Do kwiaciarni U Białej Róży przy ulicy Traugutta w Poznaniu mieściły się dokładnie trzy klientki. Kiedy chciały się minąć, jedna musiała wciągnąć brzuch i przycisnąć się do regału z ceramiką. Ewa kupiła ten lokal za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych po rozwodzie, gdy miała trzydzieści osiem lat i musiała udowodnić, iż poradzi sobie z prowadzeniem firmy niezależnej od męża, teściowej czy kogokolwiek innego. Teraz miała pięćdziesiąt jeden lat i każdego ranka o szóstej ustawiała wiadra tak, żeby dało się otworzyć drzwi.
Ten czwartek w połowie października zaczął się zwyczajnie. Za oknem stał tramwaj numer piętnaście na przystanku, w piekarni piętro niżej pachniały bułki, a Ewa czyściła łodygi róż. Wtedy przyszła Ania, jej pomocnica, i położyła na ladzie wizytówkę.
– Jakaś kobieta z Teatru Wielkiego. Podobno ślub za trzy tygodnie, chcą dekoracji na dziesięć stołów, bramę i bukiet. Dzwoniła, iż masz podobno wpaść osobiście.
Ewa wzięła wizytówkę do ręki. Dekoracja kwiatowa dla teatru, ślub, dziesięć stołów. Zlecenie na czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt tysięcy złotych. Dokładnie takie, jakiego jedenaście lat temu odmówiła, bo bała się, iż sobie nie poradzi. Od tamtej pory robiła tylko pogrzeby, promocje i czasem bukiet na urodziny.
Ania zauważyła, iż Ewa trzyma wizytówkę trzy sekundy bez ruchu.
– Mam zadzwonić, iż nie damy rady?
– Nie. Sama zadzwonię.
Najpierw poszła do zaplecza, usiadła na skrzynce po chryzantemach i przez chwilę wpatrywała się w ścianę, gdzie wisiał stary plakat z wystawy róż. Potem wzięła telefon i wybrała numer.
W teatrze czekała na nią kobieta w granatowym kostiumie. Przedstawiła się jako Katarzyna Wolska, kierowniczka produkcji. Oprowadziła Ewę po sali, pokazała stoły, scenę, balustrady lóż. Część Ewy liczyła kwiaty i metry tkanin. Druga część słyszała głos, który powtarzał: nie dasz rady, przecież nigdy tego nie robiłaś, będziesz się szarpać z dostawcami, nie zdążysz na termin.
Ten głos brzmiał jak Marek Płachta. Marek, z którym dwanaście lat temu zakładali stoisko kwiatowe na Starym Rynku. Marek, który miesiąc po otwarciu oznajmił, iż wziął kredyt na samochód i wpisał ją jako współkredytobiorcę, bo „to tylko formalność”. Przez dwa lata spłacała potem dług za auto, którym nigdy nie jeździła, podczas gdy Marek przeprowadził się do Warszawy za sprzedawczynią z konkurencyjnej kwiaciarni. W końcu musiała sprzedać stoisko razem z chłodnią, żeby to wszystko spłacić.
Od tamtej pory Ewa nigdy nie podpisała niczego, co miało choćby cień ryzyka. Kiedy zaproponowano jej kredyt na powiększenie sklepu, odmówiła. Kiedy miała zrobić dekorację na bal, wysłała zamiast siebie koleżankę. Kiedy znajomy zaproponował, żeby razem otworzyli drugi sklep na Winogradach, powiedziała, iż przykro jej, ale nie stać jej na to.
Teraz stała w teatrze, a Katarzyna Wolska mówiła jej: „Bierzemy panią, bo ma pani wolny termin. Wszystkie inne kwiaciarnie w Poznaniu są zajęte na tę sobotę”.
Ewa otworzyła kalendarz. Był prawie pusty. Wystarczyło spojrzeć na jedną stronę, żeby to zobaczyć.
– Potrzebuje pani zaliczki? – zapytała.
– Czterdzieści procent. Jak zwykle.
Czterdzieści procent z pięćdziesięciu tysięcy to dwadzieścia tysięcy. Ewa to usłyszała i policzyła, zanim zdążyła skłamać, iż już wie.
– Dobrze – powiedziała. – Przygotuję ofertę do poniedziałku.
Zdanie wypowiedziała jak we śnie. Jakby powiedział je za nią ktoś inny.
Kiedy wyszła z teatru na ulicę, wiatr uderzył ją w twarz. Po raz pierwszy od jedenastu lat zgodziła się na zlecenie, co do którego nie miała pewności, iż je udźwignie. W brzuchu poczuła kamień. Zaraz potem coś ten kamień przebiło i na powierzchnię wypłynęła dziwna, niemal dziecinna ochota, żeby iść dalej. Nie dasz rady, powtarzał głos Marka. Zobaczymy.
Tydzień przed ślubem Ewa w sklepie przygotowywała pierwszą partię kompozycji. Ania wbijała gwoździe, przynosiła z auta kartony ze sztucznymi kwiatami i wzdychała nad ceną eustomy. Ewa miała ręce oblepione klejem i twarz podrażnioną od zimna. Kiedy pod jej palcami rosła biało-złota brama, przyszło jej do głowy, iż nie czuła tego od czasu, gdy kupiła sklep. Ale to zostawiła na boku.
W piątek przed ślubem odezwał się Marek Płachta.
