
Zanim pojawił się Rzym, byli tu Etruskowie – zostawili po sobie nekropolie pełne tajemnic i miasta wykute w tufowej skale. Później na tych samych wzgórzach wyrosły średniowieczne miasteczka, jakby ktoś rozsypał je niedbale po krajobrazie.
A wybrzeże? Według legendy właśnie tu Odyseusz spotkał Kirke. Co wydarzyło się potem – i ile z tego pamiętał – historia dyplomatycznie przemilcza.
Dlaczego warto wyjść poza Rzym?
Bo podczas gdy pół świata stoi w kolejce do Fontanny di Trevi, ty możesz być jedyną osobą w etruskim grobowcu. Możesz patrzeć na zachód słońca nad jeziorem w kraterze wulkanu, albo zgubić się w ogrodzie, który wygląda jak sen po zbyt mocnym espresso.
Rzym jest początkiem.
Ale Lacjum to opowieść, która zaczyna się dopiero dalej.
Gotowy ruszyć poza centrum?
Rzym, Koloseum
2. Via Appia Antica – droga, która prowadziła imperium
Zaczyna się tuż za Murami Aureliańskimi, przy Porta San Sebastiano, i biegnie na południe przez pół Italii – ponad 540 kilometrów aż do Brindisi w Apulii.
Via Appia to najstarsza z wielkich rzymskich dróg, zbudowana w 312 roku p.n.e., nazwana przez starożytnych regina viarum – królową dróg.
To nią maszerowały legiony, ciągnęły wozy z towarami, winem, oliwą i zbożem, które karmiły Rzym. Tędy prowadzono też na śmierć niewolników po powstaniu Spartakusa – sześć tysięcy krzyży od Kapui do Rzymu, ustawionych jako brutalne ostrzeżenie. Ta droga zna triumf i zna terror.
Dziś Via Appia Antica to szesnastokilometrowy pas ciszy na południowy wschód od Rzymu. Park archeologiczny, w którym idziesz (albo jedziesz rowerem) po tych samych bazaltowych blokach, które rzymscy inżynierowie układali ponad 2300 lat temu. Kamienie są nierówne, wypolerowane przez tysiące stóp, kół i kopyt. Każdy krok ma tu wagę historii.
Po obu stronach ciągną się ruiny. Grobowce, bo Rzymianie chowali zmarłych przy drogach, żeby pamięć o nich trwała tak długo, jak trwa podróż.
Najpotężniejszy z nich to Grobowiec Cecylii Metelli – cylindryczna wieża z I wieku p.n.e., tak solidna, iż przetrwała wojny, średniowiecze i nowożytność. Dalej Grobowiec Romulusa, syna cesarza Maksencjusza – ojciec chciał nieśmiertelności dla dziecka, więc zbudował mu mauzoleum rywalizujące rozmachem z Panteonem.
Są też katakumby – San Callisto, San Sebastiano, Santa Domitilla. Schodzisz po schodach w chłód tufowej skały. Widzisz loculi, nisze grobowe wykute w ścianach. Proste symbole: ryba, kotwica, Dobry Pasterz. W katakumbach San Callisto spoczywa szesnastu papieży i setki tysięcy pierwszych chrześcijan. Tu wiara była jeszcze szeptem, a nie instytucją.
Idąc dalej, mijasz Circus Maxentii – tor wyścigów rydwanów zachowany tak dobrze, iż wciąż widać spinae i meta. I Villę dei Quintili – gigantyczną rezydencję z II wieku, tak luksusową, iż cesarz Kommodus kazał zabić jej właścicieli z zazdrości i przejął ją dla siebie. Dziś zostały łuki, mury, fragmenty term – wystarczająco, by wyobrazić sobie przepych.
Droga prowadzi dalej przez otwarte pola. Owce pasą się między ruinami. Sosny pinie rosną wzdłuż trasy – te same, które Rzymianie sadzili dla cienia podróżnym. Co milę rzymską stoją kamienne milaria, pokazujące odległość do Forum Romanum. Centrum świata zawsze było punktem odniesienia.
Wskazówka | Najlepiej przyjdź w niedzielę – wiele odcinków Via Appia Antica w obrębie Parku Regionalnego jest wówczas zamkniętych dla ruchu samochodowego. Wynajmij rower lub dojedź autobusem 118. Weź wodę, kapelusz i dobre buty, bo bruk jest nierówny. Katakumby zwiedzaj tylko z przewodnikiem. Zostań do zachodu słońca: złote światło maluje ruiny, a sosny rzucają cienie, które wyglądają jak z antycznego reliefu. Zaplanuj co najmniej pół dnia. Ta droga nie znosi pośpiechu.
Via Appia Antica, Rzym, Lacjum
3. Ostia Antica – port, który karmił imperium
30 minut metrem z Rzymu i jesteś w starożytnym mieście, które wygląda jakby mieszkańcy wyszli na lunch i zapomnieli wrócić. Ostia była portem Rzymu, bez niej imperium umarłoby z głodu. Zboże z Egiptu, oliwa z Betyki, wino z całego Morza Śródziemnego – wszystko przepływało przez te doki.
Dlaczego Ostia lepsza niż Pompeje? Bo chodzisz po kompletnych ulicach z mozaikami pod stopami, wchodzisz do thermae (łaźni) z zachowanymi podłogami grzewczymi, siedzisz w antycznym teatrze na 3500 osób. I wszystko to bez autobusów pełnych turystów.
Widzisz bary z ladami do jedzenia (thermopolia), apartamenty dla bogatych kupców, magazyny zbożowe większe niż współczesny hangar. Mozaiki są tak wyraźne, iż widzisz, czym trudnili się właściciele – delfiny dla armatora, sito dla piekarza.
Wskazówka I Na miejscu potrzebujesz 3-4 godzin. Zabierz wodę i kapelusz, bo cienia jest tutaj mało. Wejście 18€. I przyjedź w tygodniu rano, będziesz miał starożytne imperium prawie dla siebie.
II. Ucieczka z miasta (wille, ogrody, oddech)
4. Tivoli – czyja willa jest bardziej okazała: cesarza czy kardynała?
Pół godziny drogi od Rzymu i jesteś w miejscu, w którym „ładnie” przestaje wystarczać.
W Tivoli wszystko jest większe, bardziej bezczelne i bardziej ambitne niż zwykłe „wow”. To tutaj władza postanowiła zostawić po sobie ślad tak wyraźny, iż widać go dwa tysiące lat później.
Villa Adriana – cesarskie ego w skali imperium
Villa Adriana nie jest willą. To 120 hektarów cesarskiej wizji świata, który Hadrian chciał mieć pod ręką. Był tu miniaturowy Egipt. Były greckie teatry. Były baseny większe niż niejeden współczesny blok. Cesarz zbudował sobie mapę imperium w wersji 1:1 – z rozmachem człowieka, który nie znał pojęcia „budżet”.
Spacerując po ruinach, masz wrażenie, iż to miejsce nie zostało opuszczone.
Raczej… zapomniane w pośpiechu. Najlepiej przyjść tu wcześnie rano albo tuż przed zachodem słońca. Mniej ludzi, więcej ciszy. I łatwiej zrozumieć, jak to jest mieć władzę absolutną i nieograniczoną wyobraźnię.
Villa d’Este – renesansowy spektakl wody i ambicji
Jeśli Villa Adriana to siła, Villa d’Este jest czystą demonstracją stylu. Renesansowy kardynał d’Este miał prosty pomysł: zróbmy Wersal – ale … na sto lat przed Wersalem.
Efekt? Ponad 500 fontann, tarasy, kaskady i wodne organy, które naprawdę grają.
Ogrody działają jak trójwymiarowa symfonia: woda szumi wszędzie, ale nigdy tak samo. Tu nie chodzi o jeden widok. Tu chodzi o ruch, dźwięk i wrażenie, iż ogród żyje własnym rytmem.
