– I tak codziennie, panie Marku. Pani Barbara wychodzi wystrojona jak na wesele, a nie do pracy – mówiła sąsiadka z parteru, trzymając uchylone drzwi klatki.
– Pani Krysiu, niech pani da spokój. Znamy ten typ. Zawsze uperfumowana, zawsze w szpilkach, zawsze z tą torebką od Guessa – odpowiadała druga, opierając się o poręcz.
– W jej wieku, z bukietem w ręku, codziennie rano? To nie są kwiaty od siostry, tyle wiem.
Plotka na klatce schodowej w bloku na osiedlu Widok w Rzeszowie nie potrzebowała windy. Sama się rozchodziła – przez szpary pod drzwiami, przez cienkie ściany, aż docierała tam, gdzie bolało najbardziej.
Mężczyzną, o którym szeptano, był Marek Zalewski, pięćdziesięcioletni zięć Barbary Wójcik. Mieszkał z żoną na trzecim piętrze, dwa piętra nad teściową, i to on – nie Barbara – codziennie rano wychodził z bukietem. Goździki, czasem frezje, czasem po prostu trzy róże z kiosku na rogu Hetmańskiej.
Dla sąsiadek te kwiaty były dowodem na romans. Dla Marka były czymś zupełnie innym – jedyną rzeczą, która jeszcze działała.
Ja wiedziałem, co mówią, bo słyszałem to codziennie. Wchodziłem do klatki, mijałem ławkę pod oknem, a za mną niosło się: „zięciuś znowu z kwiatkami”, „pewnie ma kogoś w pracy”, „a żona pewnie nie wie”. Zdarzało się, iż zatrzymywałem się przy drzwiach, czekałem, aż przestaną szeptać, a potem wchodziłem jakby nic. Z czasem przestałem się choćby tłumaczyć przed samym sobą.
Prawda była inna, dużo cięższa niż jakikolwiek romans. Moja teściowa, Barbara, miała sześćdziesiąt siedem lat. Jeszcze trzy lata temu prowadziła własny warsztat krawiecki na Baczyńskiego, szyła sukienki na komunie i wesela całej dzielnicy, pamiętała imiona wszystkich klientek i ich dzieci. Alzheimer zabrał to po kawałku. Najpierw zgubiła okulary, które miała na nosie. Potem zapomniała, iż wyłączyła żelazko – nie wyłączyła. Potem pewnego dnia wyszła po bułki do piekarni na rogu i znaleźli ją dwie godziny później na przystanku przy Grunwaldzkiej, zapłakaną, bez torebki, nie wiedziała, jak się nazywa ulica, na której mieszka od czterdziestu lat.
Moja żona, Ewa, nie mogła tego znieść. Rozkładała ręce i mówiła, iż nie potrafi patrzeć, jak matka jej nie rozpoznaje. To ja woziłem Barbarę do przychodni na Hetmańską, to ja siedziałem z lekarzem, to ja usłyszałem słowo „choroba Alzheimera" i to ja musiałem powiedzieć Ewie, iż to nieodwracalne. Tak mi się wtedy wydawało – iż to moja rola, bo jestem spokojniejszy, bo umiem rozmawiać z lekarzami, bo nie płaczę przy każdej wizycie.
Trzymaliśmy Barbarę w domu, u nas, prawie rok. Spałem po trzy godziny, bo w nocy wstawała i szukała drzwi, żeby „iść do warsztatu, bo klientka czeka". Zabrałem klamki od strony sypialni. Wyłączyłem gaz na noc głównym zaworem. A jednego ranka, kwietniowego, zastałem ją na balkonie, próbowała przełożyć nogę przez barierkę, bo była przekonana, iż musi zejść po córkę ze szkoły – córkę, czyli Ewę, która ma trzydzieści pięć lat i dawno już dorosła.
Tego dnia zawiozłem Barbarę do domu opieki na Wysoką, dwadzieścia minut drogi od nas, prowadzonego przez siostry zakonne, z ogrodem i oknami na południe. W recepcji podpisywałem papiery, długopis obijał mi się o palce, bo ręka mi drżała, choć nikt tego nie widział – byłem przecież tym spokojnym.
Pierwszego dnia Barbara złapała mnie za rękaw i spytała:
– A pan to kto?
Powiedziałem, iż jestem Markiem, mężem Ewy.
– Mam zięcia? – zapytała, marszcząc czoło.
– Ma pani, i bardzo panią kocha.
Od tamtej pory jeździłem tam codziennie rano, przed pracą, zanim otworzę warsztat samochodowy na Lubelskiej, który prowadzę od dwunastu lat. Ewa nie wytrzymywała tych wizyt – zostawała w domu, mówiła, iż musi, iż nie może patrzeć na matkę, która nie wie, kto ją urodził. Nie oceniałem jej za to. Każdy znosi ból inaczej. Ja po prostu nie umiałem nie jeździć.
Goliłem się starannie, zakładałem czystą koszulę, czasem tę samą wodę po goleniu, którą noszę od lat – bo Barbara, choćby gdy nie pamiętała mojego imienia, czasem rozpoznawała ten zapach. Kupowałem kwiaty, bo kiedy je widziała na stoliku przy łóżku, uśmiechała się i mówiła: „ładnie pachną, jak w maju". To była cała nagroda za dwadzieścia minut drogi, za pracę, która czekała, za zmęczenie, które niosłem w sobie od miesięcy.