Napisał, iż wrócił do Poznania i iż musi załatwić jedną sprawę. Nie prosił. Oznajmiał. Ewa przeczytała wiadomość i odłożyła telefon na stół między wiadrami. Marek, który był jej winien nie tylko pieniądze, ale i lata, teraz pisał, iż „chętnie zobaczyłby, jak się miewa”.
Zostawiła telefon i wróciła do wiązania. Kiedy wieczorem wychodziła, znów wzięła telefon i napisała: „Przyjdź w sobotę wieczorem do teatru. Zobaczysz”.
W dniu ślubu przyszła do teatru o dziewiątej rano. Sala była pusta, tylko światła sceniczne świeciły w półmroku. Ania przyjechała furgonetką z kwiatami, wyładowały kartony i zaczęły budować dekorację. Od dziewiątej do siedemnastej prawie nie usiadły. Ewa owijała każdą łodygę, sprawdzała każdy wazon, poprawiała każdy obrus. Kiedy odezwały się jej plecy, myślała o Marku. Kiedy okazało się, iż brakuje jednego wiadra z hortensjami, wysłała Anię z powrotem do sklepu. Ania wróciła po dwudziestu minutach, spocona, z wiadrem w ręku.
– Pani Wolska pyta, czy zdążymy – powiedziała Ania.
– Zdążymy.
O siódmej wieczorem sala była gotowa. Dziesięć stołów, białe hortensje, złote eustomy, brama nad wejściem. Ewa stała w tylnej części sali i nie mogła uwierzyć, iż to się udało. Nie tyle, iż zdążyła, ile iż w ogóle się na to odważyła. W tej chwili otworzyły się drzwi.
Wszedł Marek Płachta. Zatrzymał się trzy metry od Ewy. W ręku trzymał bukiet. Nie był to bukiet z jej oferty. Był to ten, jaki kupuje każdy facet pod presją ostatniej chwili: pięć czerwonych róż w celofanie, prawie nic.
– Potrzebuję parę tysięcy – powiedział.
Ewa poczuła, jak brakuje jej powietrza. To była ta chwila, którą znała. Ile razy Marek już coś takiego jej mówił. Ile razy jej serce przyspieszało i szukała, ile może mu dać. Kiedyś. Teraz serce jej nie waliło. Waliło jej czas w głowie. Osiem godzin do ślubu, którego nie wolno zepsuć.
– Nie mam – powiedziała.
Marek zaśmiał się krótko. – To? To chyba kiedyś było i moje?
– To nigdy nie było twoje.
To była prawda. On nigdy na to nie miał. Nie wszedł w to z pieniędzmi, wszedł z kredytem, z autem, z cudzymi podpisami. Ewa nagle zobaczyła, iż Marek adekwatnie nigdy nic nie zbudował. Tylko brał.
Do sali weszła Katarzyna Wolska. – Pani Ewo, mogę na chwilę? Do podpisania protokołu przekazania.
Ewa wzięła teczkę, którą podała jej Wolska. Protokół przekazania zlecenia. Czterdzieści tysięcy złotych, dopłata. Wyjęła z kieszeni telefon, otworzyła aplikację banku i pokazała ekran Markowi. – Widzisz? Czterdzieści tysięcy. Właśnie wpłynęło. Ale z tobą nie mam nic wspólnego. Idź stąd, albo zawołam ochronę.
Marek zaśmiał się cicho, brzmiało to raczej jak chrząknięcie. – Zmieniłaś się.
– Nie. Przejrzałam na oczy.
Ochrona teatru stała dwa metry za nim. Marek położył ten żałosny bukiet róż na pierwszym stole i wyszedł.
Ewa wróciła do protokołu. Przeczytała go dwa razy. Potem zrobiła coś, w co sama nie mogła uwierzyć. Otworzyła w telefonie aplikację bankową, znalazła stare konto Marka, które zostało jej z czasów, gdy dokładała mu do czynszu, i przelała na nie cztery tysiące dwieście złotych. Nie dlatego, iż chciała mu pomóc. Bo to była dokładna kwota, którą kiedyś wziął z kasy stoiska na Starym Rynku i nigdy jej nie oddał. W tytule przelewu napisała jedno słowo: „Spłacone”.
Potem schowała telefon, podpisała protokół i spojrzała na bramę kwiatową. Weszli pierwsi goście. Panna młoda i pan młody wcale jej nie interesowali. Interesowała ją przerwa między łodygami eustomy, gdzie światło pięknie się łamało i skąd wracał widok na całą salę. To właśnie widzisz, kiedy przestajesz pilnować szklanej ściany, której dawno już tam nie ma.
W poniedziałek rano Ewa otworzyła kwiaciarnię U Białej Róży, wzięła wiadra i ustawiła je przy oknie. Do skrzynki wrzucono jej nowe zlecenie: list z podziękowaniem od Katarzyny Wolskiej i jeszcze jeden ślub, tym razem w Kórniku. Ewa przeczytała datę, rozplanowała czas w kalendarzu, a potem wzięła telefon.
Napisała jedną wiadomość: „Aniu, kupimy nową furgonetkę. Nie musimy już jeździć tą, co ma czterysta tysięcy kilometrów przebiegu”.
I zapisała jej numer w kontaktach. Nie jako „Ania pomocnica”. Jako „Ania, koleżanka z pracy”.