Wskazówka I Kup bilet łączony i załóż wygodne buty – kamienne ścieżki są nierówne, ale widoki wynagradzają każdy krok. A jeżeli możesz wybrać tylko jedno miejsce o złotej godzinie – wybierz Villa d’Este. Woda i światło robią tam rzeczy, których nie da się zaplanować.
Tivoli, Lacjum
5. Villa Lante – ogród, w którym woda myśli
Kilka kilometrów od Viterbo, w niewielkiej Bagnaia, leży ogród, który historycy sztuki bez wahania nazywają arcydziełem. I nie jest to przesada.
Villa Lante to miejsce, w którym woda przestaje być dekoracją. Staje się językiem. Ideą. Opowieścią o tym, jak renesans rozumiał świat. Już przy wejściu wiesz, iż to nie jest zwykła willa. Dwa identyczne pawilony patrzą na siebie po obu stronach ogrodu. Idealna symetria. Żaden nie dominuje. Bo Villa Lante nie powstała po to, by manifestować władzę. Powstała, by pokazać harmonię.
Idziesz tarasami w górę, a każdy poziom jest kolejnym rozdziałem wodnej narracji.
Na dole Fontana dei Mori – czterej Maurowie unoszą herb rodu Montalto, a woda wybucha z każdego detalu. Wyżej Fontana dei Lumache – kamienne ślimaki, z których woda spływa powoli, jakby uczyła cierpliwości.
W samym sercu ogrodu biegnie Catena d’Acqua – rzeźbiony „łańcuch”, po którym woda skacze, ślizga się i błyszczy w słońcu. To kręgosłup całej kompozycji.
Na najwyższym tarasie znajduje się Fontana del Diluvio – symboliczne źródło, z którego wszystko wypływa. Stajesz tam i patrzysz w dół: geometryczne partery, fontanny, pawilony. Natura ujarzmiona przez rozum. Chaos zamieniony w porządek.
Każda fontanna brzmi inaczej. Tu woda pluska, tam szumi, gdzie indziej kapie niemal szeptem. jeżeli zamkniesz oczy, zrozumiesz, iż twórcy ogrodu komponowali dźwięk z taką samą precyzją jak kamień i zieleń.
Wskazówka I Villa Lante zwiedzisz w godzinę, ale zostań dłużej. Usiądź na ławce, posłuchaj wody, zobacz, jak światło zmienia fontanny po południu. I połącz wizytę z Sacro Bosco w Bomarzo – dwa ogrody, dwie filozofie świata. Ład i chaos, rozum i sen.
Villa Lante, Lacjum
6. Castelli Romani – gdzie Rzymianie uciekają przed Rzymem
Pół godziny na południe od stolicy i trafiasz na wzgórza Albańskie z 13 miasteczkami nazywanymi
Castelli Romanii, gdzie Rzymianie od wieków uciekają przed upałem. To tu papieże mają letnią rezydencję, lokalni piją wino prosto z beczek, a truskawki w Nemi są tak słodkie, iż mają własny festiwal.
Castel Gandolfo to letnia rezydencja papieska nad jeziorem Albano. Spaceruj po ogrodach watykańskich, zobacz obserwatorium astronomiczne (tak, Watykan bada kosmos!), zjedz porchettę z widokiem na wodę.
Frascati to moja ukochana stolica białego wina. Tu wino jest tańsze niż woda mineralna i smakuje jak gdyby słońce wlało się do butelki. Zajrzyj do podsklepionej piwnicy (fraschetta), zamów karafkę i talerz szynki – proste, ale doskonałe.
Nemi – miasteczko poziomek i bogini Diany. Nad jeziorem stała świątynia, gdzie Kaligula trzymał ceremonialny okręt. Dziś miejscowi uprawiają poziomki, a w czerwcu (pierwsza niedziela) urządzają Sagra delle Fragole – festiwal, gdzie jedziesz truskawki i poziomki w każdej możliwej formie.
Wskazówka I Przyjedź w niedzielę na pranzo (obiad) w lokalnej trattorii. Rodziny włoskie przy stołach to znak, iż trafiłeś dobrze.
Castel Gandolfo, Castelli Romani
III. Etruskowie – cywilizacja przed Rzymem
7. Tarquinia – miasto umarłych, które mówi więcej niż żywi
Dziewięćdziesiąt kilometrów na północny zachód od Rzymu, między Viterbo a Morzem Tyrreńskim, leży miasto, które było potęgą, zanim Rzym nauczył się rządzić. Tarquinia – jedno z miast etruskiej dodekapolis, kolebka dynastii Tarkwiniuszy, tych samych, którzy dali Rzymowi pierwszych królów.
Dziś to spokojne miasteczko na wzgórzu, kamienne ulice, romańskie kościoły, cisza prowincji. Prawdziwa historia czeka jednak kilometr dalej, pod ziemią.
Nekropola Monterozzi to jedno z największych etruskich cmentarzysk Italii – tysiące grobowców wykutych w tufowej skale, rozsianych po falujących wzgórzach porośniętych trawą. Większość to puste komory, z kamiennymi ławami wzdłuż ścian, gdzie składano ciała owinięte w lniane całuny, otoczone winem, biżuterią i przedmiotami na drogę w zaświaty.
Ale są grobowce, które mówią więcej.
Część z nich pokryto freskami – to najlepiej zachowane malarstwo etruskie w całych Włoszech, wpisane na listę UNESCO razem z Cerveteri. I właśnie tu, w półmroku pod ziemią, Etruskowie zostawili nam klucz do zrozumienia siebie.
Schodzisz do Tomba dei Leopardi. Światło jest przytłumione – chroni pigmenty sprzed 2400 lat. Na ścianach bankiet: mężczyźni i kobiety razem, równi, leżą na łożach, piją wino, rozmawiają, śmieją się. Tancerze poruszają się w rytmie muzyki, której niemal możesz posłuchać. Nad nimi lecą kolorowe ptaki – żółte, czerwone, niebieskie.
To nie jest wizja śmierci. To afirmacja życia.
W Grobowcu Polowania i Rybołówstwa mężczyzna skacze z klifu do morza. Rybacy wyciągają sieci pełne ryb. Ptaki unoszą się nad wodą. Radość, ruch, lekkość.
Etruskowie wierzyli, iż po śmierci życie trwa dalej, dlatego malowali to, co kochali najbardziej.
W Tomba degli Auguri oglądasz zawody atletyczne i tajemnicze postaci w maskach, a w Tomba del Triclinio – kolejny bankiet, tym razem z muzykami grającymi na lirze i flecie. I. jeszcze Tomba delle Leonesse, gdzie tancerki poruszają się tak, iż niemal czujesz rytm ich kroków.
Te freski poruszają, bo nie są heroiczne ani boskie. Są ludzkie. To nie bogowie patrzą na ludzi – to ludzie zostali zapamiętani tacy, jacy byli: jedzący, pijący, kochający, tańczący.
Na wzgórzu, w samej Tarquinii, stoi Palazzo Vitelleschi – renesansowy pałac, dziś siedziba Museo Nazionale Tarquiniense. Sarkofagi z terrakoty pokazują pary małżeńskie leżące obok siebie, uśmiechnięte, trzymające się za ręce. Złota biżuteria jest tak delikatna, iż trudno uwierzyć, iż powstała bez nowoczesnych narzędzi. A skrzydlate konie – Cavalli Alati – patrzą na ciebie z lekkością, która stała się symbolem miasta.
Sama Tarquinia jest piękna, ale to nekropola jest jej sercem, bo tu umarli mówią więcej o życiu niż niejeden podręcznik historii.