Nikt na klatce o tym nie wiedział. Widzieli tylko mężczyznę w średnim wieku, uperfumowanego, z bukietem, wychodzącego codziennie rano z tego samego bloku. I wymyślili sobie historię, bo prawdziwej nie znali.
W pierwszy piątek lipca, kiedy upał stał w klatce schodowej jak ściana, a z piwnicy czuć było wilgoć i stary beton, zszedłem na dół z trzema goździkami w ręku. Przy wejściu, na ławce, siedziały jak zawsze trzy sąsiadki: pani Krysia z parteru, pani Jola z pierwszego i pani Zosia, która akurat wracała z Biedronki z siatkami pod nogami.
– O, znowu z kwiatkami – rzuciła pani Jola, wskazując brodą na bukiet. – Niektórym to dobrze.
– Albo niektórzy są sprytni – dodała pani Zosia, śmiejąc się krótko.
Zatrzymałem się. Przełożyłem goździki z ręki do ręki, bo papier wokół łodyg robił się mokry od potu.
– Macie rację co do jednego. Te kwiaty są dla kobiety.
Pani Jola uniosła brwi, jakby czekała na ciąg dalszy, na potwierdzenie tego, co sobie już ułożyły.
– Dla mojej teściowej. Jest na Wysokiej. Ma Alzheimera.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział. Siatki pani Zosi stały na chodniku, jedna się przechyliła, pomidor wytoczył się na krawężnik i nikt go nie podniósł.
– I tyle – dodałem, bo nie wiedziałem, co jeszcze miałbym tłumaczyć. Minąłem je i poszedłem w stronę chodnika.
Za plecami usłyszałem tylko pani Krysię, iż mówi coś cicho do pozostałych, ale nie odwróciłem się, żeby sprawdzić co.
Szedłem dalej, w stronę warsztatu na Lubelskiej, a potem na Wysoką. Słońce lipcowego ranka grzało w szyby zaparkowanych aut, ludzie szli do tramwaju przy przystanku, każdy z własnym ciężarem pod ubraniem i uśmiechem na pokaz.
Kiedy dojechałem do domu opieki, Barbara siedziała przy oknie swojego pokoju, patrzyła na niewielki ogród, gdzie wróble skubały okruszki rozsypane na trawniku przez jedną z sióstr.
– Dzień dobry, mamo – powiedziałem, choć nigdy tak jej nie nazywałem, zanim zachorowała. To ona zaczęła tak do mnie mówić, kiedy pomyliła mnie z synem, którego nigdy nie miała, i tak to zostało.
Odwróciła się. Przez kilka sekund patrzyła na koszulę, potem na goździki, potem na moją twarz.
– Przyszedłeś, zięciu…
Usiadłem przy niej, włożyłem goździki do wazonu stojącego na szafce, poprawiłem koc na jej kolanach. Woda w wazonie była jeszcze od poprzedniego bukietu, zielonkawa, trzeba było wymienić.
– Przyszedłem, mamo. Zawsze przyjdę.
Pogłaskała moją rękę.
– Ładnie pachniesz.
– To ta sama woda po goleniu, co zawsze. Mówiłaś, iż pachnie jak niedzielny obiad u ciebie w domu.
Uśmiechnęła się, może nie rozumiejąc do końca, ale czując wystarczająco.
Kilka dni później, kiedy wracałem do bloku wieczorem, pani Zosia stała przy skrzynkach pocztowych, niby poprawiała coś przy swojej, niby czekała.
– Panie Marku. To, co pan wtedy powiedział… – urwała, poprawiła torebkę na ramieniu. – Przepraszam, iż pytam, ale czy pani Barbara to lubi frezje? Bo ja… nie wiem czemu pytam, w sumie.
– Lubiła. Jak jeszcze szyła na Baczyńskiego.
Kiwnęła głową, nic więcej nie powiedziała, poszła do windy.
Pani Jola przez tydzień w ogóle się nie odzywała, mijała mnie na schodach z opuszczoną głową, jakby czegoś żałowała, a nie wiedziała jak to powiedzieć. Dopiero pod koniec sierpnia, trzymając otwarte drzwi, zapytała krótko:
– Jak tam pani Barbara?
– Bywa różnie – odpowiedziałem.
Kiwnęła głową i tyle.
Pani Krysia z kolei nie zmieniła się wcale. Dalej mierzyła mnie wzrokiem od butów po koszulę, dalej mruczała coś pod nosem, kiedy mijałem ją z bukietem. Może nie uwierzyła. Może po prostu taka była i żadna historia tego nie zmieni.
Trzy miesiące później, w pewien październikowy wtorek, zawiozłem Ewę na Wysoką po raz pierwszy od pół roku. Siedziała w aucie prawie całą drogę w milczeniu, a przed wejściem powiedziała tylko: „nie wiem, czy jestem gotowa". Weszliśmy razem. Barbara patrzyła na córkę długo, bardzo długo, a potem powiedziała: „moja Ewa miała taką sukienkę w grochy". Ewa usiadła przy łóżku, wzięła matkę za rękę i tym razem nie wyszła z pokoju przed czasem.
Jadąc wieczorem z powrotem, zatrzymałem się jeszcze przy kiosku na Hetmańskiej po trzy goździki na jutro.