Wskazówka | Nie wszystkie grobowce są dostępne jednocześnie – chroni się freski przed światłem i wilgocią. Standardowa trasa obejmuje 4–6 najpiękniejszych. Kup bilet łączony z muzeum. Przyjedź przed południem. Połącz wizytę z Cerveteri – dwie nekropolie, dwa różne języki Etrusków: tu malarstwo, tam architektura.
Tarquinia, Lacjum
8. Palestrina – miasto, które istniało, zanim Rzym wiedział, kim będzie
Około czterdziestu kilometrów na wschód od Rzymu, na zboczach Monti Prenestini, leży miasto, którego historia sięga epoki brązu.
Palestrina – starożytne Praeneste.
To jedno z tych miejsc, które nie muszą konkurować z Rzymem. Bo istniały zanim Rzym stał się Rzymem.
Praeneste było potężnym miastem latyńskim, niezależnym, dumnym i wojowniczym. Przez wieki rywalizowało z Rzymem, potrafiąc mu się skutecznie opierać, zanim ostatecznie zostało wchłonięte przez rosnące imperium. Ale choćby wtedy zachowało coś, czego Rzym nie miał: najważniejszą wyrocznię Italii.
Na zboczu góry wznosiło się Sanktuarium Fortuny Primigenii – monumentalna świątynia tarasowa, jakiej świat rzymski wcześniej nie znał. Ludzie przychodzili tu pytać bogów o przyszłość. Cesarze, wodzowie, zwykli obywatele. Zanim Rzym nauczył się pytać o los świata, Praeneste już znało odpowiedzi.
Dziś wchodzisz po tych samych tarasach. Kamień prowadzi cię coraz wyżej, aż na sam szczyt dawnej świątyni, gdzie stoi renesansowy Palazzo Barberini. W jego wnętrzu kryje się skarb absolutny – Mozaika Nilowa.
To jedno z najwspanialszych dzieł sztuki antycznej. Ogromna mapa doliny Nilu, ułożona z tysięcy maleńkich kamieni. Widzisz hipopotamy, krokodyle, świątynie, statki, ludzi przy pracy. Cały Egipt zamknięty w obrazie, powstałym ponad dwa tysiące lat temu – tak precyzyjnym, iż bardziej przypomina dokument niż dekorację.
Spacerując ulicami Palestriny, czytasz historię warstwami. Starożytne mury pod średniowiecznymi domami. Rzymskie kolumny wmurowane w barokowe kościoły. To miasto nie zostało zbudowane – ono narastało.
Wskazówka I Mozaika Nilowa to absolutny punkt obowiązkowy, kup bilet do muzeum. Połącz Palestrinę z Tivoli lub Villa Adriana – wszystkie miejsca leżą w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. I zostań na pranzo (obiad): w lokalnych trattoriach wciąż je się tu dla mieszkańców, nie dla turystów.
Palestrina, Lacjum
9. Tuscania – romańskie bazyliki wyrastają z etruskiej ziemi
Trzydzieści kilometrów od Viterbo leży miasteczko, którego wielu Włochów i zagranicznych turystów nigdy nie odwiedziło, a które skrywa dwie z najpiękniejszych romańskich bazylik w całych Włoszech. Tuscania to miejsce, gdzie Etruskowie grzebali swoich zmarłych, Rzymianie budowali termy, a średniowieczni mistrzowie wykuwali w kamieniu architekturę, która do dziś zapiera dech.
Wychodzisz ze starego miasta i idziesz przez pola. Kilka minut spaceru i nagle przed tobą wyrasta Bazylika San Pietro. Stoi samotnie na wzgórzu, otoczona murem i ciszą, jakby od XI wieku czekała tylko na tych, którzy potrafią patrzeć wolniej. Fasada to lekcja romańskiego kamieniarstwa: rzeźbione portale, fryz pełen ludzi i zwierząt, rozeta jak kamienna koronka. Wszystko wykute w wulkanicznym tufie niemal tysiąc lat temu.
W środku – trzy nawy, kolumny z różnych epok, resztki fresków, światło wpadające przez małe okna i zamieniające kurz w złoty pył.
Ale prawdziwe serce tego miejsca bije pod ziemią. Za bazyliką schodzisz do krypty starszej od samego kościoła. Niskie sklepienie, kolumny każda inna, jakby poskładane z fragmentów dawnych cywilizacji. Na ścianach freski z XIII wieku: święci, sceny biblijne, kolory, które przetrwały siedem stuleci.
Kilometr dalej, po drugiej stronie miasteczka, stoi Bazylika Santa Maria Maggiore.
Mniejsza, prostsza, bardziej surowa, ale równie piękna. Portal z XII wieku to arcydzieło, a wewnątrz ambona z XII wieku zdobiona techniką Cosmati – geometrycznymi wzorami z kolorowego marmuru i złotej mozaiki, które połyskują jak klejnot.
Czym była technika Cosmati?
Cosmati work to średniowieczna włoska technika dekoracyjna (XII-XIII wiek), nazwana od kilku rzymskich rodzin rzemieślników (Cosmati, Vassalletti, Mellini), którzy specjalizowali się w układaniu geometrycznych mozaik. Używali kawałków kolorowego marmuru, porfiru, granitu z ruin starożytnych budowli, układając je w hipnotyzujące kółka, spirale i labirynty.
W dolinie pod miastem rozciągają się etruskie nekropolie – grobowce wykute w tufie, czasem z freskami, czasem puste, zawsze pełne tej samej tajemnicy co Cerveteri czy Tarquinia. Etruskowie byli tu pierwsi. Potem przyszli Rzymianie, Longobardowie, papieże. Każda epoka zostawiła swój ślad – warstwa na warstwie, bez wymazywania poprzedniej.
Sama Tuscania jest cicha i autentyczna. Kamienne uliczki, domy z tufu, kilka trattorii dla miejscowych, rynek z fontanną, gdzie starsi panowie siedzą i rozmawiają lokalnym dialektem. To nie Toskania, mimo podobnej nazwy. To Lacjum w czystej postaci.
Wskazówka I Przyjedź samochodem, bo komunikacja publiczna jest ograniczona.
Zaplanuj 2–3 godziny na obie bazyliki i spacer po mieście. Weź drobne na bilety (kilka euro). Najlepsze światło do zdjęć: przedpołudnie lub późne popołudnie, gdy słońce złoci fasady. jeżeli interesują cię Etruskowie, poproś w biurze turystycznym o mapę nekropolii – są rozproszone, ale warte wysiłku.
Tuscania, Lacjum
10. Orte – miasteczko z tajemnicą tuż pod stopami
Godzinę na północ od Rzymu, u zbiegu dwóch rzek, Nery i Tybru, leży miasteczko, które pozornie wygląda zupełnie zwyczajnie. Kamienne domy, kościoły, wąskie uliczki zawieszone na tufowym klifie, ale prawdziwe Orte zaczyna się pod ziemią.
To właśnie tu Etruskowie – mistrzowie hydrauliki i inżynierii – rozpoczęli drążenie podziemnego świata. Z czasem Rzymianie i średniowieczni mieszkańcy rozbudowywali go dalej, tworząc wielopoziomowy system tuneli, komór i zbiorników wodnych, ukryty głęboko w skale. Pod ziemią było bezpieczniej. Chłodniej. Stabilniej.
Gdy nad miastem przetaczały się wojny i najazdy, życie mogło toczyć się dalej, kilkanaście metrów pod powierzchnią.
Dziś schodzisz stromymi schodami w dół i nagle czas się cofa. Ściany noszą ślady dłut sprzed dwóch i pół tysiąca lat. Widać zbiorniki na wodę wykute w tufie, fragmenty dawnych instalacji, elementy pras i magazynów używanych przez kolejne epoki. Powietrze jest wilgotne, chłodne, pachnie kamieniem i historią, która nie potrzebuje muzealnych gablot.
A potem wracasz na powierzchnię.
Nad ziemią Orte jest spokojne, niemal senne. Średniowieczna starówka, katedra Santa Maria Assunta, balkony pełne kwiatów. Z punktu widokowego na krawędzi klifu patrzysz na dolinę dwóch rzek – zieloną, szeroką, niemal niezmienioną od czasów, gdy Etruskowie obserwowali ten sam krajobraz.
To nie jest miasto turystycznych tłumów, ani miejsce, które nie odsłania się od razu.
Trattorie dla miejscowych, kawiarnie, gdzie starsi panowie grają w karty, sklepy, w których wszyscy się znają. A pod ziemią tajemnica, dostępna tylko dla tych, którzy wiedzą, iż trzeba zejść niżej.
Wskazówka IZwiedzanie Orte Sotterranea możliwe jest wyłącznie z przewodnikiem – zarezerwuj wcześniej przez lokalne biuro turystyczne. Wizyta trwa około godziny. Zabierz kurtkę lub bluzę, choćby w sierpniu pod ziemią jest chłodno. To niesamowite doświadczenia, ale … jeżeli masz klaustrofobię, to wiedz, iż korytarze są dość ciasne i niskie.
Połącz Orte z Bomarzo lub Viterbo, to idealna trasa na jeden dzień.
Orte, Lacjum
IV. Papieże, herezje i duchowa władza
11. Viterbo – miasto, do którego papieże uciekali przed Rzymem
Około 80 kilometrów na północ od Rzymu zaczyna się miasto, w którym czas najwyraźniej uznał, iż nie ma powodu się spieszyć. Viterbo wygląda tak, jakby XIII wiek wyszedł tylko na chwilę – i zapomniał wrócić.
To właśnie tutaj papieże chowali się przed upałem, chaosem i politycznymi intrygami Wiecznego Miasta. I szczerze? Trudno im się dziwić.
Pałac, który zmusił kardynałów do decyzji
Główną gwiazdą miasta jest Palazzo dei Papi – Pałac Papieży. To tu w 1271 roku odbyło się najdłuższe konklawe w historii. Kardynałowie przez trzy lata nie potrafili się dogadać. Mieszkańcy Viterbo w końcu stracili cierpliwość: zdjęli im dach nad głową i ograniczyli racje żywnościowe. Efekt? Papieża wybrano… w tydzień. Czasem historia Kościoła bywa zaskakująco praktyczna.
Gotycka loggia pałacu z ażurową arkadą to jedno z tych miejsc, w których po prostu siadasz i patrzysz. Na dachy, na kamień, na ciszę. I nagle rozumiesz, dlaczego to miasto było idealną ucieczką.
Tu w 1271 roku odbyło się najdłuższe konklawe w historii – kardynałowie kłócili się przez 3 lata, kto zostanie papieżem.
Italia poza szlakiem
San Pellegrino – średniowiecze bez filtrów
Dzielnica San Pellegrino to jedna z najlepiej zachowanych średniowiecznych dzielnic w Europie. Wąskie uliczki, kamienne domy, schody prowadzące na zewnątrz budynków (profferli), fontanny na każdym rogu. To trochę jak wejście do średniowiecznej maszyny czasu – tylko bez zapachu i … zarazy. Tu nie trzeba niczego „zwiedzać”. Wystarczy iść przed siebie, skręcać bez planu i pozwolić, żeby miasto samo dyktowało tempo.
Wskazówka I Viterbo ma etruskie korzenie, starsze niż sam Rzym. Zanim Rzymianie podbili te tereny w IV wieku p.n.e., Etruskowie zakładali tu osady na tufowych wzgórzach i uczyli przyszłych władców Italii budować łuki, drogi i akwedukty. Co po nich zostało? Fragmenty murów, fundamenty ukryte pod średniowiecznymi domami i grobowce wykute w skale, rozsiane po okolicznych wzgórzach. Niedaleko stąd znajdują się dwie najważniejsze etruskie nekropolie w Lacjum: Cerveteri i Tarquinia (obie UNESCO). Miasta umarłych z freskami tak żywymi, jakby ktoś namalował je wczoraj.
Viterbo, Lacjum
12. Anagni – miasto, w którym papież stracił władzę nad światem
Są miejsca, gdzie historia pęka. Nie z hukiem. Z trzaskiem godności.
Anagni leży zaledwie 50 kilometrów od Rzymu, na wzgórzu u stóp Gór Ernickich. Przez wieki było jednym z najpotężniejszych punktów na mapie chrześcijańskiej Europy. Nazywano je miastem papieży. I nie bez powodu.
Tu urodzili się Innocenty III, Grzegorz IX, Aleksander IV i Bonifacy VIII. Czterech papieży z jednego miasta. Dziś brzmi to jak anomalia. W XIII wieku – jak centrum świata.
We wrześniu 1303 roku ten świat się załamał.
W pałacu rodu Caetani ludzie króla Filipa IV Pięknego wtargnęli do Anagni. Papież Bonifacy VIII, który odważył się twierdzić, iż władza duchowa stoi ponad świecką, został upokorzony i uwięziony. Historia zapamiętała to jako „schiaffo di Anagni” — policzek w Anagni. Czy padł naprawdę, czy tylko symbolicznie, nie ma już znaczenia. Liczy się to, co nastąpiło potem.
Papież wyszedł wolny, ale papiestwo nigdy nie odzyskało dawnej potęgi. Kilka lat później Stolica Apostolska przeniosła się do Awinionu. Europa zrozumiała, iż papież może zostać złamany.
Dziś w Anagni panuje cisza. Idziesz kamiennymi ulicami, po których chodzili legaci, królowie i kardynałowie. Mijasz pałace rodów papieskich, place, na których ogłaszano bulle, kościoły, w których modlono się o los całego kontynentu.
W katedrze Santa Maria Assunta schodzisz do krypty. I nagle milkniesz. Freski z XIII wieku płoną kolorem. Alegorie cnót i nauk, sceny biblijne, wizja świata uporządkowanego przez Boga i rozum.
Italia poza szlakiem
To nie dekoracja. To średniowieczna encyklopedia, zapisana na ścianach. Jedno z najlepiej zachowanych malowideł epoki w całych Włoszech.
Wskazówka I Nie pomiń Krypty św. Magnusa (Cripta di San Magno) . Przyjdź w dzień powszedni przed południem, będziesz miał jedno z największych arcydzieł średniowiecza niemal dla siebie.
Krypta św. Magnusa
Cripta di San Magno
13. Subiaco – miejsce, w którym cisza zmieniła Europę
Godzinę drogi na wschód od Rzymu, w
Górach Symbryjskich, leży Subiaco.
Miasteczko, które wygląda niepozornie, a uruchomiło jeden z najpotężniejszych procesów w historii Europy.
Na początku VI wieku przybył tu młody Benedykt z Nursji. Uciekł z Rzymu, który uznał za zbyt głośny, zbyt zepsuty, zbyt daleki od sensu. Szukał ciszy. I znalazł ją w grocie nad rzeką Aniene.
Przez trzy lata żył tu jak pustelnik. Nie pisał jeszcze reguły. Nie planował zakonu. Uczył się tylko jednego: jak żyć.
Dziś w Subiaco wchodzisz do miejsc, gdzie wszystko się zaczęło.
Sacro Speco – Święta Grota – jest klasztorem dosłownie przyrośniętym do pionowej skały. Zbudowanym wokół jaskini, w której Benedykt medytował i walczył z samym sobą. Schodzisz coraz niżej, po schodach wykutych w skale, mijasz kaplice z XIII-wiecznymi freskami. Aż w końcu docierasz do groty.
Jest chłodno. Pachnie kadzidłem i kamieniem. Cisza ma tu ciężar.
Niżej, w dolinie, stoi Santa Scolastica – jedyny z dwunastu pierwotnych klasztorów Subiaco, który przetrwał do dziś. Trzy krużganki w trzech stylach: romańskim, gotyckim i renesansowym. Jakby historia przechodziła obok ciebie warstwa po warstwie.
To tutaj, już po latach, dojrzało to, co narodziło się w ciszy groty: Reguła benedyktyńska. Prosta. Rytmiczna. Skuteczna. Modlitwa, praca, umiar, wspólnota.
Benedyktyni wciąż tu żyją. Modlą się. Pracują. Tak samo jak 1500 lat temu.
A okolica? Dzika. Surowa. Górska. Dolina Aniene, strome zbocza, lasy, chłodne powietrze. To krajobraz, który nie pozwala się spieszyć. Zmusza do zatrzymania. I do myślenia, dlaczego właśnie stąd wyszła reguła, która pomogła Europie przetrwać chaos po upadku Rzymu.
Wskazówka I Przyjedź wcześnie rano w dzień powszedni. jeżeli masz szczęście, usłyszysz benedyktynów śpiewających oficjum w Santa Scolastica. W
Sacro Speco zachowaj ciszę i skromny strój, to wciąż żywe miejsce modlitwy. Zostań na obiad w miasteczku: prosta kuchnia, bez ozdobników. Dokładnie taka, jaką ceniłby Benedykt.
Monastero di San Benedetto Sacro Speco
V. Ogrody, które łamią reguły
14. Sacro Bosco di Bomarzo – ogród, który wymyka się rozumowi
Dwadzieścia kilometrów od Viterbo, w lesie pełnym dębów i kasztanowców, leży ogród, który wygląda jak sen po zbyt ciężkiej kolacji. Albo koszmar. Albo jedno i drugie naraz.
Sacro Bosco – Święty Las, znany też jako Park Potworów – powstał w XVI wieku z wyobraźni Pier Francesco Orsini, zwanego Vicino Orsini. Renesansowy książę postanowił zrobić coś, co w tamtych czasach było niemal bluźnierstwem: zbudować ogród bez harmonii. Nie ma tu symetrii Villa Lante. Nie ma porządku Tivoli. Jest chaos, mrok i dziwność.
Z ziemi wyrastają monumentalne rzeźby wykute w tufowej skale. Potwory z rozdziawionymi paszczami. Słoń bojowy rozrywający rzymskiego legionistę. Smoczyce, olbrzymy, zdeformowane twarze. Dom Przechylony, po którym schodzisz i nagle tracisz orientację – ciało wie, iż coś jest nie tak, zanim zrozumie to umysł.
Najmocniejszy moment przychodzi przy Orcusie – piekielnej paszczy. Nad wejściem wyryto słowa: „Ogni pensiero vola” – każda myśl ulatuje. Wchodzisz do środka. Usta są bramą. W środku kamienny stół. Siedzisz w brzuchu potwora i naprawdę… przestajesz myśleć.
Dalej pozostało dziwniej. Wenus wyłaniająca się ze skały. Proteusz z twarzami patrzącymi w każdą stronę. Żółw niosący skrzydlatą boginię Zwycięstwa. Wszystko porośnięte mchem i porostami, jakby natura postanowiła dokończyć dzieło obłędu.
Nikt nie wie dokładnie, co Orsini chciał powiedzieć tym ogrodem. Jedni widzą tu alchemiczne symbole. Inni – żałobę po zmarłej żonie. Jeszcze inni – bunt przeciw renesansowej obsesji porządku.
A może to po prostu ogród wolności. Miejsce, w którym można było wyrzeźbić własne lęki, koszmary i myśli bez tłumaczenia się światu. Nic dziwnego, iż w XX wieku zachwycili się nim surrealiści. Salvador Dalí odwiedził Bomarzo w latach 50. i uznał je za ogród idealny dla wyobraźni, która nie chce być grzeczna.
Wskazówka I Przyjedź w dzień powszedni przed południem – las jest wtedy cichy, a rzeźby wydają się patrzeć. Połącz wizytę z Villa Lante – dwa ogrody, dwie filozofie świata. Załóż dobre buty, ścieżki są nierówne. I nie spiesz się. To miejsce nie jest do „zaliczenia”. Ono działa dopiero wtedy, gdy pozwolisz mu wejść do głowy.
Park Potworów w Bomarzo
15. Giardino di Ninfa – ogród, który wyrósł z ruin
Około godzinę drogi na południe od Rzymu, u podnóża Monti Lepini, leży miejsce, które wygląda jak sen. A może jak wspomnienie.
Giardino di Ninfa wyrósł w ruinach średniowiecznego miasta. Kwiaty pną się po murach, bluszcz oplata wieże, róże wspinają się po resztkach kościołów. Wszystko tu wygląda tak, jakby natura postanowiła nie niszczyć, tylko przejąć. To jest ogród posadzony na pamięci.
W XIII wieku Ninfa była bogatym miastem: z zamkiem, murami obronnymi, kościołami i setkami mieszkańców. Potem przyszły wojny rodowe, grabieże i choroby. W XIV wieku malaria dopełniła reszty. Miasto opustoszało i przez kolejne stulecia trwało jako cicha, omijana ruina. I mogło tak zostać.
Na początku XX wieku rodzina Caetani spojrzała na Ninfe inaczej.
Gelasio Caetani, jego matka Ada Bootle-Wilbraham oraz siostry – Marguerite Chapin i Lelia Caetani – zobaczyli w ruinach nie koniec, ale początek.
Nie odbudowywali murów.
Nie prostowali historii.
Sadząc drzewa, róże, glicynie i magnolie, pozwolili, by przeszłość i teraźniejszość rosły razem. Angielska wrażliwość ogrodu krajobrazowego i włoska ruina.
Dziś spacerujesz ścieżkami między pozostałościami miasta. Przez ogród przepływa lodowata, krystaliczna rzeka Ninfa. Małe mostki łączą brzegi, wieża zamku wystaje ponad korony drzew, ruiny kościoła San Giovanni toną w glicyniach.
Rośnie tu ponad 1300 gatunków roślin: od japońskich wiśni po stare odmiany róż. Słychać ptaki, wodę, wiatr w bambusach i spokój, króry jest zgodą na przemijanie.
Giardino di Ninfa nie jest melancholijne. Jest pogodzone z czasem.
Wskazówka I Ogród jest otwarty tylko w wybrane dni od kwietnia do października — bilety trzeba rezerwować z wyprzedzeniem na stronie fundacji. Wiosna (kwiecień–maj) to apogeum kwitnienia. Zabierz aparat, ale jeszcze ważniejsze: idź powoli. Ninfa nie lubi pośpiechu.
Giardino di Ninfa, Lacjum
VI. Cisza po imperium
16. Civita di Bagnoregio – miasto, które umiera od 2500 lat (i wciąż nie umarło)
Wyobraź sobie miasteczko na skale, do którego prowadzi tylko jeden wiszący most, a pod nim przepaść pełna erozji i dramatycznego krajobrazu.
Civita di Bagnoregio to miejsce, które Włosi nazywają „il borgo che muore” – umierające miasteczko.
Dlaczego umiera? Skała tufowa się kruszy pod wpływem wiatru, deszczu i trzęsień ziemi. Setki lat temu Civita była dużym miastem, teraz to izolowana wysepka wielkości boiska do piłki nożnej. Mieszka tu około 10-15 stałych mieszkańców (w lecie przybywają sezonowi).
Dlaczego jest tak niesamowite? Bo to jak wejść do świata fantasy. Most wiszący nad doliną calanchi (erozyjne formacje jak z Marsa), wąskie uliczki w których ledwo mija się Vespa, domy z XVI wieku, cisza przerwana tylko dzwonami z kościoła. Hayao Miyazaki podobno inspirował się tym miejscem tworząc „Zamek w chmurach”.
Na moście zatrzymujesz się, patrzysz w dół na dolinę i myślisz: „Jak oni tu w ogóle zbudowali miasto?!”.
Italia poza szlakiem
Wskazówka I Wejście płatne (5€), bezpłatne dla dzieci do lat 6, osób niepełnosprawnych z orzeczeniem, dziennikarzy, mieszkańców i gości zatrzymujących się na noc. W weekendy i w okresie są tłumy turystów (przyjeżdżaj o świcie lub pod wieczór), ale choćby z ludźmi miasteczko jest wciąż magiczne. Dlatego zostań na noc w Bagnoregio (miasteczko u podnóża), a rano będziesz mieć Civitę prawie dla siebie.
Civita di Bagnoregio, „La citta che muore”
17. Jezioro Bolsena – kąpiel w wulkanie (spokojnie, wygasł)
Największe wulkaniczne jezioro w Europie leży godzinę drogi od Viterbo. Bolsena to krater wypełniony krystalicznie czystą wodą, otoczony średniowiecznymi miasteczkami, które wyglądają jak z pocztówki.
To jezioro, w którym naprawdę chcesz się wykąpać. Woda jest tak przejrzysta, iż widzisz dno na kilka metrów w głąb. Żadnych przemysłowych zanieczyszczeń, lokalni mieszkańcy piją tę wodę (po uzdatnieniu, ale jednak). Brzegi są łagodne, plaże przyjazne rodzinom, a temperatura latem idealna.
Co tu robić? Wszystko lub nic. Pływaj, wypożycz kajak, zjedz świeżą rybę z jeziora w nadbrzeżnej trattorii w Marta (miasteczko rybaków). Wejdź na zamek w Bolsenie, popłyń na wyspę Bisentina z ogrodami renesansowymi. Wpadnij do Capodimonte dla spokoju i plaż, a do Montefiascone dla wina Est! Est!! Est!!! Albo po prostu połóż się na pomoście z książką i patrz, jak słońce zachodzi za wzgórzami.
Wskazówka I Przyjedź w maju lub we wrześniu, jest ciepło, można pływać, a turystów jak na lekarstwo. I zostań na noc, zachody słońca nad jeziorem są nieziemskie.
Jezioro Bolsena
18. Jezioro Bracciano – dzień poza Rzymem, bez pośpiechu
Czterdzieści kilometrów na północny zachód od Rzymu leży Jezioro Bracciano. To krater po wygasłym wulkanie, wypełniony błękitem, który od wieków pozostaje pod szczególną ochroną. Woda jest przejrzysta jak szkło. Z łódki widzisz dno kilka metrów poniżej, a świadomość, iż jezioro sięga 165 metrów głębokości, dodaje mu powagi. Nie ma tu przemysłu, nie ma silników spalinowych, nie ma hałasu. Państwo włoskie chroni Bracciano jak rezerwuar życia, bo to jedno z kluczowych źródeł wody pitnej dla Rzymu.
Na brzegu leży miasteczko Bracciano, a nad nim góruje Castello Orsini-Odescalchi – potężna XV-wieczna twierdza, która wygląda, jakby ktoś wyjął ją z kart rycerskiej baśni. Z murów zamku patrzysz na jezioro o niemal idealnie regularnym kształcie – spokojne, zamknięte w zielonych wzgórzach, jakby natura sama narysowała je cyrklem.
Latem Bracciano staje się luksusem prostoty. Pływasz w wodzie tak czystej, iż zapominasz, jak blisko jesteś metropolii. Wypożyczasz kajak albo żaglówkę, suniesz po tafli, która odbija niebo jak lustro. A jeżeli zostaniesz na brzegu – słońce, książka i cisza robią resztę.
Wokół jeziora biegną lokalne drogi i ścieżki przez lasy i łąki, łączące miasteczka takie jak Anguillara Sabazia czy Trevignano Romano. To teren idealny na niespieszne spacery i rowerowe wypady, bez pośpiechu, bez ambicji „zaliczania”.
Wskazówka I Najlepiej przyjedź pociągiem z Rzymu (linia Roma–Viterbo, stacja Bracciano), około godziny drogi. Latem unikaj weekendów: Rzymianie uciekają tu masowo przed upałem. Zamek, obiad nad wodą (świeża ryba!), kąpiel w jeziorze i powrót wieczorem, to idealna jednodniowa ucieczka z miasta, bez samochodu i bez stresu.
Castello Orsini Odescalchi, Bracciano
VII. Morze i mit
19. Sperlonga – perła Riwiery Ulissesa
Godzina drogi na południe od Rzymu i nagle jesteś w miejscu, które wygląda jak Santorini, tylko bez greckich cen i tłumów influencerów. Sperlonga to białe miasteczko rozlane po wzgórzu nad Morzem Tyrreńskim, gdzie każdy zakręt uliczki dosłownie otwiera widok na błękit Morza Tyrreńskiego.
Wszystkie domy są pobielone wapnem, uliczki wąskie jak wąwozy, kwiaty w donicach wybuchają kolorem, a schody prowadzą w dół, prosto na plażę. To włoska wersja miasteczek Cyklad, tylko z lepszą kawą i pastą alle vongole.
Odpoczywasz na długich, piaszczystych plażach – rzadkość w tej części Włoch. Zwiedzasz Grotę Tyberiusza, gdzie cesarz urządzał bankiety wśród rzeźb przedstawiających przygody Odyseusza. Dziś rzeźby są w muzeum obok, ale grota wciąż robi wrażenie. Wieczorem wchodzisz na szczyt starego miasta, zamawiasz aperol spritz i patrzysz, jak zachodzące słońce maluje morze na złoto.
W nadmorskich tratoriach serwują ryby i owoce morza świeże z porannych połowów. Wybieraj restaurację, gdzie jedzą lokalni, nie tę z największym menu w 10 językach.
Wskazówka I Sierpień to szaleństwo – przyjedź w czerwcu lub wrześniu. Morze ciepłe, miasteczko spokojne, ceny rozsądne.
Sperlonga, Lacjum
20. Gaeta – twierdza zawieszona między niebem a morzem
Są miasta, które się zwiedza.
I są takie, które się zdobywa.
Gaeta przez wieki należała do tej drugiej kategorii.
Starówka przyklejona do skalnego przylądka, morze z trzech stron, fortyfikacje na wzgórzach. Naturalna forteca. Nie do ruszenia.
Legenda mówi, iż właśnie tu przybił Eneasz, a miasto wzięło nazwę od Caiety – jego piastunki. Historia nie potwierdza mitu, ale Gaeta i tak sprawia wrażenie miejsca, które istniało zawsze.
W Borgo Antico mijasz kolejne warstwy władzy: Rzymian, Bizantyjczyków, Normanów, Aragończyków. Każdy coś tu dobudował, nikt nie chciał oddać.
Katedra Sant’Erasmo z kampanilą o arabsko-normańskich detalach patrzy na port jak strażnik.
A potem jest Montagna Spaccata.
Rozłupana skała. Przepaść. Schody wykute w klifie.
Legenda mówi, iż góra pękła w chwili śmierci Chrystusa. Ty po prostu stoisz i patrzysz w dół i przez chwilę nie mówisz nic.
Gaeta ma też drugą twarz.
Plaże Serapo i Ariana – jasny piasek, przejrzysta woda, lato pełne Rzymian uciekających od miasta. Porty z łodziami rybackimi, wieczorne rozmowy przy stołach, owoce morza, które jeszcze rano były w sieci.
Są też oliwki di Gaeta DOP – ciemne, lekko gorzkawe, mineralne. Smak miejsca, które zawsze było na granicy lądu i morza.
Wejdź na Castello Angioino-Aragonese. Z góry widać zatokę i, przy dobrej pogodzie, Wyspy Poncjańskie. Wtedy wszystko się układa: miasto, morze, skała. I rozumiesz, dlaczego Gaeta tak długo nie chciała się poddać.
Wskazówka I Przyjedź w maju, czerwcu albo we wrześniu. I spróbuj tiella gaetana – placka nadziewanego ośmiornicą albo kalmarami. To też część tej twierdzy.
Gaeta, Lacjum
21. Wybrzeże Circeo – gdzie Odyseusz zapomniał, kim jest
Około sto kilometrów na południe od Rzymu z morza wyrasta skalny przylądek, który starożytni uważali za wyspę. Monte Circeo – góra czarodziejki Kirke. To tutaj, według Odysei Homera, Odyseusz spędził rok. Nie w kajdanach, nie w lochu, ale w miejscu, z którego nie chciało się wracać.
Kirke zamieniała ludzi w świnie, ale Odyseusza zatrzymała czymś trudniejszym do przełamania niż magia: wygodą, zapomnieniem, przyjemnością. Gdy patrzysz na ten krajobraz – dziki, piękny, nieoczywisty – rozumiesz, dlaczego niemal stracił tu samego siebie.
Dziś cały ten obszar chroni Parco Nazionale del Circeo, jeden z najstarszych parków narodowych we Włoszech. Kilka tysięcy hektarów lasów, wydm, skał i wody. Wchodzisz w las, gdzie drzewa są tak stare i poskręcane, iż wyglądają jak z baśni. Schodzisz do grot, w których fale uderzają o kamień z głuchym echem. Patrzysz na górę z różnych stron i za każdym razem wygląda inaczej, jakby była żywa.
U podnóża przylądka leży San Felice Circeo – białe domy przyklejone do skały, wąskie uliczki, port pełen łodzi. Latem to azyl Rzymian uciekających przed upałem. Poza sezonem to miejsce, które masz niemal na wyłączność. Plaże są długie i piaszczyste. Są jeszcze fragmenty, gdzie nie ma hoteli ani parasoli, tylko morze przed tobą i dzika roślinność za plecami.
U stóp góry rozciągają się przybrzeżne jeziora: Lago di Paola, Caprolace, Fogliano, dei Monaci – pozostałość dawnych bagien. Dziś to raj dla ptaków. Flamingi, czaple, kormorany. Jedź rowerem drogą między morzem a jeziorami: po jednej stronie słona woda, po drugiej słodka, nad tobą niebo pełne skrzydeł.
Jest tu także Grotta della Maga Circe – Grota Czarodziejki. Legenda mówi, iż to właśnie tam mieszkała Kirke. Wpływasz łodzią, światło tańczy na wodzie, skały zamykają się wokół ciebie. I nagle mit przestaje być literaturą.
Wskazówka I Wrzesień jest idealny: morze wciąż ciepłe, plaże puste, natura spokojniejsza. Park ma znakowane szlaki, weź buty trekkingowe i wejdź na szczyt Monte Circeo (541 m n.p.m.). Przy dobrej pogodzie zobaczysz Wyspy Poncjańskie i długą linię wybrzeża. Zostań na zachód słońca. Odyseusz nie bez powodu tu został.
Monte Circeo, Lacjum
VIII. Południe Lacjum – wojna, mit, wiara
22. Abbazia di Montecassino – gdzie historia zapisała się krwią i modlitwą
Dwie godziny na południe od Rzymu, na szczycie góry wznoszącej się ponad doliną rzeki Liri, stoi klasztor, który widział więcej historii niż niejedna europejska stolica.
Monte Cassino to miejsce, gdzie w 529 roku Benedykt z Nursji założył klasztor, który stał się fundamentem zachodniego monastycyzmu i jednym z filarów cywilizacji po upadku Rzymu.
Przez półtora tysiąca lat to miejsce było niszczone i podnoszone z ruin. Longobardowie, Saraceni, trzęsienia ziemi, pożary. A mimo to benedyktyni wracali, modlili się, kopiowali księgi. Uczyli, leczyli, przechowywali pamięć świata w czasach, gdy Europa chwiała się w chaosie.
Aż przyszedł luty 1944 roku.
Alianci, przekonani, iż Niemcy ukrywają się w murach klasztoru, zbombardowali Monte Cassino. W kilka godzin zniszczono to, co przetrwało piętnaście stuleci. Paradoks historii: dopiero po bombardowaniu Niemcy zajęli ruiny, zamieniając je w twierdzę niemal nie do zdobycia.
Przez kolejne miesiące ginęli tu żołnierze z całego świata: Amerykanie, Brytyjczycy, Nowozelandczycy, Francuzi. Góra pozostawała niezdobyta.
Aż w maju 1944 roku ruszyli Polacy – 2 Korpus Polski generała Władysława Andersa. Ludzie, którzy przeszli Syberię, łagry, pustynie Bliskiego Wschodu. Bez państwa. Bez gwarancji powrotu. Z jednym celem. Szli pod górę przez pola minowe, pod ogniem karabinów maszynowych i moździerzy. Ginęli setkami.
18 maja 1944 roku nad ruinami klasztoru zawisła polska flaga. Monte Cassino padło.
Dziś wchodzisz po tarasach prowadzących do odbudowanego klasztoru. Zrekonstruowano go dokładnie takim, jakim był przed wojną – com’era, dov’era. Benedyktyni wrócili. Znów śpiewają oficjum, tak jak robili to od XV wieków.
W bazylice spoczywają Benedykt i jego siostra Scholastyka. W krużgankach panuje cisza, która nie jest pustką, ale pamięcią. Z tarasu patrzysz na dolinę – tę samą, na którą patrzyli żołnierze idący w górę pod gradem kul.
A potem schodzisz na Polski Cmentarz Wojenny. Ponad tysiąc białych krzyży, ustawionych w równych szeregach. I słowa, których nie da się przeczytać obojętnie.
My, żołnierze polscy, dla wolności waszej i naszej oddaliśmy dusze Bogu, ciała ziemi włoskiej, a serca Polsce.
Polski Cmentarz Wojenny
Stoisz tam i rozumiesz, iż Monte Cassino to nie zabytek ale miejsce spotkania dwóch historii: benedyktyńskiej pracy nad ocaleniem cywilizacji i polskiej ofiary złożonej za wolność.
Wskazówka I Zaplanuj 2-3 godziny. To czynny klasztor, obowiązuje skromny strój (zakryte ramiona i kolana). Cmentarz jest dostępny zawsze. Przyjdź przed południem, po południu przyjeżdżają grupy. To dla nas ważne miejsce, fragment naszej historii zapisany na włoskiej górze.
Montecassino, Lacjum
23. Terracina – gdzie Via Appia schodzi do morza
Sto kilometrów na południe od Rzymu, leży Terracina, antyczna brama Italii i letni azyl nad wodą.
Z daleka widzisz Monte Sant’Angelo – skalny masyw wznoszący się 227 metrów nad miastem. Na jego szczycie stoją ruiny Tempio di Giove Anxur, jednej z najbardziej spektakularnych rzymskich świątyń nad Morzem Tyrreńskim. Monumentalne arkady podtrzymujące taras wyglądają jak kamienna twierdza. Dwa tysiące lat temu Jowisz patrzył stąd na statki i karawany. Dziś patrzysz ty – na zatokę, miasto u stóp skały i Wyspy Poncjańskie majaczące na horyzoncie.
Na zboczach góry rozciąga się Terracina Alta – stare miasto, w którym średniowiecze wyrasta dosłownie z antyku. Wąskie uliczki prowadzą do katedry San Cesareo, zbudowanej na rzymskich fundamentach. Mozaikowa posadzka, romańska dzwonnica, cisza przerywana krokami. Kilka metrów dalej – Forum Romanum. Tak, Terracina ma własne forum. I fragmenty Via Appia, po których kiedyś toczyły się wozy jadące ku południu imperium.
Na dole jest już inny świat. Terracina Bassa ciągnie się wzdłuż morza kilometrami szerokich, piaszczystych plaż – rzadkość na tym odcinku wybrzeża. Promenada, kawiarnie, port i zapach smażonych ryb unoszący się w powietrzu. Latem to miasto rodzin: parasole w równych rzędach, dzieci w wodzie, powolne popołudnia. Są plaże płatne i dzikie – wybierasz rytm, jaki chcesz.
Terracina jest wyjątkowa, bo niczego nie udaje. Nie jest tylko kurortem. Nie jest tylko zabytkiem. To miejsce, gdzie możesz rano chodzić po kamieniach, po których maszerowały legiony, a po południu pływać w morzu.
Wskazówka I Przyjedź w maju, czerwcu lub we wrześniu – morze ciepłe, miasto spokojniejsze. Wejdź na Monte Sant’Angelo tuż przed zachodem słońca – światło robi z ruin czystą poezję. Terracina to dobra baza: blisko do Sperlongi, Gaety i – sezonowo – na Wyspy Poncjańskie.
Terracina, Lacjum
IX. Ucieczki absolutne
24. Calcata – gdzie hipisi spotkali średniowiecze (i zostali)
50 km na północ od Rzymu trafiasz do miasteczka, które wygląda jak gdyby wyrosło z urwiska.
Calcata to średniowieczna osada na skale tufowej, która w latach 60. została uznana za niebezpieczną i mieszkańcy zmuszeni byli ją opuścić. Lata później pojawili się tutaj artyści, rzemieślnicy i alternatywni twórcy. I zostali. Dlaczego? Bo to miejsce ma duszę.
Dziś wąskie uliczki Calcaty są pełne galerii, warsztatów ceramicznych, atelier malarzy. Zamiast turystycznych kramów – pracownie, gdzie lokalni tworzą na twoich oczach. Zamiast fast foodów – wegetariańska kawiarnia z widokiem na dolinę. W niedziele organizują targi sztuki, koncerty na świeżym powietrzu, wieczorami ktoś wyciąga gitarę.
Zobaczysz kamienny labirynt ulic, kościół ze słynną relikwią obrzezania Chrystusa (tak, to długa historia). Punkt widokowy nad doliną, gdzie czas zatrzymuje się na espresso.
Calcata przypomina Greenwich Village w Nowym Jorku, tylko w wersji XIII-wiecznej. Przyjeżdżaj na cały dzień, najlepiej w weekend, gdy miasteczko żyje pełnią życia.
Wskazówka I To nie jest muzeum – tu naprawdę mieszkają ludzie. Szanuj prywatność, kupuj od lokalnych artystów, nie tylko rób zdjęcia.
Calcata, Lacjum
25. Isole Pontine – gdzie Rzymianie uciekają od Rzymian
Dwie godziny promem z Anzio albo Terracina i lądujesz w miejscu, gdzie Rzymianie spędzają wakacje, żeby uciec przed… innymi Rzymianami.
Isole Pontine to archipelag wulkanicznych wysp na Morzu Tyrreńskim – dziki, surowy i piękny w sposób, który nie potrzebuje filtrów. Z kilku wysp zamieszkane są tylko dwie: Ponza i Ventotene. Reszta to skały, groty i cisza.
Ponza jest królową. Długa i wąska, z jasnymi klifami spadającymi pionowo do turkusowego morza. Port wygląda jak rozsypana paleta pasteli – domy przyklejone do skał, uliczki tak wąskie, iż Vespa ledwo się przeciska. Wyspę najlepiej poznaje się od strony wody: opływając ją łodzią, wpływając do grot, gdzie morze świeci na niebiesko jak neon.
Nie znajdziesz tu klasycznych piaszczystych plaż. Jest Chiaia di Luna – półksiężyc piasku pod 100-metrową ścianą klifu, do którego prowadzi rzymski tunel wykuty dwa tysiące lat temu. Są Piscine Naturali przy Cala Feola, gdzie morze uspokaja się w kamiennych basenach. I małe zatoki, jak Cala Fonte, gdzie chowają się miejscowi.
Wynajmij gozzo pontino, tradycyjną łódź z Ponzy, i płyń wzdłuż wybrzeża. Zobaczysz Grotta di Pilato – rzymskie baseny hodowlane, Grotta Azzurra bez kolejek jak na Capri i groty, którym miejscowi przypisują czary Kirke. To mit, ale łatwo w niego uwierzyć.
Dopłyń do Palmarola – niezamieszkanej wyspy obok. Tu nie ma hoteli ani dróg. Tylko skały, groty i woda tak czysta, iż dno widać na kilkanaście metrów. Jedno z tych miejsc, które wyglądają, jakby człowiek jeszcze ich nie dotknął.
Ventotene jest inna. Mniejsza, spokojniejsza, poważniejsza. Tu zesłano Julię, córkę cesarza Augusta. Tu Mussolini więził przeciwników politycznych. Dziś to wyspa ciszy, jednego portu i przyrody objętej ochroną. Nurkowie przyjeżdżają tu oglądać podwodne rzymskie pozostałości – amfory, fragmenty antycznych konstrukcji.
Wieczorem wracasz do portu Ponzy. Siedzisz nad wodą, jesz spaghetti alle vongole, pijesz białe wino. Słońce maluje klify na różowo, potem pomarańczowo, wreszcie fioletowo. Łodzie kołyszą się w porcie. Powietrze pachnie solą i bazylią. I już ozumiesz, dlaczego Rzymianie uciekają właśnie tutaj.
Wskazówka I Lipiec i sierpień to tłum i chaos. Najlepszy czas to czerwiec i wrzesień. Rezerwuj nocleg z wyprzedzeniem – baza jest niewielka. Weź buty do wody. I koniecznie popłyń na Palmarolę, to najpiękniejszy fragment archipelagu, gdzie czas naprawdę się zatrzymał.
Wyspa Ponza, Lacjum
I teraz najważniejsze – ruszaj! Lacjum czeka z bagażem historii starszej niż sam Rzym, z miejscami gdzie czas zatrzymał się w średniowieczu, z jeziorami w kraterach wulkanów i plażami, na których Odyseusz mógł rzeczywiście zawijać.
Buon viaggio!
Planując swoją podróż
Znajdź hotel lub apartament na wakacje dzięki booking.com.
Pamiętaj, aby zawsze mieć wykupione ubezpieczenie turystyczne. Ja korzystam z najlepszej na rynku porównywarki rankomat.pl.
Bilety lotnicze możesz znaleźć i zarezerwować na booking.com.
jeżeli potrzebujesz samochodu we Włoszech, skorzystaj z najlepszej porównywarki discovercars.com.
Potrzebujesz biletów na prom? Znajdziesz je na Direct Ferries.
Gdy kupujesz coś za pośrednictwem moich linków, zarabiam niewielką kwotę. Ty przez cały czas płacisz tyle samo, ze mną dzieli się sprzedawca. Dziękuję za twoje znaczące wsparcie.
Włoska poczta
Dzielę się z Tobą moimi włoskimi podróżami, mając nadzieję, iż cię zainspirują do samodzielnego poznawania jednego z najpiękniejszych państw na świecie.
Dołącz do czytelników mojego newslettera, poste italiane. Dzięki temu nie przeoczysz niczego, co się pojawiło na blogu, a także otrzymasz mnóstwo dodatkowych informacji.
Jeśli potrzebujesz pomocy w znalezieniu praktycznych informacji o Italii, zapraszam Cię do mojej grupy na FB: Moje wielkie włoskie podróże, którą wyróżnił Magazyn Glamour, jako jedna z najciekawszych grup na FB.
Zapraszam cię także na mojego
, na którym znajdziesz całą masę włoskich inspiracji!
La vita è bella! Życie jest piękne!




